10.01.2022

— A co robi Grażyna w Miami Beach, gdy ty na kwarantannie, w Warszawie? — zapytał mnie przyjaciel z „Batorego”, Mirek, doktor habilitowany medycyny, który w wieku lat 87 był moim kowidowym lekarzem.
— Dochodzi do perfekcji — odpowiedziałem.
— W czym? — zapytał Mirek.
— W obcinaniu starych gałęzi drzewa mango bez pomocy ogrodnika, którego stawki za takie czynności nazywamy „jubilerskimi”, w nowym wypieku chleba, gdzie ciemna mąka łączy się z białą, a całość przeplatana jest rodzynkami, w nowym sposobie przyrządzania zimnego łososia a la befsztyk tatarski, w odkryciu i osuszeniu zakamarka pod szafkami kuchennymi, gdzie wylęgały się karaluchy, które teraz znikły bezpowrotnie, w kolekcjonowaniu bezpłatnych testów kowidowych, które powinny wystarczyć na bieżący etap pandemii.
Moje myśli przed odlotem do szlachcianki: Polsce, już przed kowidem pełnej narodowego stresu, kowid dał porządnego kopa. Na przykład medyk wsadzający mi w nos patyczek: „Jeżeli jeszcze raz odchyli pan głowę, to przestanę robić i napiszę panu »pozytywny«”. Żołnierz na taśmie bezpieczeństwa: „Nie wie pan, co zrobić z laptopem? To niech pan spojrzy na ekran”.
W samolocie LOT-u do Miami, wszyscy jesteśmy negatywni. ”Gdzie tu jest kowid?”, próbuje rozśmieszyć stewardesę, „czy możemy zdjąć maski?”. „Zarządzenie” — śmieje się stewardesa i podchodzi do mojego sąsiada – pasażera, ocierając mu czoło, a potem składając na jego ustach lekki pocałunek. „Też bym chciał”, mówię stewardesie, a ona na to: „To jest mój mąż, zabrałam go w podróż poślubną do Miami”.
Moja ślubna szlachcianka wita mnie pytaniem: „Czy byłeś przerażony, gdy dowiedziałeś się, że jesteś pozytywny? — a jej na to: „Byłem wściekły, że nie mogłem odlecieć, ale za chwilę pomyślałem sobie: życie dało mi dobry literacki pomysł.
Minęło 23 lata od czasu, gdy staliśmy się „snow birds”, ptakami śnieżnymi, chroniącymi się przed zimą w Miami Beach. Nazwa ta przylgnęła do francuskich Kanadyjczyków, którzy z własnymi bankami, sklepami i ośrodkami zdrowia, okupują całe osady wzdłuż atlantyckiej plaży. Żeby nie stracić przywilejów socjalnych, biurokratyczna Kanada pozwala im być poza krajem 6 miesięcy i ani godziny więcej.
Nasza przemiana w zimowe ptactwo zaczęła od mojego filmu „Spowiedź żarłoków”, nakręconego w Miami Beach, w ośrodku długowieczności Natana Pritikina, pewnego inżyniera, który przy pomocy niskotłuszczowej diety i ćwiczeń fizycznych wyleczył się z zaawansowanej miażdżycy naczyń krwionośnych. Gdy dowiedziałem się, że prowadzą ten ośrodek znani kardiolodzy, zapytałem ich, co by powiedzieli, gdybym przywiózł ze sobą dwunastu amerykańskich grubasów i wymierzył w nich kamerę filmową? Zgodzili się i tak powstał ten film.
Jeden z uczestników tego eksperymentu powiedział mi, że niedaleko stąd wykopano wielką dziurę, w której stanie fundament, a za dwa lata, wieżowiec – kondominium. Kupiliśmy tam mieszkanie i pod wodzą szlachcianki zabraliśmy się do urządzania go.

— Położyłam ci ręcznik kąpielowy na łóżku i odstawiłam buty do szafy — mówi szlachcianka.
— Tak powinno być — odpowiadam jej — ja, gdy znajduję twoje buty na podłodze, też odnoszę je do koszyka. Więc po co ci ta teoria, że ja ciągle zostawiam bałagan? Przed wyjściem zostawiłaś otwarty pojemnik z humusem, nie odstawiłaś masła i mleka do lodówki, na ladzie kuchennej były brudne łyżki, noże i widelce, zaraz po twoim wyjściu zabrałem się za to.
— A ja nigdy tego robię?
— Robisz, ale i ty i ja mamy swoje niedoróbki, ile to tysięcy razy zrobiliśmy różne małe i duże błędy?
— Ja? Błędy? Tysiące razy?
—Ty i ja. Przestańmy się rozliczać.
—Twój wyjazd do Polski będzie nas kosztował 15 tysięcy dolarów.
— Jak to obliczyłaś?
— Bo ty do Polski, ja do Bostonu i Mario nie zrobi telewizji kablowej, a bez kabla nie wynajmiemy mieszkania na następny rok i tyle stracimy.
— Mówiłaś, że nie ma znaczenia czy jesteśmy na miejscu, czy nie, ludzie na Florydzie przychodzą do pracy, kiedy chcą. Mario na pewno zrobi.
— Gdybyś nie jechał do Polski, to by zrobił. Tylko ty umiesz z nim rozmawiać.
— Mario pytał mnie, czy jestem na niego zły. Powiedziałem, że nie. Teraz napisze do niego, że jak nie zainstaluje kabla w tym tygodniu, to będę zły.
Ale przestańmy już o tym, jestem śpiący.
— Śpiący i za chwilę głodny.
— Głodny jeszcze nie.
— Weź telefon do basenu.
— Niepotrzebny mi tam.
— A jak przywiozą meble?
— To zawołasz mnie z balkonu.
— Z 25. piętra cię nie rozróżniam.
— Wysilisz wzrok.
— Nie wysilę, weź komórkę. Będziesz w gorącej jacuzzi?
— 15 minut.
— To nie jest dobre na serce.
— Jest.
— Przynajmniej nie siedź na słońcu, bo to jest strata siły, a będziesz nosił kanapę.
— Dobrze, wezmę komórkę na basen.
— Ale wsadź ją do plastykowej torebki.
Ikea dostarczyła nam kilkadziesiąt tekturowych pudeł z szafkami kuchennymi, a w nich płyty drewniane, metalowe okucia, a do nich śrubki i śrubeczki, każda inna; nawet narzędzia przysłali do skręcania, wszystko, co przyszło płaskie, ma się wypełnić powietrzem.
Małżeństwo wkręca śruby. Grażyna – architektka, od ponad pół wieku czyta rysunki techniczne. Zafascynowanemu umiejętnościami żony mężowi — filmowcowi wydaje się, że budownictwo jest podobne do montażu: z chaosu obrazów i dźwięków wyłoni się fizyczny kształt utworu. W takim stanie ducha mąż przystępuje do współpracy z żoną, która dziesięć lat temu zrobiłaby to sama i dwa razy szybciej, dziś potrzebny jest jej dodatkowy kręgosłup, bo montaż wymaga ciągłego schylania się.
Gdy szlachcianka oczy ma wpatrzone w rysunki i wolnymi ruchami dobiera ustawione elementy do montażu, temperament męża pcha go do przodu, psując koncentrację żony, która kojarzy mu się ze skoczkiem narciarskim w powietrzu, z podręcznikiem do skakania w ręku.
— Nie mądrz się — mówi Grażyna — wkręcaj śruby w dziurki, które ci zaznaczyłam i przestań z tym misiem: „mi się wydaje” nie istnieje, wszystko jest narysowane.
— Dobrze, będę krętaczem, ale wydaje mi się, że stać mnie na coś więcej.
— Znów te misie, dobrze, wbijaj bezpłciowe. (Tak nazwaliśmy śruby plastykowe z nieostrym gwintem, których się nie wkręca, a monotonnie wbija młotkiem, żeby się w drzewie zakleszczyły).
Akcja jest teraz na podłodze, a wtedy krzyżują im się ręce i albo jego łokieć dotyka jej piersi, albo ona swoim kolanem dotyka jego brzucha, to znów przenoszą się na stół, a wtedy on podstawia jej pod tyłek krzesło, innym razem wszystko dzieje się na stojąco.
— A mógłbym również zająć się drewnianymi czopkami? — pyta mąż.
— Nie, bo nie odróżnisz różnych grubości, a jak wbijesz za głęboko, to się nie wyjmą (nieprawda: można je łatwo wsadzać i wyjmować), trzymaj mi palcem tę nogę, ale prosto, niech się nie kiwa, ja zacznę wkręcać, a ty dokończysz, co ty robisz? Znów otwierasz nową paczkę? Wszystko mi się pomyli.
— Utrzymuję front robót — tłumaczy się mąż — trzymanie nogi zajmie mi chwilkę, a co potem?
— Segreguj śrubki, tylko nie pomyl się, każdy rozmiar ma być w innej przegródce.
Pojednanie następuje przy montażu szuflad do nocnego stolika. Wciąż śledząc rysunek, żona składa jedną szufladę, a przy drugim stoliku, mąż z pamięci montuje drugą.
— No i jak ci się podoba? — pyta mąż.
— Plecy przybiłeś na odwrotną stronę.
— Mogę to łatwo zmienić.
— Zostaw, może tak zostać — mówi szlachcianka i po raz pierwszy uśmiecha się do męża. Po tym uśmiechu wzrasta tempo montażu.
Pod dwóch latach zimowych przyjazdów, urodził mi się nowy pomysł: o tym czy dla amerykańskich emerytów istnieje „American Dream”? W stolicy emerytalnego raju, na ulicach Miami Beach, szukałem odpowiedzi na to pytanie w filmie „My Retirement Dreams” („Marzenia emerytów”), do obejrzenia poniżej.
Dcn

Marian Marzyński
Polski i amerykański dziennikarz, reżyser filmowy i scenarzysta. Ur. 12 kwietnia 1937, zmarł 4.04.2023. Mieszka stale w USA. Album autobiograficzny Mariana Marzyńskiego KINO-Ja. ŻYCIE W KADRACH FILMOWYCH jest do nabycia w księgarni internetowej UNIVERSITAS i w sklepach taniej książki.
Witryna Marzyńskiego LIFE ON MARZ
