22.09.2022

„Polska nierządem stoi”!
To przypomnienie tego, co kiedyś było i źle się skończyło.
- Teraz Polską rządzą agenci — a to Moskwy, a to Berlina, ale to nie Polacy są, to są zdrajcy.
- Agenci rządzili też i wcześniej. Wszyscy polscy politycy to byli i są agenci. A więc zdrajcy.
To, co wyżej, to nie chory sen wariata śniony nieprzytomnie, to proste podsumowanie tego, co obecne w debacie publicznej ostatnich tygodni. Wywiady byłych szefów służb wywiadu i kontrwywiadu, liczne głosy publicystów w różnych mediach, wystąpienia sejmowe wiceprezesa PiS-u Antoniego Macierewicza, przewodniczącego tej dziwnej podkomisji sejmowej mającej ustalić przyczyny katastrofy smoleńskiej (a właściwie nie katastrofy a zamachu bombowego). I na koniec niczym wisienka na torcie wystąpienie, jak zawsze poza trybem, prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który do polskiego Sejmu sformułował jednoznaczne oskarżenie – „wiedziałem, że tu w tej Izbie są agenci, ale nie wiedziałem, że jest ich aż tylu”.
Chyba nastały takie czasy, że czymś nienormalnym, niespełniającym standardu polskiej polityki, jest … niebycie agentem. Niebycie agentem oznacza jednak, że jest się marnym politykiem, prawdziwy polityk to agent; a najlepiej podwójny.
To jest chore do fundamentu. Wywiady generałów służb, wypowiedzi posłów i prezesów partii z sejmowej trybuny nie powodują żadnych poza medialnym zgiełkiem skutków prawnych, nikt nikogo nie pozywa do sądu, nie żąda przeprosin i odszkodowania za pomówienia o zdradę.
Zarzucić politykowi, że jest agentem i zdrajcą to oskarżenie najgorsze. Nie ma niczego gorszego. To jest przestępstwo, często karane śmiercią, dożywotnim więzieniem, wieczną infamią – wszystkim, co najcięższe.
Jeżeli tak, to dlaczego jest taka cisza, dlaczego nic się nie dzieje?
Wynika to pewnie z faktu, że ci agenci, to agenci wpływu, zaś oskarżenie o agenturę zależy od oceny oskarżającego, jaki to wpływ na sprawy publiczne ma to, co robi – czy mówi – oskarżany. To tzw. miękka sfera: tu nie trzeba twardych dowodów ani dokumentów świadczących o zdradzie. Wystarcza nasze własne przekonanie, że to, co robi (czy nawet tylko mówi) przeciwnik polityczny nie jest zgodne z naszym rozumieniem interesu narodowego, czyli racją stanu państwa (taką, jak my ją definiujemy…). W efekcie każdy każdego może oskarżać o agenturę wpływu. To dlatego mamy taki polityczny teatr i do tego z takim marnym spektaklem.
Nic jednak za darmo. Jeżeli zapanuje taki klimat, że każdy każdego może publicznie oskarżyć o reprezentowanie interesów obcego państwa, to w sytuacji prawdziwej zdrady wszystko może się zagubić we wrzawie medialnej i podnieceniu publicystycznym.
Gdybym miał wypowiedzieć swoje zdanie, to powiem krótko – agentura wpływu realizowana jest wtedy, gdy polityka państwa jako punkt odniesienia przyjmuje model obcego, obiektywnie wrogiego państwa.
Realizowany przez dziś u nas rządzących model państwa nie jest zgodny z obowiązującym w UE – organizacji, do której weszliśmy w wyniku powszechnego referendum. Wyobrażany przez nich model państwa i system sprawowania władzy jest możliwy do zrealizowania jedynie wtedy, gdy w Polsce będzie jak w Rosji (a na początek jak na Węgrzech). Pamiętamy te głosy wypowiadane publicznie przez prezesa rządzącej partii – „będzie jeszcze w Warszawie Budapeszt”.
Wobec tego wypada stwierdzić, że to polityka partii rządzącej powiela tamte wzory, to polskie państwo jest agentem wpływu.
Ale to już zupełnie inna historia.

Zbigniew Szczypiński
Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.

Pośrednio przyznał Pan, że Kaczyński zasługuje na tytuł agenta wpływu(do niedawna pokłóconych z PiS)Węgier. Co potem?