16.08.2022

Nowe odkrycie w historii szlacheckiego rodu Jankowskich. Pisze do mnie Grażyna Smużyńska – Jeśman, architektka z Gdyni:
Drogi Marianie, dzięki za wszystkie odcinki serialu „Ożeniony ze szlachcianką”. Odwzajemniam się pamiętnikiem mojej babci Marii Bułhakówny, której matka była z domu Jankowska. Babcia mieszkała zawsze z nami. Pisała ręcznie. Pod koniec życia była prawie niewidoma, więc często prosiła mnie, abym przeczytała ostatnie zdania i następnie ręcznie dopisywała ciąg dalszy. Pamiętnik obejmuje lata 1886-1908.

Urodzona w Moskwie w roku 1886 Maria Bułhakówna była wnuczką Eweliny Bułhak-Jankowskiej, prababci mojej szlachcianki Grażyny. Mieszkający w Kazaniu, jej „Wujaszek Broniś”, był Grażyny dziadkiem. Oto fragmenty pamiętnika Marii o życiu polskiej szlachty kresowej, awansującej do mieszczaństwa rosyjskiego w Moskwie i Petersburgu.
Mój ojciec Henryk Maciej Bułhak (1860-1930), skończył gimnazjum w Mińsku. Papo studiował rolnictwo na Akademii Petrowsko – Razumowskiej w Moskwie, był oczytany, miał doskonały słuch i melodyjny głos, znał wiele oper i lubił śpiewać arie solistów. Majątek Bułhaków Natalewsk (7.800 dziesięcin), po podziale przypadł w całości starszemu bratu, a mój ojciec dostał tylko 50 tysięcy rubli i po ukończeniu studiów, pozostał w Moskwie na posadzie w domu pań-rencistek, w tak zwanym „Wdowim domu”. Z Eweliną Jankowską, córką Eweliny Okołów-Jankowskiej, Papo ożenił się 16 czerwca 1885 roku, w Wilnie, w kościele Św. Jana. Byli oboje piękni i pełni radości życia. Papo był wzorem dżentelmena, serdeczny i miły w obejściu. Mama była dla ojca wymarzoną żoną.
1891. Było nas czworo rodzeństwa: ja, najstarsza Maria, potem Linka, Zofia i Władzio, a później w Petersburgu, przybyła nam najmłodsza siostrzyczka, Lusia. W Moskwie, od kilku lat mieszkaliśmy na Nikoło – Pieskowskim zaułku, daleko od centrum, ale w zdrowej ustronnej dzielnicy: z jednej strony mieliśmy blisko Arbat, jedną z najładniejszych starych arterii Moskwy, z drugiej strony starą cerkiew Nikoły na Pieskach i mały ślicznie obsadzony krzakami białego i liliowego bzu, skwerek Sobacza Płoszczadka. Mieszkali tutaj literaci, uczeni, renciści, a także właściciele położonych koło Moskwy majątków, którzy tutaj mieli domki „pied a terre”, gdy interesy wzywały ich do miasta. Takim właśnie właścicielem posiadłości był pewien stary kawaler w dużych szafirowych okularach i jego siostra, także niezamężna. Za murem w głębi podwórza była stajnia i wozownia. Lubiłam patrzeć, jak furman wyprowadzał dwa rosłe, kare konie, podwiązywał im długie ogony, wplatał w grzywy czerwone tasiemki, zlewał wodą, a potem rozczesywał. Podziwiałam lśniące czarne kształty koni i długie, falujące grzywy. Przez werandę oszkloną wchodziło się do przedpokoju, a stamtąd do salonu i jadalnego pokoju. Z drugiej strony był sypialny pokój rodziców, nasz dziecinny i mniejszy pokój bony. Z tyłu domu była kuchnia, pokoje służbowe, kredens i spiżarnia. Z przedpokoju szły schody na górę, do dwóch pokoi i na strych, który pociągał swoją tajemniczością, ale dokąd nie pozwalano nam chodzić. Tu upłynęły najcudowniejsze lata mego dzieciństwa. Tu, nasi rodzice. potrafili stworzyć nam raj na ziemi.

Mama była bardzo wyczerpana porodami i dla zmiany klimatu zabierała nas do Lipnicy, do cioci Heleny Kulikowskiej – Bułhakowej. Widzę tam siebie w białej, dekoltowanej i z krótkimi rękawkami sukience, obszytej koronkami i w pasie przewiązanej szeroką, niebieską szarfą. Włosy mam krótko obcięte, białe pończoszki, czarne lakierki. Jest ślub naszego krewnego w Mińsku. Ogromny stół, pełno gości, w pokoju damskim panie poprawiają toalety i fryzury, mam do zabawy małego, czarnego kotka, ale się nudzę i przytulam się do ramienia Mamy prosząc o powrót do domu, bo nie mogę dłużej wytrzymać w tych wstrętnych ciasnych lakierkach.
Nazajutrz z Babunią Ignacową Bułhakową, klęczymy w kościele, przy bocznym ołtarzu. Podziwiam lśniącą, czarną atłasową salopę Babuni, biały koronkowy czepek, przewiązaną śliczną, fioletowego koloru fularową chusteczką, księdza w pięknej koronkowej komży i to, że Mama zaplotła mi po raz pierwszy warkocz, a ja go bez przerwy splatałam i rozplatałam. Wieczorem kazano mi iść spać, ale przechodząc przez jadalny pokój z suto zastawionym stołem, zobaczyłam na wysokim kloszu winogrona i ogromne żółte i czarne śliwki. Nie mogłam zasnąć, co chwila wyłaziłam z łóżka i przez szparę patrzyłam na te śliwki. W końcu Mama dała mi na talerzyku kilka największych śliwek, czym uspokoiła moją tęsknotę za owocami.
Przed odjazdem wzięliśmy udział w procesji Bożego Ciała. Zostałyśmy przyjęte do zastępu dziewczynek w różnokolorowych sukienkach. Trzyletni Władzio szedł na samym przedzie nieskończenie długiej procesji dzwoniąc dzwonkiem, za nimi cały szereg chłopców w komżach dzwonkami i dziewczynki, które sypały kwiaty i znowu chłopcy. Władeczek ubrany był w białą, muślinową komżę, obszytą koronkami i ozdobioną atłasową, czerwoną kokardą. Śliczny był jak cherubinek z okrągłą, rumianą buzią i jasno blond wijącymi się włoskami. Dalej szły dziewczynki ubrane w różowe, niebieskie lub deseniowe sukienki, jeszcze dalej ubrane w bieli od Komunii Św. i na końcu, przed samym Przenajświętszym Sakramentem, sypiące kwiaty malutkie dziewczynki.
Po powrocie z Lipnicy do Moskwy odbyły się chrzciny Władzia. Mieszkaliśmy wtedy w dużym domu niedaleko jakiegoś bulwaru. Do pomocy starej niańce przyjęto młodą dziewczynę, która z nami chodziła na spacer. Nie słuchałam jej wcale, więc rodzice postanowili zaangażować bonę Niemkę, która mogłaby nas utrzymać w rygorze. Przyjechała więc panna Ella, wysoka, dziewczyna z czarnymi oczami, falującą czupryną i żywymi rumieńcami, ubrana w lila suknię. Te nasze bony pochodziły przeważnie z Inflant, Rygi albo Mitawy i dobrze mówiły po niemiecku. Z początku nie bardzo się przykładałam do niemieckiego, ale posłyszałam raz jak Lińcia coś płynnie do panny Elli powiedziała i wstyd mi się zrobiło, ale przeszkodą w nauce niemieckiego było to, że nie umiałam czytać po polsku. Ileż łez wylałam, ileż wystałam się w kącie.
Miejsce bony Elli zajęła potem Fraulein Frelka. Niska, nieładna blondynka, ale miała złote ręce. Pamiętam nasze paradne sukienki. Latem nosiłyśmy do wyjścia pelerynki z beżowego lub granatowego materiału i kapelusze słomkowe. Dzieci urządzały zabawy w kotka i myszką, w berka, chowanego i inne gry. Zimowy strój był bardziej skomplikowany. Mama, bona i niania ubierały całą czwórkę. Ciepłe majtki, na nogi grube wełniane pończochy i filcowe berlacze zapinane na guziki i obszyte futerkiem. Na wierzch granatowe paltociki, podszyte popielicami, czapki z czarnego baranka, czyli karakuła. Władzio miał wszystko to samo, z tą różnicą, że jego płaszczyk był uszyty jak bekiesza z odcinanym stanem i przepasany był szeroką czerwoną, wełnianą szarfą, okręconą dwa razy z długimi frędzlami. Kołnierz i czapkę z uszami miał z białego baranka i takąż mufkę, wiszącą na czarnym, jedwabnym sznurku. Gdy niania ubierała Władzia na spacer, przysuwała mu czapką tak szczelnie do kołnierza, żeby nie było najmniejszej szpareczki, żeby broń Boże wiatr nie zawiał w to miejsce. Władzio ruszał głową i mówił po rosyjsku: „Niania, gołowka widna”. Wtedy niania poprawiała i głowa nie była widoczna. A wtedy schodził z góry kuzyn Boleś Bronowski i krzyczał: „Władziu, gołowka widna”. Władzio zaczynał płakać, a niania szalała ze złości, bo całą robotą trzeba było rozpoczynać na nowo. Niania Nadieżda bałwochwalczo kochała Władzia, rozpieszczała go okropnie, nazywając go „gołubczyk ty moj bieleleńkij, gołubczyk ty moj sierenkij, żyźń maja, radość mają.”
Szliśmy na spacer najczęściej na Bulwar Puszkina i tam nasze opiekunki zasiadały na ławkach w towarzystwie innych bon, Niemek, Francuzek i niań, a jeśli był już śnieg, braliśmy się do kopania, małymi, drewnianymi łopatkami i nakładania śniegu do małych saneczek. Władzio mógł już nam dotrzymać kroku, więc razu jednego wybraliśmy się obejrzeć nowo wybudowany wspaniały Chram Spasitiela, kościół Zbawiciela. Gdy weszliśmy do przedsionka zatrzymał nas władczym gestem wygalowany szwajcar ze złotą buławą w ręce: „Proszę natychmiast zdjąć chłopcu czapkę”, rozkazał. „Ależ to dziewczynka”, szybko odparowała niania Nadieżda, nie wyobrażając sobie, że można dopuścić, żeby się Władzio przeziębił z gołą głową. „Przecież to chłopiec, ma na sobie pas”, upierał się szwajcar. „Niechże pan patrzy na mufkę, tylko dziewczynki noszą mufki”, powiedziała Nadieżda. Szwajcar machnął ręką i pozwolił nam przejść.
Urodzona jeszcze w czasach pańszczyźnianych, młodziutka Nadieżda trafiła na służbę do znanego w Moskwie domu mody Madame Cutoir. Właścicielka, Francuzka, polubiła ładną, zgrabną i rozgarniętą dziewczynę i brała ją ze sobą za granicę, dokąd jeździła po świeże modele sukien i galanterii. 3 razy do Paryża, była także we Włoszech i w Szwajcarii. Nadieżda lubiła opowiadać o podróżach, podając bardzo nieścisłe wiadomości geograficzne i śmiesznie przekręcając francuskie słowa. Takich francuskich domów mody było więcej w starej Moskwie. Arystokracja rosyjska ceniła nade wszystko blask i przepych dworu cesarskiego i Petersburga, gdy kupiectwo moskiewskie rosło w potęgę finansową. Mówiono, że mieli miliardy jeszcze przedtem nim się stali miliarderami przemysłowcy amerykańscy, ale prowadzili skromniejszy tryb życia.
Rodzice moi nie byli bogaci i nie prowadzili życia wystawnego, ale przebywali w towarzystwie osób zacnych i kulturalnych. Byli to Papy koledzy ze studiów: Staś Pilecki, ziemianin z ziemi Nowogródzkiej, Mieczyś Iwaszkiewicz, którego dobra leżały na Ukrainie, Jaś Deybel, bracia Choroszewscy, Stefan – doktor i Kazimierz – inżynier. Żona Stefana, blondyna z czarnymi oczami i Kazimierzowa, niebieskooka brunetka, to były piękne i wytworne damy. Najbardziej szanowana w naszym domu była panna Stefania Haciska, pochodząca z ziemiańskiej rodziny w Nowogródczyźnie, gdzie żyła pod opieką brata, starego kawalera. Miał on piękne cugowe rumaki, które tak namiętnie kochał, że żałował je zaprzęgać i sam jeździł wynajętą żydowską dorożką. Nie mogąc znieść jego dziwactw, wolała panna Stefania, która ukończyła konserwatorium w Wiedniu, otrzymując fortepian jako najwyższą nagrodę, zarabiać na życie lekcjami muzyki. Miała piękne ręce i śliczne pierścionki, zwłaszcza podobał mi się staroświecki pierścionek z turkusami. Podczas lekcji, zamiast patrzeć w nuty, podziwiałam długie, piękne upierścienione palce. Fałszowałam okropnie, a ona gniewała się za moją nieuwagę. Bona nazywała panią Haciską Fraulein Stefanie, a niania Nadieżda Pulchną Panną. Razu jednego wyprawiła mnie Mama z nianią na lekcję do hotelu, portier otwiera drzwi i pyta do kogo przyszliśmy? Stropiłam się i zapomniawszy nazwiska, mówię: „Do Fraulein Stefanie”. Portier odpowiada, że nie ma takiej osoby, wtedy niania powiedziała: „My priszli do bariszni na urok muzyki”. Wtedy portier się zaśmiał i wpuścił nas.

W roku 1893 na lato pojechaliśmy do Kazimierzowa, do babci Marii Jankowskiej – Okołów. (Stryjeczna prababcia mojej szlachcianki, MM). Był to dwór wielki i ludny. Sześć długich alei lipowych otaczało ogród, w którym był zagajnik brzozowy. Babunia w otoczeniu 4 synów i 4 córek zasiadała przy dużym stole. Dwóch lokajów wnosiło za uszy i ustawiało na bocznym stoliku ogromny, miedziany, pięknie wyczyszczony samowar. Babunia odznaczała się nie tylko wielką urodę, ale, niezwykle pięknie grała na fortepianie. Córki tak ją kochały i zachwycały się jej urodą, że nie chciały słyszeć o zamążpójściu, bo jak twierdziły nie mogłyby znieść rozstania z matką. Synowie wyjechali na studia, tylko jeden, Napoleon Jankowski, został w domu i mieszkał na jakiejś wyspie na jeziorze i dostarczał do domu zwierzynę i ryby. Uchodził za dziwaka, bo nigdzie, nawet w kościółku w Kazimierzowie, się nie pokazywał. Pamiętam, że ciotki Kazia, Kostunia, Jadwinia i Marynia nie wychodziły prawie wcale z domu latem, bo bały się dostać piegów. Jeżeli wychodziły to zawiązywały batystową chustką nad głową i na to wkładały słomiany kapelusz w kształcie budki. Kapelusiki były ładne i byłoby ciotkom w nich bardzo do twarzy, gdyby nie te chustki, które zakrywały pół twarzy, chroniąc twarz od słońca z obawy przed piegami. Co za przeciwieństwo do teraźniejszych pojąć o modzie. Gdyby nie te dziwactwo miałyby ładnie opaloną cerę z rumieńcem, a tak były tylko żółto-białe. Dwie z nich wyszły za mąż, ale dwie młodsze i najładniejsze nie wyszły.
Bartłomiej Jankowski ożenił się z bliźniaczką Marii – Eweliną Jankowską- Okołów. Za udział w postaniu 1863 roku, Bartłomiej, podpułkownik carskiej armii, stracił majątek i został zesłany na Syberię. Prababcia Ewelina z 2-miesięcznym synkiem pojechała do niego i przesiedziała rok cały w twierdzy. Gdyby nie wyjątkowo ludzka postawa naczelnika więzienia, który pozwolił jej trzymać przy sobie dziewczynę do pomocy przy dziecku, nie wytrzymałaby tam długo. Wychodziła z synkiem na korytarz i chłopczyk stał się ulubieńcem żołnierzy. Gdy był już większy zrzucał im rączką czapki z głowy. Oni się śmieli i mówili: „Ach ty maleńkij buntowszczyk”. Majątek został obłożony sekwestrem, a następnie sprzedany na licytacji. Mówiła mi ciocia Zarębska, że Bartłomiej, świetny gospodarz, miał zarodową oborę i cielęta sprzedawano po rublu, cena wówczas niesłychana. Gdy wskutek jakieś amnestii wrócił z Syberii, nie pozwolono mu zamieszkać w Polsce. Wybrał Odessę, bo dzieci już podrastały i trzeba było myśleć o ich nauce. Pradziad imał się różnych prac zarobkowych, żeby utrzymać i wyuczyć dorastającą “czeredę”, a było ich dziewięcioro. Prababka sama uczyła córki francuskiego i niemieckiego, bo nie stać było na guwernantki. Cztery córki otrzymały średnie wykształcenie, a synowie zrobili wyższe studia. Leopold ukończył leśnictwo, Bronisław (dziadek Grażyny -MM) – Instytut Mierniczy, a Robert medycynę. Jeden tylko wujaszek Adolf wstąpił do wojska.
Byłam już dużą dziewczynką, trzeba było pomyśleć o szkole w Moskwie. Blisko była francuska pensja pani Melon, ale miała swoje ujemne strony: 6 lat nauki i poziom ustępujący szkołom publicznych Rozwijało się szybko szkolnictwo rosyjskie, powstawały różnego rodzaju gimnazja. Na wsi u nas uważano, że to jest nie patriotycznie oddawać dzieci do szkół rosyjskich, a dla panien jest to „mauvais genre”, w złym tonie. Ale my nie miałyśmy majątku i posagów, musiałyśmy się liczyć z tym, że będziemy na swoje utrzymanie zarabiać jako nauczycielki, więc rodzice doszli do przekonania, żeby wybrać gimnazjum rosyjskie, które zapewniało zawód.
Matematyka i rosyjski były na pierwszym planie. Bona uczyła nas niemieckiego. Prenumerowaliśmy miesięcznik Wieczory Rodzinne, w którym wychodziły przekłady powieści angielskich i francuskich. Jeśli nie byłam zajęta czytaniem, szyłam sukienki dla moich sióstr. Bona uczyła nas różnych robótek. Bardzo lubiłam wyszywać na kanwie, a Władzio lubił strugać coś z drzewa i też umiał wyszywać na specjalnej tekturowej kanwie igłą i grubą nitką. Gdy zbliżało się Boże Narodzenie, Mama obmyślała jakąś robotę dla babci Eweliny, bo w wigilię wypadał jej dzień imienin. Pamiętam, że raz mozolnie wyszywałyśmy saszetkę na chustki do nosa. Na granatowym aksamicie, kremowy haft. Mama ze specjalnej błyszczącej bardzo cienkiej włóczki robiła szydełkiem chusteczkę na głowę. Przez kilka wieczorów przed Bożym Narodzeniem, codziennie po obiedzie, zasiadaliśmy stole jadalnym i robiliśmy zabawki na choinkę. Panna Karolina, zręczna nadzwyczajnie, miała tysiące pomysłów, wyznaczając, co które z nas miało wykonać. Nie wolno nam było widzieć choinki, aż do dnia wigilijnego. Salon był zamknięty na klucz. Mama i bona ubierały choinkę, a my staraliśmy się zobaczyć cokolwiek przez dziurkę od klucza. Po łamaniu się opłatkiem, drzwi do salonu otwierały się, a wiedzieliśmy, że pod choinką jest coś jeszcze. Każde z nas miało prawo napisać na karteczce i położyć na biurku Papy, życzenie na Gwiazdkę. Pamiętam dwa swoje życzenia: raz prosiłam o łańcuszek dla pieska, był to śliczny mopsik, a drugi raz podsunął mi pomysł Władzio: poprosić o konika. Dostaliśmy dwa jednakowe siwe koniki z ogonami z prawdziwego włosia. Dla Władeczka koń był w sam raz, dla mnie okazał się za niski, więc jeździłam z nim dokoła pokoju. Na innej wigilii, Władeczek, zniecierpliwiony długo trwającą wieczerzą, wymknął się niepostrzeżenie do salonu i rozpoczął poszukiwanie pod choinką. Zdążył rozpoznać i zabrać przeznaczoną dla niego zabawkę, ślicznego małego lewka na kółkach. Manewrując jednak potrącił drzewko, które się z trzaskiem przewróciło się. Miał szczęście, że było tak wysokie, że wierzchołek oparł się na fortepianie i Władzio wygramolił się głośno płacząc: „Ja jajka powalił”, bełkotał szlochając.
Rozpoczynał się karnawał. Zobaczyłam Mamę przed dużym lustrem w salonie. Miała na sobie nową popielatą suknię i na głowę wkładała śliczny szary kapelusz z długim szarym strusim piórem, zawiązując pod brodą szarą aksamitną wstążkę. Nie mogłam oczu oderwać od szczupłej, eleganckiej postaci Mamy. Moskwa szalała. Jeżdżono na trojkach, wspaniałe rysaki strojne w dzwonki i brzękadła. Pożerano stosy blinów. Naszymi gośćmi byli kuzynowie i ich koledzy, Henryk i Alik, wielcy amatorzy blinów. Niania Nadieżda i bona bez przerwy nosiły z kuchni bliny nakryte serwetą by nie ostygły w drodze do jadalnego pokoju. Do blinów podawano kawior, śledzie i inne ostre przyprawy, ale najlepsze było gorące roztopione masło i gęsta śmietana, w których blin musiał pływać. Smażono je jednocześnie na kilku patelniach. Jazda na trojkach i bliny z kawiorem była to zabawa klas zamożniejszych. Dla biedniejszych miasto urządzało zabawy, tak zwane Wierby. W Wielkim Tygodniu zjeżdżali różnego rodzaju handlarze i przekupki i rozstawiali swoje kramy na ogromnym rynku. Środkiem snuli się ludzie, dzieci i przekupki. W skleconych naprędce drewnianych budach sprzedawano buty, kożuchy, czapki, galanterię, słodycze, gorące pierożki, owoce i ciasta, przedmioty z drzewa. Były stoiska z wypchanymi ptakami, a obok klatki z żywymi. Rodzice dawali nam po rublu i z boną i niańka jechaliśmy tam saniami. Raz kupiłam wypchaną wiewiórkę, a raz żywego szczygiełka, który na drugi dzień okazał się zwykłym wróblem, zręcznie pomalowanym. Wypuściliśmy go przez okno.
Zajeżdżały do naszego podwórza chłopskie wozy z owocami, kawonami, jabłkami, ogórkami. Najwięcej mi się podobał chłop, który miał na wozie dwa duże cebry, z jednym były żurawiny, w drugim orzechy laskowe, a chłop zachwalał swój towar krzycząc na całe gardło: „Klukwa, oriechi”. Jeździł też chłop z beczkami pełnymi kwaszonej kapusty. Na saniach wożono ogromne bieługi, ryby tak duże, że jedna sztuka leżała wzdłuż sań, a ogon wlókł, się po śniegu. Zachodzili na podwórze kataryniarze z małpkami lub świnkami morskimi, a czasem papugami. Inni mieli gorące pierożniki ułożone na stolnicy, zawieszonej na pasku, okryte dla ciepła watowaną niezbyt czystą kołderką. Były warsztaty do ostrzenia noży, bo w owych czasach mężczyźni i chłopcy nie mogli się obyć bez scyzoryków. Roznosiciel gruszkowego kwasu ustawiał mały stolik i obok stos sfermentowanych ulęgałek. Można było za parę kopiejek wypić szklaneczkę doskonałego kwasu. Wyrabiano też kwas chlebowy orzeźwiający i bardzo smaczny. Od wczesnej wiosny jeździły wózki z lodami, których były zawsze cztery gatunki: zielone pistacjowe, śmietankowe, krem brule i kawowe. W dni upalne chłopcy nosili szklane dzbany z wodą zaprawioną cytrynami lub jakimś kolorowym sokiem.
W Moskwie były ogromne sklepy z asortymentem najprzeróżniejszych lalek, zwierząt i mechanicznych zabawek. Dostałam katarynkę, którą przewieszało się przez ramię na mocnym pasku. Gdy grałam na niej kręcąc korby, tańczyły 3 pary tancerzy. Jak tylko wracałam z gimnazjum, ściągałam wszystkie lalki do mego teatru marionetek. Aż do zamążpójścia zachowałam dużą porcelanową lalkę niemieckiej roboty, z wyrobioną z wosku piękną twarzyczką. Władzio miał na podwórzu swego małego przyjaciela Miszkę, syna dozorcy, wyjątkowo miły i grzeczny chłopczyk, z którym Władzio grał w sajki, czyli kręgle. Chłopcy sami wyrabiali te kręgle z równych prostokątnych kostek z bydlęcych pęcin. Były gładkie i oszlifowane do glansu. Ja bawiłam się małą porcelanową laleczką, przebraną za chłopczyka, nazywałam go królewiczem i szyłam mu aksamitne ubranka. Papeczko obiecał, że jeśli zdam egzamin do gimnazjum, to dostanę w prezencie kanarka, dotychczas miałam tylko Maśkę, moją wiewióreczkę z Wierbów, teraz bodźcem do pracy był żywy kanarek. Zdawałam 4 przedmioty: trzy języki i arytmetykę. Najwięcej bałam się rosyjskiego, ale poszło szczęśliwie. W domu powitał mnie świergot kanarka. Mój śliczny, złoty Mimiś, przeżył u nas 14 lat.
1894. Znów na lato do Lipnicy. Towarzystwo składało się z cioci Heluni, wuja Hipolita Kulikowskiego, pięknego, postawnego pana i ich pięciu córek. Były to ładne blondynki z czarnymi brwiami, nie za szczupłe, raczej odwrotnie, mające przy tym śliczne cery i białe zęby. Panie siedziały na ganku i obierały jabłka, krajały je na ćwiartki i nizały na długie, lniane nici, które wieszano na drągach rozpiętych między drabinkami. Roje os unosiły się, naokoło, mnie kazano odpędzać ją gałązką, ale to nic nie pomagało. Osy objadały jabłka i obżarte, nie mając sił do lotu, leżały pod drabinami. Zgarniano je i wynoszono na podwórze dla drobiu. Upały dokuczały, w domu było duszno, okna zamknięte i zasłonięte płóciennymi storami od słońca. Dzieciom przyszło do głowy, żeby spać w ogrodzie. ”Komary was będą gryzły”, oponowała ciocia, ale panienki upadły przed ciocią na kolana i dalej prosiły. „Czy ty, Marynko chciałabyś nocować w ogrodzie?”, zapytała mnie ciocia. Odpowiedziałam: ”Nie ciociu, ja boję się wilków i nietoperzy” ”Widzicie, jaka to rozsądna dziewczynka”, powiada ciocia.
Jak w każdym dworze były tutaj psy. Ogromna wyżlica Dinora na materacu w jadalnym pokoju. była wierną towarzyszką swego pana. Wujaszek przy obiedzie dawał jej kości, które Dinora w lot chwytała, ale ciocia tego nie lubiła i gniewała się na wujaszka. Były też psy gończe i szczeniaki w spichlerzu na zboże. Z trudem spod podłogi wyciągałam szczeniaki grube i tłuste i z rozkoszą je i tuliłam w objęciach. Podeszło dwóch wyrostków, jeden wlazł do nory i zobaczyłam, że wyciągają szczenięta i pakują do worka. „Pani kazała szczeniaki potopić, jest za dużo” powiedzieli chłopcy. Rzuciłam się na chłopców i zaczęłam wyrywać im z rąk, krzycząc „Nie dam, nie pozwolę ich topić”. Na mój krzyk ciocia kazała chłopcom odejść, a mnie uspokoiła, zapewniając, że nie pozwoli topić piesków. Na drugi dzień zobaczyłam znów tych chłopaków. Chciałam biec i ratować, ale nie mogłam ruszyć się z miejsca. Rozpacz, że tracę coś, co kocham, a nie mam do tego prawa. Oprzytomniawszy zobaczyłam, że dwa pieski zostały. Z radością tuliłam do siebie, ich rozkoszne mordki. Raz zabrałam pieski i chowałam się z nimi w gęstwinie wysokich słoneczników, ale Mama i Ciocia strasznie się niepokoiły, robiono różne przypuszczenia, nawet sondowano studnię i staw, szukano w lesie. Za karę przywiązała mię Mama z gniewem do schodów prowadzących na strych i tam musiałam stać, narażając się na pytania i wstyd.
We wrześniu zaczęłam chodzić do gimnazjum, odprowadzała mnie bona. Gimnazjum zajmowało duży plac z ogrodzeniem z kutego żelaza, ze wspaniałą bramą, przez którą wchodziło się do okazałego gmachu w kolorze orient rose, jaki miały wszystkie gmachy w Rosji. Z paradnego westybulu szło się na górę po szerokich schodach do klas. Zaledwie zdążyłam położyć książki na pulpicie, już ustawiałyśmy się parami i szłyśmy, klasa za klasą, do ogromnej sali z filarami. Na bocznej ścianie za małą balustradą wisiał ołtarz. Codziennie odmawiano tu modlitwę. Niedaleko od ołtarza ukazywała się w czarnej jedwabnej sukni, w pantoflach na wysokich obcasach dama klasowa z jednej ze starszych klas. W ręku miała śliczną białą chustkę do nosa, obszytą szeroką koronką. Machnęła nią lekko w stronę uczennicy wysuniętej nieco przed szeregami, była to zawsze uczennica z piękną wymową. Po odmówieniu modlitwy wszystkie klasy wracały na swoje miejsca i punktualnie o 9. rozpoczynała się lekcja. O 12. była półgodzinna duża pauza i można było zejść na dół do refektarza, dużej sali, gdzie stało dużo stołów i ławek. Tam można było dostać szklankę herbaty i zjeść zabrane z domu śniadanie. Pauzy między lekcjami trwały 10-15 minut i o wpół do trzeciej szłyśmy do domu. Z niemieckiego i francuskiego byłam dobra, z matematyki słaba, geografia, przyroda, rysunki – nieźle. Najgorzej było z rosyjskim, z dyktanda miałam stale dwójkę, podczas głośnego czytania wyrywał mi się polski akcent.
Nauczycielka z rosyjskiego była postrachem gimnazjum. Raz postawiła mi jedynkę z dyktanda. Byłam tak zdenerwowana, że nie uważałam zupełnie na następnej lekcji. Nagle usłyszałam swoje nazwisko. Za nieuwagę, inna nauczycielka, Jekaterina Siemionowna dała mi jedynkę. Otoczyły mnie dziewczynki i podeszła dama klasowa: „wobec tego, że dostałaś dwie jedynki, będziesz musiała pozostać na godzinę w klasie i przepisywać w kajecie, co ci podyktuję”. Zaczęłam szlochać i prosić, żeby mnie puszczono na wolność, ale wiedźma kazała mi iść do V klasy i tam wśród innych ukaranych dziewczynek, odsiadywać karę. Nic nie pisałam, tylko głośno płakałam. Weszły dwie starsze dziewczynki i przyprowadziły inną damę, która po wysłuchaniu o moim nieszczęściu, kazała mi złożyć książki i iść do domu.
W roku 1895 zaprosiła nas na lato do Żytomierza, siostra Mamy, ciocia Emilka Zarębska. Mąż jej, pułkownik Zarębski nie żył już, a ona mieszkała we własnym ładnym domu. Do Berdyczowa jechaliśmy koleją, a od Berdyczowa do Żytomierza dyliżansem. Było okropnie gorąco i duszno w dyliżansie, bardzo ciasno i kurz niesamowity. Żytomierz miał dużą, starożytną katedrę i był pięknie położony nad dopływem Dniepru. W domu cioci Zarębskiej mieszkała wówczas babcia Ewelina Jankowska, która po śmierci najstarszej córki Maryni Niemczynowiczowej, opiekowała się jej trzema córkami: Janią, Alinką i Bronką. Sąsiadami przez płot byli pp. Zawistowscy. Jedna z panien nazywała się Klimcia i miała śliczną papugę, niezwykle zgrabną, o szarym upierzeniu, tylko pióra na spodzie skrzydeł miała bladoróżowe i takiż wytworny czub na głowie. Coś tam ciągle gadała, latała po wszystkich pokojach i jadła z ręki różne przysmaki. W ogrodzie cioci Zarębskiej było dużo kwiatów, piękne herbaciane róże i krzaki białych drobnych różyczek, które specjalnie lubiłam zrywać, bo najmocniej pachniały i dotąd tę odmianę róż najbardziej lubię. Były też białe, ogromne czereśnia i cała aleja wiśniowa. Cała droga była nimi zasypana, objadały się nimi wróble. Żar lał się z nieba i tylko dzieci mogły wytrzymać to gorąco. Pod wieczór, po podwieczorku obie Mamy z czeredą dzieci udawały do kąpieli. Wysoki, porośnięty lasem prawy brzeg jest tak malowniczy i pociągający, że dotychczas stoi mi przed oczyma zielony las, ciemny błękit rzeka wyzłocona gorącymi promieniami słońca. Przy brzegu było płytko i same kamienie, toteż szło się dalej przez mostek na środek rzeki, gdzie były urządzone drewniane łazienki, w których, za niewielką opłatą można było się kąpać nie kalecząc nóg. To była plaża tylko dla kobiet i dzieci, a dalej tylko dla panów.
Zbliżał się dzień Komunii Świętej Ilość moich grzechów, wzrastała z każdym dniem, zamiast myśleć o rzeczach niebiańskich, myślałam o mojej sukni z piękniej białej wełny, koloru kości słoniowej. Do tego miał być szeroki, długi welon, wianeczek ze stokrotek, biała atłasowa szarfa do przepasania sukni, białe rękawiczki i zgrabny woreczek z ego samego materiału co suknia, podszyty białym jedwabiem z przeciągniętą atłasową wstążką, do którego włożyłam chusteczką, różaniec i maleńką książeczkę do nabożeństwa. Mając na białych sukienkach tylko lekkie wełniane pelerynki, zajechałyśmy na z Mamą dorożką na pensję Madame Melon, gdzie nas spotkała Mademoiselle Leontine i włączyła do grupy swoich panienek do Komunii. Podobały mi się te małe Francuzki w szerokich muślinowych sukienkach i prześlicznych koronkowych czapeczkach. Upięto nam welony i wyglądałyśmy również dobrze jak te Francuzki. Usadzono nas na ławkach ustawionych w prezbiterium i rozpoczęła się Msza Św. Cudnie pachniały konwalie, które mamy i bony trzymały w rękach. Poszłyśmy do ołtarza, żeby przyjąć Przenajświętszy Sakrament. Gdy poczułam opłatek w ustach, zeszło na mnie ukojenie. Rodzice płakali, dużo osób ocierało łzy.
1896. Przez całą zimę była mowa o zamążpójściu Dziuni, siostry Gucia Bulhaka, która była zaręczona z panem Janem Rewkiewiczem, administratorem w Natalewsku, człowiekiem starszym od niej, ale miłym i sympatycznym. Ogród Natalewski oddawali w dzierżawę Żydom. Kupiec taki budował szałas kryty słomą i z całą rodziną tam się przenosił. Jak w cygańskim obozie na ogródku stał trójnóg, a nad nim jakieś kolorowe szmaty rozwieszone na sznurach pomiędzy drzewami. Dzierżawca był obowiązany dawać codziennie do dworu określone ilości owoców. W tym roku ogrodnik powiększył ogród kwiatowy przed werandą, zasadził parę szczepów białych i czarnych winogron, które pięknie owocowały. Urządził także ślicznie ogród koło oficyny, gdzie zamieszkała młoda para. Założono dwa owocowe sady z dwóch stron alei wjazdowej. Moje ulubione drzewa były klony, lipy i jesiony. W nowych sadach posadzono mnóstwo nowych odmian jabłek, a wzdłuż płotu posadzono leszczynę, w ciągu paru lat powyrastały cieniste i przytulne aleje orzechowe. Było bardzo dużo owoców, stare jeszcze trzymające się sapieżanki, wytworne gruszki o niezrównanym smaku, śliwki, renklody, duże francuskie czarne i moc innych gatunków.
Przyjechało 100 osób. Wszystkich panów starszych i młodszych ulokowano w świeżo zbudowanej i jeszcze niepuszczonej w ruch krochmalni, gdzie było świeżo i czysto. Starsze panie zajęły gościnne pokoje w dużym domu, gdzie też razem z paru innymi starszymi panami mieszkał protoplasta rodu. Panny rozkładały odświeżały swoje stroje. Dzień był gorący, więc wszystkie panie szykowały wachlarze. Niula i Gabrielka miały wachlarze zrobione z palmowych liści, ogromne jak łopaty do śniegu. Na ślub Dziunia kupiła jedwab seledynowy i girlandę z konwalii do dekoltu. Dla nas ciocia Niuta kupiła różowej lekkiej wełny na paradne sukienki. Mama zaś czerwonej satyny w białe groszki i zakopiańskie kierpce zasznurowane rzemyczkami u kostek. Modne były karczki zrobione z koronki obrzeżone sutą koronkową falbaną.
Panowie wszyscy we frakach, a nasz Władzio w granatowym aksamitnym ubranku, ze złotymi lokami spadającymi na szeroki z weneckiej gipiury kołnierz, wyglądał jak królewicz z bajki. Ponieważ strasznie lubił konie i codziennie chodził do stajni, na głowie miał śliczną dżokejkę w białe i czerwone pasy. My prezentowałyśmy się w różowych koronkowych sukienkach i różowych kokardach, wyglądałyśmy jak muchomory.
Po podwieczorku rozpoczęły się tańce. Grała znana orkiestra Żyda Ajzyka. Jeździł on od dworu do dworu na wszystkie śluby i zabawy. Dwoje czy troje skrzypiec i dwa inne instrumenty. Grali doskonale, siły niespożyte. Każdy taniec bardzo długo, nieraz mazur trwał 2-3 godziny Przypominam sobie czarowne dźwięki Straussowych walców. Salon zaledwie mógł pomieścić tańczące pary. Panna młoda musiała z każdym panem przetańczyć jeden tour walca. Pan młody musiał z każdą panną przejść przez całą salę aż do wejścia do sali jadalnej, skąd za każdym razem wysuwał się lokaj i podawał panu młodemu tacę małych bukiecików z żywych kwiatów, pan młody wybierał bukiecik i ofiarowywał swej damie i odprowadzał na miejsce. Nie miałam pretensji, że mnie nie brano do tańca, byłam pochłonięta oglądaniem toalet, pierwsze miejsce zajął strój panny młodej: biała, atłasowa suknia z długim trenem, do którego trzeba było przypiąć pętlę z białej wstążki, żeby Dziunia mogła go przewiesić na ręce podczas tańca. Drugie miejsce zajęła moja Mama w sukni z różowego atłasu, przybraną przy dekolcie i rękawach kremową koronką i bukietem lilii wodnych paryskiej konfekcji. Jeszcze ładniejszy był jej pióropusz we włosach z dwóch małych strusich piór. Wyglądała jak królowa. Niula była w żółtej jedwabnej, przybranej czerwonymi makami, niebieskiej fularowej sukience z białymi różami. Idalka Majewska, śliczna brunetka w różowej tiulowej przy dekolcie bukiety drobnych, różowych kwiatów, pomysł do sukni wzięła chyba ze świeżo wydanej książki Urbanowskiej „Księżniczka”.
Zagrano ostatniego „białego” mazura i wszyscy parami przeszli do jadalnego pokoju. Pośrodku wznosiła się trzypiętrowa piramida z cukru. Smukłe kolumny i zgrabne balkoniki obwinięte były zwojami zielonego bluszczu i girlandami róż. Z obu stron piramidy stały torty, a pomiędzy nimi zielone pióropusze ananasów, które już pokrajane na plasterki i cudownie pachniały. Wzdłuż całego stołu stały baterie butelek z winem i likiery, a przy nich stosy talerzyków, kieliszki i łyżeczki. Brzegi stołu pokrywała na dłoń gruba warstwa czekoladowych cukierków. Na czekoladzie w odstępach leżały małe trójkąciki smażonego ananasa i przy nich malutkie srebrne widelczyki. Młodszy brat pana młodego owinął sobie rękę serwetą, ktoś mu podsunął krzesło i stanąwszy tuż przy piramidzie z całej siły uderzył w nią piramida rozprysła się na drobne kawałki.
Z żalem opuszczałam Natalewsk. Żal było, że zostało jeszcze tyle niezjedzonych owoców, że tyle śliwek zostało na ziemi pod drzewami po najlżejszym podmuchu wiatru, a jabłka, a gruszki, te piękne panny, o wytwornym kształcie, a las i pole, trudno te wszystkie wiejskie rozkosze wyliczyć. Tego lata poczciwy pan Jan dał nam do dyspozycji starego, cugowego konia, przeszło 20-letniego emeryta, który nazywał się Piernik. Ta nazwa wcale nie była odpowiednia, bo był pięknej karogniadej maści, o sierści czystej i lśniącej. Odznaczał się wielką łagodnością i pasł się spokojnie na trawniku przed domem czekając aż go ogrodnik weźmie do wożenia beczki z wodą do polewania kwiatów. Bezpieczna, trochę nudna była na nim jazda konno, nie uznawał bowiem ani truchta, ani tym bardziej galopu. Dbał o nas zupełnie po ludzku, bo gdy które z nas zleciało, nie ruszał z miejsca, póki się nie upewnił, że ktoś na nim znowu siedzi. Mieliśmy prawdziwą uciechę, gdy Piernik sam się zatrzymywał przed polem koniczyny lub owsa, zbieraliśmy garściami koniczynę i owies do czapki Raz, gdy się pasł na trawniku niedaleko od gumna, dostał ataku kaszlu. Wybuchom kaszlu towarzyszyły niestety jednocześnie głośne odgłosy z innej części ciała. Towarzystwo na ganku zanosiło się od śmiechu.
Jedna moskiewska nauczycielka wyglądała okropnie śmiesznie. Dość niskiego wzrostu, tak szeroka, jak wysoka, twarz miała bardzo miłą i wyraz był ujmujący. Na czubku głowy sterczał wysoki kok, nadawało całej postaci kształt piramidy. W uszach miała kolczyki, na szyi kilka sznurów paciorków, na pulchnych rękach mnóstwo bransolet i pierścionków stanowiło wykończenie strojnej jedwabnej sukni. Zapowiedziała, że nasz dość liczny zespół wystąpi we francuskiej komedyjce, którą zagramy na rocznicę założenia gimnazjum, miałam grać rolę dziewczynki, należącej do orszaku Arlekina i Colombiny. Arlekin miał obcisłą zupełnie trykoty kurteczkę i krótkie majteczki do kolan w czarną i pąsowe kwadraty, a na głowie fantazyjny, nadzwyczaj oryginalny kapelusz. Tańczył w pierwszej parze z Colombiną. Ja byłam ubrana w suto marszczoną sukienkę z jasnoróżowej satyny z trzema falbankami. Staniczek był gładki z dużym dekoltem obszytym jasno-zieloną jedwabną riuszą. Krótkie bufiaste rękawki też były obszyte riuszą, a wszystko razem obszyte maleńkimi srebrnymi dzwoneczkami, do tego szeroka jedwabna szarfa. Pantofelki moje były do kolan przesznurowane na krzyż zieloną wstążeczką Na głowie śliczny i różowy kapelusik, arcydzieło bony, która sama to wszystko niezwykle zręcznie zmajstrowała i uszykowała. Przy najmniejszym poruszeniu dzwoneczki ślicznie dzwoniły. Wszystko udało się znakomicie. Klaskali nam i bili brawo. Gdy przedstawienie się skończyło, przebrała mnie bona w wełnianą granatowo pąsową drobną kratkę, sukienkę, włosy rozpuszczone w lokach zawiązanych granatową wstążką i tak wyszłyśmy jednakowo ubrane na salę. Wtedy podszedł do mnie jakiś młody pan elegancko ubrany, ukłonił się i zaprosił do walca. Byłam dumna, że potraktowano mnie jak dorosłą osobę.
1897. Tego lata mieliśmy zaproszenie do Wierzchówki w ziemi wileńskiej. Właścicielką była kuzynka Mamy, ciocia Wanda Świdzińska. Przyjechał tam wujaszek Broniś Jankowski (dziadek Grażyny, MM), ze swoją młodziutką żoną Karoliną, która z pochodzenia była Niemką, ale potem stała się dobrą Polką, a nade wszystko była idealną żoną i matką. Wierzchówka była, pięknie po staroświecku, mahoniami umeblowana, pełno obrazów i portretów, duża oficyna, w której nas ulokowano, kuchnia w oddzielnym domu, jak w Natalewsku, obok lodownia.

Tam poznałam więcej osób z rodziny Jankowskich. Pradziad Bartłomiej Jankowski miał dwóch braci: jeden, Napoleon był właścicielem Kazimierzowa, drugi ożenił się z panną Katyńską i był właścicielem Wierzchówki. Ta para miała 4 córki, z których dwie: Wanda i Zofia wyszły za mąż za dwóch braci Świdzińskich. Ciocia Wandzia była tęgą, różową, wesołą kobietą lat 45, zawsze zajętą gospodarstwem, jej córka Tunia była hoża z silnymi rumieńcami panna, szalenie mi się podobały jej krótko obcięte, falujące, kasztanowate włosy i piękne, szafirowe oczy. Była żywa, wesoła i miała silny przyjemny głos, doskonale jeździła konno i miała ładną wierzchówkę, na której mi czasem pozwalała pojeździć. Marzeniem moim było przejechać się na prawdziwym siodle, a nie na derce i na byle jakiej roboczej szkapie. Chodziliśmy na wygon, gdzie się pasły robocze konie i tam wybieraliśmy spokojniejszego starego konia, zarzucaliśmy mu uzdę zrobioną ze sznurków i podprowadzaliśmy do płotu skąd przy pomocy drugiego, jedno z nas wsiadało na konia. Raz dosiadłam starą klacz, która na ogół była spokojna, ale tego dnia muchy były dokuczliwe, więc klacz opędzała się gwałtownie ogonem i skierowała się pod gęsty, wysoki żywopłot, a ja, zamiast zeskoczyć wyciągnęłam się na jej grzbiecie w kierunku do ogona zamiast do szyi i tak leżąc przejechałyśmy do końca ogrodzenia. Łaska Boska, że gałęzie nie ściągnęły mnie na ziemię i nie podrapały twarzy.

Tryb życia w Wierzchówce był taki sam jak wszędzie na wsi. Wstawaliśmy o 8 i szliśmy na śniadanie do dużego domu. Na pierwszym miejscu przy jadalnym stole siedziała zawsze babunia Michalina, matka cioci Wandzi. Obok niej córki i starsze panie, a potem dzieciarnia i panowie. Może w kilka dni po naszym przyjeździe, chłopiec wiejski przyniósł do dworu młodą wronę. Było to zaledwie opierzone pisklę z ogromnym żółtym, zupełnie miękkim dziobem. Patrzało na nas przerażonymi oczkami i wrzeszczało dzikim głosem. Porwałam je w objęcia, ale się wyrywało i wrzeszczało coraz gorzej. Mama zniecierpliwiona chciała je oddać z powrotem chłopcu, ale chłopiec już znikł poczuwszy 20 kopiejek w garści. Babunia Michalina chodziła nad staw i tam łowiła małe rybki. Polubiłam ją, gdy mi dawała te rybki dla mojej Wrońci. Mama pomogła mi urządzić jej legowisko. Bardzo szybko oswoiła się i na mój głos wychodziła ze swego zakątka, dawała się pogłaskać po lśniących piórach i wycierała dziób z każdym dniem twardszy i ciemniejszy o moje ręce, lub suknię. Wkrótce zaczęła wychodzić na ganek i sama wracała do domu i połykała żarłocznie rybki Babuni. Zginęła marnie, przyłapana przez kucharkę w chwili, gdy siedząc na oknie kuchni zajadała kotlety, ze zbyt blisko do okna przysuniętej stolnicy.
Przyjechał wuj Lolo Jankowski z Zalingen z ciocią Stasią i Zykiem, bardzo eleganckim, w nowym, marynarskim ubraniu. Przyjechała też z Kijowa babcia Ewelina Jankowska z synem Robertem, który rozpoczął tam studia na wydziale medycznym i z wnuczką Janią Niemczynowiczówną. Z zazdrością patrzałam, jak Julia codziennie jechała konno w ładnej amazonce ze ślicznym niebieskim woalu na kapeluszu, a na drugim wierzchowcu Robert. Ten znowu miał piękny głos i codziennie śpiewali duety przy akompaniamencie Mamy albo którejś z ciotek, bo te wszystkie starsze panie świetnie akompaniowały do śpiewu i grały nam do tańca. A grały te zacne ciocie tak długo, jak nam chciało się tańczyć. Jania była ładna, wesoła, rozmowna i ruchliwa. Jej uroda oczarowała dwóch najbliższych sąsiadów: Stasia i Janka Odyńców. Pan Stanisław był naprawdę podobny do Odyńca. Miał krótki, gęsty, szpakowaty zarost, czarne ogniste oczy, szorstkie, siwiejące włosy, był niski, ale rozrosły w barach, robił wrażenie muskularnego.

Zaroiło się od młodzieży w Wierzchówce. W dzień konne spacery, wieczorem tańce i śpiew. Bywaliśmy z ciocią i Mamę, w sąsiedztwie. Tam poznałam siostry Manię i Ziutę i najmłodszego Oldzika. Wszyscy byli przystojni, niskiego wzrostu o czarnych, pięknych oczach, pełni życia i humoru. Oldzik zaczął mi asystować, przyjeżdżał konno, przywoził bukiety polnych kwiatów. Miał już 14 lat, więc miał już jakie takie pojęcie o zachowaniu i manierach młodego człowieka.
Był koniec lata, ciocia Wandzia wydała pożegnalną majówkę. Wyładowano wozy wszelaką żywnością i całym dworem pojechaliśmy do lasu. Była wspólna fotografia, jakieś 55 osób, Na pierwszym miejscu jak zwykle babunia Michalina, obok babci ciotki i Mama, jakieś starsze bardzo eleganckie panie, przy niej dwie córki, również bardzo i nasza dzieciarnia, siedząca na trawie. Panowie prędko wyczyścili i wydeptali miejsce do tańca, ktoś na czymś grał i młodzież tańczyła. Podpatrzyłam już, że po pieczonych kurczętach, po herbacie z ciastkami, po kanapkach z szynką i innych wiejskich przysmakach, po owocach będą lody. Jechały w ogromnym cebrze pełnym lodu, w miedzianej maszynce do lodów.
Rozniosłam gościom spodeczki z lodami i łyżeczką, sobie też nie żałowałam. Ciocia dała sygnał odjazdu, zjedzono zapasy żywności, wypito niesłychane ilości herbaty z samowara, który był bez przerwy nastawiany na szyszkach przez dwie pokojówki. Wodę brały ze strumyka, wwindowaliśmy się na słomą wyłożone i derkami okryte wozy i śpiewaliśmy przez całą drogę. Zaledwie wysiedliśmy na ganku, znowu zabrzmiała zawrotna melodia walca i długo jeszcze tańczyliśmy, aż do białego mazura.
W następnym odcinku pamiętnika Marii Janiszewskiej Bułhakowie przenoszą się do Petersburga.
Cdn.

Marian Marzyński
Polski i amerykański dziennikarz, reżyser filmowy i scenarzysta. Ur. 12 kwietnia 1937, zmarł 4.04.2023. Mieszka stale w USA. Album autobiograficzny Mariana Marzyńskiego KINO-Ja. ŻYCIE W KADRACH FILMOWYCH jest do nabycia w księgarni internetowej UNIVERSITAS i w sklepach taniej książki.
Witryna Marzyńskiego LIFE ON MARZ
