01.06.2023
Nie muszę, ale mogę się wytłumaczyć: 4 czerwca nie pojadę do Warszawy, nie będę uczestniczył w Wielkim Pochodzie Protestu. Nie podważam idei protestu, nie jestem głuchy na wezwanie inicjatora, zachęcam nawet swoich znajomych do obecności w stołecznym marszu.
Niestety, sam siebie związałem współtworząc lokalną tradycję. Od 25-lecia owych historycznych wyborów, od ustanowienia przez Sejm RP 4 czerwca Dniem Wolności i Praw Społeczeństwa Obywatelskiego, organizujemy społecznie i samorzutnie co roku w Częstochowie manifestację pod hasłem „Toast za Wolność”. Chcielibyśmy, by dzień ten miał przynajmniej charakter święta ogólnomiejskiego; na razie, jest to jednak prywatna inicjatywa starszych państwa, czynnych uczestników wydarzeń z 1989 r. Ponieważ moim miastem rządzi Lewica, a stosunek Lewicy do daty 4.06., jest podobny, jak i PiS, godzić się musimy z ubocznością, prywatnością i zlekceważeniem obchodów święta ustanowionego przez Sejm. Sekundując inicjatywie pana Tuska, odejść od tej lokalnej tradycji nie mogę, bo okazałbym nielojalność wobec nieżyjących i żyjących kolegów.
Tłumaczę się, by ukazać dylematy stojące przed ludźmi, którzy są przeciw sobiepaństwu PiS, gotowi swój sprzeciw przy różnych okazjach ukazać. Dylematy, które po „zalegalizowaniu” przez Andrzeja Dudę jawnej i bezczelnej formuły komisji szczucia i linczu, stały się wyraźniej zaostrzone.
Wcześniejsze rozterki wynikały z przyczyn pragmatycznych. Przeciwników PiS jest ok. 8 mln., przypuszczam, że ok. 10% gotowe jest czynnie to pokazać. Absurdem byłoby liczyć, że miejscem tego może być jedno miasto: 800 tys. ludzi nawet Warszawa nie udźwignie. Dochodzą do tego „ludzkie problemy”: komuś stan zdrowia nie pozwala, kogoś nie stać na podróż. „Potężność” protestu w jednym miejscu buduje fałszywą świadomość. Uczestnicy 200-tysięcznego pochodu zyskują świadomość swej siły, przekonanie, że za nimi „cała Polska stoi”. Wspomnę podobne poczucie siły w czasie „czarnych protestów” kobiet; gdy nastąpiła rzeczywista weryfikacja poparcia dla organizatorek, ruch się posypał i zmarginalizował.
Innym niebezpieczeństwem jest przełożenie frekwencji protestu na mniemanie o bezwarunkowym poparciu dla inicjującego go politycznego lidera. Nie dziwię się pierwszej reakcji pana Hołowni na zaproszenie, brzmiące jak ultimatum: albo idziecie pod naszym przywództwem, albo gońcie się, bo nie jesteście potrzebni. Pragmatyka także podpowiadała powtórzenie dobrych doświadczeń z budowania protestów KOD-u i „kobiecych”. Ograniczenie ich do jednego miasta nie robiło na rządzących wrażenia. To pojawiło się, gdy grupy protestujące pojawiły się w całej Polsce, zwłaszcza w miastach prowincjonalnych uważanych za twierdzę PiS. Samotny protest dziewczyny w Cieszynie był równie ważny, jak kilkutysięczna manifestacja na Krakowskim Przedmieściu.
Raz jeszcze podkreślę: przeciwników PiS jest ok. 8 mln. Mieszkają także w Krasnymstawie, w Przemyślu, Jaśle, Krapkowicach, Jaworze, Myszkowie… Nie można godzić się na narzuconą narracje, że prowincja, katolicki ciemnogród itd. to przestrzeń przypisana PiS-owi, a „nas” interesuje tylko światła młódź z dużych miast. Zgoda na to oznacza pogodzenie się z przegraną w demokratycznych wyborach.
„Legalizacja” komisji przez pana Dudę (nie mogę go nazwać Prezydentem RP, bo dokonał abdykacji z funkcji strażnika Konstytucji), zwiększa skalę dylematów. Pokazano w sposób ostentacyjny, że PiS gotów jest sięgnąć do wszelkich metod, by władzy nie oddać. Nie mówmy więc o pokonaniu ich w demokratycznych wyborach, bo takie nie będą te organizowane w Dzień Papieski 15 października. Świadomość niedemokratycznych wyborów nie powinna nam jednak odbierać woli walki.
4.06.1989 r. też nie było demokratycznych wyborów do Sejmu, wynik ich był z góry ustalony, a dysproporcja w dostępie do zasobów państwa (pieniędzy, mediów informacyjnych, narzędzi organizacyjnych itp.) podobna, jak i dziś. Być może nawet większa, bo ulotka odbita na powielaczu miała mniejszy zasięg odbioru, niż te dzisiejsze facebooki, tik-toki, czy inne e-czary-mary. Niedemokratyczne wybory zatem też można wygrać, jeśli potrafi się zmobilizować opinię publiczną, jeśli przeciwnicy panującego systemu zyskają przekonanie, że są w zdecydowanej większości i mają prawo ze swej suwerenności korzystać.
Świadomość niedemokratyczności dotyczy nie tylko wyborów. Pan Duda pokazał, że nawet po przegranych przez PiS wyborach na jego neutralność liczyć nie można. Nie będzie drugim generałem Jaruzelskim, godnie i spokojnie oddającym władzę w państwie. Liczyć się trzeba z blokowaniem możliwości tworzenia i funkcjonowania rządu opozycji demokratycznej, z chronieniem partyjnych „gór lodowych”: Trybunału Konstytucyjnego, NBP, KRRiTV, a nawet „partyjnych” koncernów monopolistycznych (ORLEN-u, Tauronu itp.). Może się zdarzyć, że po przegranych przez PiS wyborach parlamentarnych, będziemy mieć w Polsce dwa rządy: legalny i bezsilny wybrany przez Sejm, oraz nieformalny, ale realny, osadzony w Kancelarii Prezydenta RP.
W warunkach niedemokratyczności prowadzenie normalnej kampanii wyborczej, przy podzielonym „bloku opozycyjnym”, wyglądać może jak opowieść o Alicji w krainie czarów. W oczach wyborców pojawią się dwa rozbieżne światy. Jeden „realny”, państwo PiS, w którym trzeba jakoś żyć i jakoś się z nim ułożyć, by zarobić na chleb i masełko. W drugi wkracza się przez lustro, tam szlachetnie i demokratycznie rywalizują ze sobą partie opozycji demokratycznej, licytując obietnicami bez pokrycia, zawzięcie walcząc o miejsca 2, 3, 4 itd. (bo pierwsze nieodwołalnie jest zajęte przez realne państwo partyjne z przeciwnej strony lustra). Ten bajkowy krajobraz jest czymś bardzo szczęśliwym dla PiS. Nie da się zarzucić, że Polska jest krajem niedemokratycznym, a jednocześnie demokracja nie zagraża rządowi autorytarnemu.
Co więc robić? Oczywista wydaje się jedność w działaniach opozycji. Tworzenie „czerezwyczajnej” komisji oznacza stan, który można opisać parafrazując pastora Bonhoeffera. Przyjadą po Tuska, nic nie zrobisz, bo go nie lubisz; przyjdą po Pawlaka, zlekceważysz sprawę, bo to przebrzmiały emeryt, przyjdą po Hołownie, dobrze tak świętoszkowi, przyjdą po Czarzastego, słusznie – za socjalizm trzeba zamykać, przyjdą po Mentzena: mocne brawa za obronę kraju przed faszyzacją… przyjdą po ciebie, nie będzie już nikogo, by mógł stanąć w twojej obronie.
Czytelnik może oburzyć się, że wymieniam pana Mentzena. Ale każda forma pozaprawnej represji, nawet jeśli skierowana jest wobec nosiciela znienawidzonej przez nas ideologii, niszczy podstawy demokracji. Można uznać rację przedwojennej sanacji, by wsadzać do obozu koncentracyjnego pałkarzy z ONR, ale to uznanie racji było przyzwoleniem na tworzenie narzędzia represji, które było kierowane przeciw wszystkim.
Albo bronimy podstawowych praw obywatelskich wszystkich mieszkańców Rzeczpospolitej, albo godzimy się na wyjątki, które mogą stać się regułą odbierająca wolność wszystkim. Wobec niedemokratycznej praktyki opozycja demokratyczna musi okazać jedność, bo inaczej skończy w Berezie.
Jedność jest jednak niebezpieczną pułapką. Jedność tworzona przez atmosferę „oblężonej twierdzy” powodować może rezygnację z własnej wolności na rzecz hegemonii komendanta garnizonu. Z pełnym szacunkiem dla Donalda Tuska, konieczność jednoczenia nie może być, ani przez niego, ani przez ogół, uznana jako zgoda na dyktaturę. Trzymanie „za mordę”, dyscyplinowanie groźbą niewpuszczenia na listy wyborcze może być skuteczne w zarządzaniu dywizją partyjnych aparatczyków. Jednocześnie równie skutecznie odstraszyć może miliony osób, które są przeciw PiS-owi, bo nie chcą być „trzymane za mordy”. Wodzów mieliśmy już bez liku, wielu obiecywało, że siła centrum pozwoli rozwiązać wszelkie nasze problemy. Wystarczająco dużo mamy doświadczeń, by wiedzieć jaką ułudą jest głoszenie: „więcej państwa”. Rzeczywistych problemów nikt za nas nie rozwiąże. Damy je radę sami przezwyciężyć, jeśli w miejsce wszechwładnego państwa zyskamy więcej wolności, więcej demokracji, więcej samorządności, więcej solidarności.
Reżim porzucił maskę dobrotliwego demokraty. Tworząc „czerezwyczajkę” odarł nas ze złudzeń. Pora na realistyczną politykę opozycji; a realizm nakazuje żądać niemożliwego – przywrócenia normalności, jaka cechuje zwykłe państwo demokratyczno-liberalne.
Dopiero gdy wróci normalność partie mogą powrócić do rutynowej rywalizacji między sobą.
Jarosław Kapsa

Pozwalam sobie powtórzyć mój dawny wpis.
Chyba możliwa jest taka konstrukcja umowy koalicyjnej, by wspólna lista zapewniała każdej partii więcej, niż start oddzielny? Może dopiero coś takiego umożliwi takiej listy powstanie.
Są różne pułapki. Np. załóżmy, że na wspólnej liście jest po trzech kandydatów partii X i Y, i że dostali tyle głosów:
X1 – 7000
X2 – 600
X3 – 400
Y1 – 1100
Y2 – 1000
Y3 – 900
Czyli 8000 głosów na X i 3000 na Y. Jeśli z listy dostanie się do sejmu 4 kandydatów, to będą to X1 i Y1,Y2,Y3 – podział zupełnie niesprawiedliwy. (Startując ze swojej listy X miałoby może szansę na dwa miejsca.)
Wydaje się, że “sprawiedliwą umowę jednej listy” można skonstruować przez pisemne zobowiązanie się do rezygnacji niektórych kandydatów, tak by osiągnąć liczbę posłów danej partii z listy proporcjonalną do liczby głosów na daną partię.
Wtedy nawet wyborca X przeciwny partii Y zagłosuje na X na wspólnej liście, bo choć przysporzy to również poparcia dla Y, to jego głos da więcej partii X (niż gdyby X startowała z listy własnej, z powodu d’Hondta).
Wstyd mi (nie zaznajomionemu ze szczegółami ordynacji) przedstawiać tu moje — być może naiwne lub błędne — uwagi. Ale wydaje się, że te sprawy nie są w ogóle dyskutowane.