.
11.07.2022
.
1.
Czuliście się kiedyś jak bankomat?
Pewnie tak, bo macie dzieci…
Ale najbardziej człek się bankomatem czuje, kiedy dwa osobniki, unisono, głośno podają ten sam pin: „miau”.
Nie ma siły: musisz wypłacić, a to w krokantach, a to w mięsku z puszki.
Choć nie widzieliśmy się lata, te miłe Felis catus pamiętały nas: szary, bardzo rozmowny i przytulaśny Garibaldi i milcząca, stroniąca Lola. Oba, kilkanaście lat temu, zostały wzięte z toskańskiego kocińca. Garibaldi od razu był pieszczoch. Ale Lola? Znające się na felidae panie z kocińca gorąco odradzały jej wzięcie: „jest dzika i agresywna, atakuje, drapie i gryzie, nie ma na nią sposobu”.
Był. Miłość, dobroć i generalna zasada: „live and let live”. Nie jest dzika ani agresywna, nie atakuje, nie drapie i nie gryzie. Ma swoje życie i kiedy pragnie towarzystwa, to się zjawia, kiedy nie – nikt jej nie nagabuje.
2.
Ale, ale: w Polsce kota domowego zakwalifikowano jako „gatunek inwazyjny” (https://wyborcza.pl/7,177851,28672481,kot-zakwalifikowany…).

A Polaków, jako jaki gatunek zakwalifikowano?
Koty mają sporo za kocimi uszami! Lubią zabijać dla „sportu” jak prezydent Komorowski i wielu, wielu innych. Ich mordercza działalność zagraża istnieniu niektórych gatunków ptaków i pożytecznych jaszczurek.
Ale nie masz gatunku bardziej inwazyjnego. Bardziej niebezpiecznego, bardziej morderczego niż ludzie.
Naprawdę, pora ich zakwalifikować. Rozmnożyli się, jak szarańcza i niszczą wszystko wokół, jak szarańcza. Niby w wielu miejscach sezon polowań na człowieka jest już od dawna otwarty, ale – jak widać to nie rozwiązuje problemu…
3.
D.O. uwielbia się wsłuchiwać w rzymskie, pogodne (nie trzeba dodawać) poranki. Nie słychać samochodów ni skuterów, a za to w samym środku miasta odzywa się: „hu-huu-hu” puszczykowe. Potem coś zaświergoce i pogada: dałoby się głowę, że to papugi. Możliwe, pewnie na czyimś balkonie, w klatce. Sardonicznie rechocą rybitwy: to kłótliwe ptaszyska, więc jak zaczną sobie wymyślać, to jest wrzasku na pół dzielnicy. A poza tym cisza, aż świdruje: świerszcze i cykady odsypiają nocną szychtę.
Kiedy powietrze z niebieskiego robi się żółtawe, z różnych kierunków dobywają się zgrzyty podnoszonych żaluzji. Za godzinę zostaną znów opuszczone, żeby odgrodzić się od piekącego słońca.
Można pokiwać się nad kawą przy stoliku na balkonie i chłonąć zapachy kawy z innych okolicznych mieszkań, ciepłych rogalików. Pinie. Oleandry, bugenwille.
I tak jest do czasu watykańskich dzwonów z 8.45 i – chwilę potem – odpalenia pierwszego w okolicy harleya.
Ale dzwony w południe, chwilę przed pojawieniem się papieża, nie są już tak wesolutkie i beztroskie, jak te, które znaczą godziny: ding-dong, ding-dong, ding-dong. Papież pozdrawia „rodzinę radia Maryja”. Innych hochsztaplerów nie wymienia.
Jest już gorąco i ucichły głosy na ulicy. Znowu cisza.
4.
A potem gwar i ścisk. To Trastevere, Zatybrze, niegdyś dzielnica ludku włoskiego, dziś ekskluzywna, wielka jadłodajnia dla miejscowych i przyjezdnych. Może i jest kryzys, może i ludzie zbiednieli, ale nie na tyle, żeby nie ustawiać się w długie kolejki przed restauracjami. Których jest naprawdę bardzo, bardzo dużo. My jak w dym do zaprzyjaźnionej: „Rigatoni Democratici” na Via San Cosimato. Odkryli go 20 lat temu Witek z żoną, nieodżałowaną Agnieszką Gawerską, korespondentką TVP, kiedy ten akronim nie by jeszcze symbolem najgorszego szamba i od tego czasu całe telewizyjne towarzystwo tę knajpkę zaadoptowało, a oni, Sardyńczycy – Corrado, Paolo i Angelo – zaadoptowali nas. Kiedy ks. Sowa, będący wówczas w Rzymie, powiedział im o śmierci Agnieszki popłakali się. Oczywiście dla nas specjalny stolik, specjalna obsługa, specjalna cena. A spaghetti alle vongole robią przednie. Inne rzeczy zresztą też.

Stolik, winko, zimna woda. Lekki wiatr, temperatura spadła do 26 stopni: ideał. Już po zestawie pysznych warzyw z bufetu, czekając na pastę, D.O. musi mieć twarz rozanieloną, bo Żona go pyta (złośliwie, bo tyle się D.O. na Włochy nawyrzekał): „No a co ci teraz w Rzymie przeszkadza”?

No, psiakość, właśnie teraz w Rzymie nie przeszkadza mi nic.

4.
Z punktu widzenia spacerowicza „people watching” nie daje takiej samej satysfakcji, co na siedząco. W każdym razie – to prawdziwy, fascynujący kalejdoskop. Biuściki, biusty, z powodu upałów wyzwolone z więzów. Stadka Anglików o karnacji tak jasnej, że wiesz, że jutro skóra będzie z nich złaziła. Oszołomieni starsi panowie o wyglądzie profesorów: musieli się naczytać o historii Zatybrza, ale w bezpośrednim zetknięciu przeszło najśmielsze ich oczekiwania. Rzymianki w wieku, hmmm, leciwym, po wielu operacjach plastycznych, co poznajesz, kiedy przeżuwają pastę: ich twarz zaczyna się mienić różnymi kolorami, jeden fragment ukrwiony inaczej od drugiego. Miejscowe – coraz rzadsze niestety, matrony, co można poznać po ich chrapliwym głosie, kiedy mówią coś do smartphone’ów w knajackim nieco, rzymskim slangu. Panie i panie z pieskami i psami wszystkich maści i rozmiarów. Chichoczące, rozochocone nastolatki. Młode kobiety ubrane, a raczej rozebrane tak, że nie ma faceta, który się za nimi nie obejrzy. Kelnerzy z Bangladeszu. Grupa starszych Rzymian, która rozstawiła pośród tego płynącego jak wzburzone morze tłumu stolik, pokryty zielonym suknem i rżnie w karty, puszczając ze starego magnetofonu „Azzurro” i „Nessun dorma”. Włoscy playboye i amerykańscy milionerzy, co poznasz natychmiast po pewności siebie, z jaką zamawiają dania. I podgolone osiłki w szortach i klapkach, co jak zawołasz na nich „hej, Seba”, to się z pewnością obejrzą. Fajny jest people watching!

5.
To, co uderza, to zapach, jakże odmienny od polskiego. Pizza z pieca opalanego drewnem ma zapach wręcz podniecający, odbierający wolę. Podsmażany na oliwie czosnek: po dodaniu pomidorów lub innych substancji będzie z tego sugo do klusek. Drażniący nozdrza zapach wina, które – o zgrozo! – stało się droższe od piwa, choć to groszowy napój z wyraźną nadprodukcją. Dodaj do tego kwitnące glicynie, plumbago i bignonie… Nie, nie, nie: D.O. zjeździł wszystkie, poza Libią kraje znad Morza Śródziemnego, polubił lub docenił różne zapachy, ale takiej fenomenalnej, zniewalającej mieszaniny aromatów NIE MA gdziekolwiek indziej.



6.
Wielki pożar na Via Palmiro Togliatti został ugaszony, diabli wiedzą, gdzie strażacy znaleźli wodę. Mają tu mnóstwo canadairów, sporych, topornych awionetek, przystosowanych do gaszenia z powietrza. Kiedy morze jest płaskie, zdarza się im pobierać wodę stamtąd, jak nie to latają na jezioro Bracciano lub nawet Bolsena.

Rzym tonie w śmieciach. „Operatorów ekologicznych” dopadła tajemnicza epidemia, zachorowało 500 jednocześnie. Burmistrz Gualtieri się tym razem wkurzył na dobre i zaczął wysyłać ekipy sanitarne do chorych, by sprawdziły, jaki jest stan ich zdrowia. No i okazało się, że w piątek cudownie wyzdrowiało 200, a w sobotę kolejnych 125. 72 nie udało się odnaleźć. Może zaczną robić to, za co im płacą? (https://roma.repubblica.it/…/ama_guariti_altri_125…/…)

Hmmm… Odkąd D.O. pamięcią sięga, na stójkowych miejskich i „operatorów ekologicznych” (formerly known as „śmieciarze”) nie było bata. Kiedyś D.O. wynajmował mieszkanie od stójkowego. Wychodził codziennie o 6 rano, ale o 7 był zawsze z powrotem w domu, zajmować się swoimi sprawami. A jak znikał na dłużej, to zajmował się zapewne, jak i jego koledzy, wymuszaniem haraczy od sklepikarzy i straganiarzy. Albo uprzykrzaniem życia ekipom telewizyjnym. Rzecz w tym, że etat w sektorze publicznym jest marzeniem każdego kombinatora, któremu nie chciało się uczyć. Stamtąd już go nie ruszą, choćby nic nie robił. I oczywiście, na publiczne miejsca są konkursy, więc teoretycznie robotę dostają najmądrzejsi. Ale w praktyce, robotę dostają protegowani polityków. „Mój” stójkowy był jeszcze z polecenia chrześcijańskie demokracji. Partia już daaawno nie istnieje, ale gościa, choć leser, z pracy nikt nigdy nie ruszył.

7.
Pisze Czytelnik D.O., Rzymianin: „Draghi też ma za uszami”.
A co to za anarchia, co za defetyzm?!
Wiadomo, że szary człowiek nigdy nie wybiera pomiędzy jednym świętym a drugim, tylko między jednym kombinatorem a drugim. Cała sztuka w tym, żeby wybierać mniejsze zło!
Jeśli ktoś jest zadeklarowanym naziolem, czy przemocą nawracającym bolszewikiem, to go łatwo zidentyfikować i odizolować.
Ale niezwykle niebezpieczne, choć całkowicie zrozumiałe, jest zjawisko „rozwalmy wszystko”, wynikające z uzasadnionego zmęczenia polityką.
We Włoszech naprawdę bardzo łatwo jest być zmęczonym polityką. Od dnia proklamowania Republiki powstało wiele partii politycznych, jakiś tuzin z nich przez jakiś czas pozostawało u władzy, czyli wchodziło w skład koalicji rządowych i wszystkie wyborców zawiodły, wszystkie bez wyjątku.
Z tego zmęczenia i niewiary w dobre intencje kolejnych polityków, proklamujących się uzdrowicielami wciąż podzielonego społeczeństwa (to dopiero 150 lat od Zjednoczenia!) i wciąż kulejącej włoskiej ekonomii, powstają takie zjawiska, jak Ruch 5 Gwiazd, jedna z najbardziej szkodliwych formacji politycznych w historii republikańskich Włoch, nie licząc oczywiście niszczycielskiego potencjału starej Partii Komunistycznej, starego Ruchu Społecznego, czy dzisiejszych Bracia Włosi albo Liga, niegdyś Północna, a dziś już tylko Liga.
Zagrożenia są niezliczone. Właściwie nie ma miesiąca, by Włochy nie ryzykowały gwałtowną rewoltą społeczną, a wtedy krew poleje się obficie.
To nie jest okres na „rozwalmy wszystko”. To jest moment na desperackie uchwycenie się tego, co działa, sprawia, że państwo dalej funkcjonuje, rokuje jakieś perspektywy.
Kraj podjął już próbę powierzenia steru rządów człowiekowi znikąd, pozbawionemu jakiegokolwiek zaplecza politycznego poza „namaszczeniem” przez demiurga. I, podobnie, jak w Polsce, gdzie prezydent i dwoje premierów, też ludzi znikąd, a namaszczonych, skończyło się to katastrofą.
Draghi ma za uszami? Może, D.O. nie zna żadnych kompromitujących szczegółów z życiorysu człowieka, który nie był politykiem, tylko cenionym ekonomista. Można dyskutować, czy jego luzowanie z wyżyn szefa Europejskiego Banku Centralnego kryteriów kopenhaskich i ekonomicznej części Traktatów z Maastricht i Lizbońskiego na dłuższą metę wyjdzie Europie na dobre. Ale na krótką metę podziałało znakomicie. To przejdzie do historii, podobnie, jak rooseveltowski „New Deal”, bo to było diabelnie ciężkie wyzwanie.
Ale nawet jeśli Draghi za uszami ma, to trzyma ten podziurawiony statek na powierzchni wzburzonego morza. I tu nie ma co jojczyć, mówić, że może jakiś majtek spisze się lepiej w roli kapitana, nie ma miejsca na eksperymenty. By statek przybił do bezpiecznego portu należy teraz kapitanowi pomagać, a nie wiosłować w przeciwną stronę.
Co oczywiście nie oznacza nie myśleć o nim jak się każdemu żywnie podoba, źle, a nawet bardzo źle. I snuć na przyszłość planów politycznej zmiany. Taka jest zdrowa demokracja.
Aha: i wszelkie analogie z Polską są w pełni uzasadnione.

Jacek Pałasiński
„Drugi obieg” jest publikowany przez Autora na Facebooku. „Studio” udostępnia te teksty Czytelnikom – niekiedy z niewielkimi skrótami w stosunku do oryginału.
