17.11.2021
Od sześciu lat Polską rządzi Prawo i Sprawiedliwość wraz ze zmieniającymi się przystawkami. Sześć lat – to wystarczająco długo, aby określić priorytety państwa PiS i jego ekipy. Po sześciu latach to, co było możliwe do zrozumienia jako reakcja na stres i traumę związaną z katastrofą w Smoleńsku wykrzyczaną przez prezesa z trybuny sejmowej do posłów opozycji – „jesteście kanaliami, zamordowaliście mi brata”, zostało przykryte zimną i wyrachowaną strategią konfliktu i wojny na wszystkich możliwych i niemożliwych frontach.
Ta wojna trwa i ma się dobrze. PiS po wygranych wyborach parlamentarnych, mając „swojego” prezydenta, nie ma już żadnych hamulców, które mogłyby powściągnąć prezesa wszystkich prezesów. Celem nadrzędnym, najważniejszym jest utrzymanie się u władzy, wszystko inne to didaskalia. Determinacja w realizacji tego celu jest funkcją ilości przypadków złamania prawa i deliktów konstytucyjnych, popełnionych przez prezydenta i premierów państwa PiS. Wizja utraty władzy wiąże się z odpowiedzialnością przed Trybunałem Stanu i sądami powszechnymi. To bardzo dobry sposób na scementowanie całej ekipy rządzącej. To dlatego minister sprawiedliwości i prokurator generalny ma pozycję rozgrywającego wszystkich, nawet prezesa.
Spróbujmy nazwać najważniejsze fronty, wszystkie wojny, jakie toczył i toczy państwo PiS.
Pierwszą wojną była wojna o sądy, o Trybunał Konstytucyjny i Krajową Radę Sądownictwa. To był przemyślany ruch, sparaliżowanie niezależności i odebranie niezawisłości sędziom było i jest konieczne, by zmieniać państwo prawa, w którym obowiązuje zasada trójpodziału władz – w satrapię, w której liczy się przede wszystkim wola polityczna jednego człowieka.
Ta wojna trwa, ustały demonstrację pod sądami i TK, ciężar walki przeniósł się na instytucje Unii Europejskiej, które stoją na straży praworządności i zasad państwa prawa określonych w traktatach. Skala determinacji polskich władz w przejmowaniu politycznej władzy nad sądami i całym wymiarem sprawiedliwości jest ogromna, władze ryzykują nawet utratę olbrzymich pieniędzy, jakie płyną już do prawie wszystkich krajów UE, do Polski nie. Rząd, który zbudował wielką kampanię propagandową dotyczącą tego, jak będziemy się rozwijać za fundusze europejskie – nic nie robi, aby te pieniądze do nas przyszły. Konflikt z UE o praworządność służy nawet władzy do przygotowania wariantu polexitu, politycy Solidarnej Polski, ale nie tylko oni, mówią wprost o możliwości wyjścia z Unii Europejskiej. Wojna o praworządność trwa a zapowiedziana reforma struktury sądów i radykalnej zmiany Sadu Najwyższego nie wróży jej końca a wręcz przeciwnie.
Kolejna wojna to wojna z polskimi kobietami wywołana wprowadzaniem drakońskich przepisów warunkujących możliwość przerywania nawet zagrożonej ciąży. To była ostra wojna, na ulicę wyszły ogromne rzesze obywateli niezgadzających się na powrót do średniowiecza, na to, aby kobieta musiała urodzić, każdy najbardziej nawet zdeformowany płód po to, aby, jak powiedział to najważniejszy człowiek obozu władzy, aby go poddać obrządkowi chrztu i po chrześcijańsku pochować. Polskie prawo aborcyjne plasuje nas na jednym z ostatnich miejsc w Europie i na świecie – a mimo to do Sejmu wpłynął projekt jeszcze bardziej zaostrzający to prawo. Wojna z polskimi kobietami trwa.
Kolejne zagrożenie przyszło do nas ze świata. Trwa pandemia, wywołana nowym wirusem szybko się rozprzestrzeniającym i mutującym. To trudna wojna, ale to jak walczy z epidemią rząd, jest jeszcze trudniejsze… do zrozumienia. Najważniejszym celem dla rządzących jest niedrażnienie swojego elektoratu, w którym jest najwięcej ludzi niezaszczepionych. Niezaszczepienie się nie wynika z braku szczepionek, jak miało to miejsce na początku epidemii, wynika z niewiedzy, uprzedzeń albo wprost z głupoty (tak najczęściej mówią leżący w szpitalach chorzy niezaszczepieni pacjenci, którym udaje się pokonać wirusa).
Rząd jako jedyny we wszystkich krajach UE nie wprowadza żadnych ograniczeń dla osób niezaszczepionych, nie prowadzi żadnej wojny z lobby przeciwników szczepień – a można odnieść wrażenie, że wprost przeciwnie. Wojna z wirusem to wojna, na której są ofiary, umierają ludzie. Polska w liczbie zgonów cowidowych zajmuje czołowe miejsce w światowych rankingach krajów ogarniętych pandemią. W Polsce umarło już 80 tysięcy ludzi a obecna fala i całkowita bierność rządzących oznacza, że umrze kolejnych 60–70 tysięcy.
To, plus zapaść w polskiej opiece zdrowia, zamykanie szpitali dla pacjentów innych niż zarażonych wirusem – to cena, jaką płacimy wszyscy. W stanowisku zespołu naukowców polskiej Akademii Nauk, pracujących nad przeciwdziałaniem epidemii, znajdujemy porażające zdanie – rząd pozostawił obywateli samym sobie. To jest oskarżenie, które musi być rozliczone, tego nie można puścić płazem nigdy i nikomu.
Na polsko–białoruskiej granicy trwa wywołana przez białoruskiego satrapę wojna hybrydowa, w której amunicją są ludzie oszukani wizją dotarcia do Europy lepszej niż Polska. To jak nasi rządzący radzą sobie w starciu z białoruskim satrapą, nie napawa optymizmem – zwłaszcza gdy pomyśli się, że wojna hybrydowa mogłaby zmienić się w konflikt zbrojny. To nie jest niemożliwe: lokalne konflikty zbrojne miały i mają miejsce w różnych częściach świata. Dotychczasowy przebieg tego konfliktu i to jakie rząd podjął środki, pozwala na postawienie tezy, że w jakimś sensie jest on na rękę władzy. Władza wprowadziła stan wyjątkowy, zbudowała zasieki z concertiny, ustawiła kilka tysięcy funkcjonariuszy straży granicznej, wojska i policji i sama opowiada o tym, co się na granicy dzieje, jako że media nie mają dostępu.
W świat idzie przekaz z Białorusi, gdzie światowe media mają dostęp do granicy, a Łukaszenka kreuje się na Europejczyka, zarzucając Polsce łamanie konwencji międzynarodowych. Prawie wojna na granicy zawsze sprzyja władzy, przestraszeni ludzie skupiają się wokół tych, którzy mówią, że ich obronią. Ta zimna kalkulacja się sprawdza, poparcie dla PiS wzrosło mimo szalejącej drożyzny. Patrząc chłodnym okiem – obawiam się, że jak to będzie się politycznie opłacało, to polskie władze zaostrzą konflikt bez względu na wysiłki przywódców unijnych krajów podejmujących próby złagodzenia konfliktu nawet ponad głowami rządzących Polską. Dla PiS jest kolejny dowód na to, że Unia chce obalić polski rząd – tak wprost powiedział prezes.
O wojnach państwa PiS można długo.
Wspomnę tylko jeszcze o dwóch – wojna z inflacją i jej boleśnie odczuwanymi skutkami w postaci drożyzny. Drożyzna dotyka przede wszystkim ludzi uboższych, którzy znaczącą część swoich dochodów przeznaczają na zaspokojenie potrzeb podstawowych. Na tym froncie wodzem jest prezes NBP, podobno profesor, Adam Glapiński zapamiętany jako ten, który zatrudniał dwie blondynki po 50 tysięcy złotych miesięcznie, przy bardzo ogólnie sprecyzowanych obowiązkach.
To, co wygadywał i wygaduje prezes Narodowego Banku Polskiego oraz trafność jego prognoz dotyczących inflacji czy kursu złotego przyniosło mu zasłużone miejsce na podium w rankingu najgorszych prezesów narodowych banków Europy wraz z prezesami banku białoruskiego i ukraińskiego. Prezesa Glapińskiego nie zmartwiło to wcale, nasilił swoją kampanię prowadzoną za pieniądze NBP mającą mu przynieść powtórny. Wprawdzie prezes wszystkich prezesów w ostatnim wywiadzie wśród zagrożeń wymienił inflacje – ale jak na razie żadnych decyzji co do prezesa NBP nie podjął.
Ostatnia wojna, na jakiej jest państwo PiS, jest najgroźniejsza. Dowiedzieliśmy się o niej z ust samego prezesa Kaczyńskiego. Prezes, w publicznym medium powiedział, że Polska toczy wojnę na granicy z Białorusią, że musi walczyć z inflacją, ale najgorszą wojnę naszemu krajowi wydali wrogowie wewnętrzni, wszyscy, którzy nie zgadzają się z prezesem, wszyscy zdrajcy i agenci obcych państw, a zwłaszcza Niemiec. Łatwo podstawić sobie kogo prezes miał na myśli. Wojna z wrogiem wewnętrznym będzie tą wojną, na którą państwo PiS przeznaczy najwięcej sil i środków. Wynika to z prostej kalkulacji – przegrana na tej wojnie to utrata władzy.
A raz zdobytej władzy nie oddamy przecież nigdy i nikomu. W każdym razie dobrowolnie.

Zbigniew Szczypiński
Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.

Tylko taka mała glossa do tego co mi się napisało. Wymieniając różne wojny jakie toczy państwo PiS zapomniałem wymienić wojnę ze środowiskiem LGBT chyba chronologicznie pierwszą a nadal użyteczną gdyby jakimś cudem ucichł;o na pozostałych frontach. Tan jest zawsze pod ręką.