26.02.2026
Kiedy człowiek ma swoje lata, powinien spać. Tak mówią podręczniki zdrowego rozsądku, dietetycy, lekarze i wszystkie te mądre głowy, które budzą się dopiero o siódmej rano. Tymczasem ja — zamiast spać jak normalny siedemdziesięciolatek — siedzę w nocy, wstaję jak głupek i słucham exposé Radosława Sikorskiego. A potem, żeby dopełnić dzieła autodestrukcji, oglądam reakcje polityków. Oczywiście najbardziej interesują mnie dwa głosy: Tuska — rzeczowy, klarowny, pełen treści — i Nawrockiego, który znów miał okazję, by pochwalić, podkreślić swoją rolę, napompować własne ego, wypolerować buty o dywan i udowodnić światu, że to on, on i tylko on.
Bo Karol Nawrocki jest jak ten klasyczny bohater z literatury: stoi przy kominku, poprawia mankiet i mówi: „To ja wszystko zrobiłem”. Kiedy Sikorski mówi o Rosji, o NATO, o Ameryce, o wojskowym Schengen, Nawrocki kiwa głową, jakby potwierdzał swoje wcześniejsze notatki: „To ja pierwszy tak mówiłem”. Kiedy Sikorski tłumaczy, dlaczego Unia i Ameryka są fundamentem naszego bezpieczeństwa, Nawrocki uśmiecha się jak człowiek, który właśnie usłyszał echo własnych myśli. On przecież to wie. On przecież to czuje. On przecież widzi więcej, głębiej, szerzej. Jest światłem, drogowskazem i jasnością narodu.
Tyle że — nie jest.
SIKORSKI: MOC, TREŚĆ I POLITYCZNE DOJRZENIE — BEZ WODOLANIA I BEZ FIKOŁKÓW
Exposé Sikorskiego było długie, ale nie o długość tu chodzi — było gęste jak listopadowa mgła nad Wisłą i konkretne jak meldunek sztabowy. Bez zbędnych ozdobników, bez szantażu emocjonalnego, bez wrzasków. Wreszcie ktoś mówił o polityce zagranicznej tak, jakby rozumiał, że żyjemy w świecie, w którym rakiety lecą naprawdę, a decyzje państw mierzy się nie memami, tylko trupami.
Sikorski zaczął od rzeczy najbardziej bolesnej: „W nocy z osiemnastego na dziewiętnastego listopada, na skutek rosyjskiego ataku rakietowego na Tarnopol, zginęła siedmioletnia Amelia, obywatelka naszego kraju.” Żadnego dramatyzmu — tylko fakt. Twardy jak stalowa płyta. I od razu wiadomo było, że to nie jest exposé o dyplomacji rozumianej jako uściski dłoni; tylko o państwie, które stoi nad przepaścią i musi zdecydować, czy będzie patrzeć, czy działać.
Potem wyciągnął listę zagrożeń: rosyjskie drony naruszające polską przestrzeń powietrzną, akty dywersji, podpalenia, próby zamachów, 2–3 tysiące cyberataków dziennie. Każdy przykład był jak kolejne uderzenie w stół — nie po to, żeby robić hałas, ale żeby obudzić tych, którzy śpią snem świętego spokoju.
Sikorski cytował przywódców Zachodu: szef NATO mówi, że „Rosja przyniosła wojnę z powrotem do Europy”, duński premier ostrzega, że Europa bez woli obrony umrze, francuski generał mówi o przygotowaniu na „utratę dzieci”. To nie są słowa straszących polityków — to komunikat: złudzenia się skończyły.
O Ukrainie mówił jasno: „Putin nie chce pokoju, tylko kapitulacji.” I dodał: „Gdyby Ukraina przegrała, zagrożenie ze strony Rosji nie spadnie — wzrośnie.” To najbardziej trzeźwa analiza sytuacji, jaką wygłoszono w polskim parlamencie od lat. Bez tego słynnego polskiego marzenia, że „jakoś to będzie”.
Najmocniejszy fragment dotyczył USA: „Byliśmy i będziemy lojalnym sojusznikiem Ameryki, ale nie możemy być frajerami.” To była szpila, ale nie dla Amerykanów — dla tych polskich polityków, którzy wierzą, że sojusz to akt miłosny, a nie kontrakt, który wymaga pracy, siły i podmiotowości.
Wreszcie Unia Europejska: „Członkostwo w UE to polska racja stanu.” Nie metafora, nie ozdobnik — racja stanu. I dalej: „Nie dajmy sobie wmówić, że Unia zagraża suwerenności. Suwerenność pozwoliła nam do Unii wejść.” Prosto i logicznie. Tak, że nawet ktoś z ław PiS mógłby zrozumieć — gdyby był na sali.
Sikorski zarysował wizję Europy jako trzeciego filaru nowego ładu światowego — obok USA i Chin. Pytał retorycznie: „Czy naprawdę chcemy oddać to miejsce Rosji?” I tutaj nawet najbardziej hałaśliwi eurosceptycy milkną — bo dla nich także Rosja jest wygodnym straszakiem, ale nie na tyle, by wyciągnąć z tego jakiekolwiek wnioski.
Było też o dezinformacji, o botach, o deepfake’ach. „Arsenał wroga jest znany” — powiedział — i to zdanie powinno wisieć na wejściu do każdej polskiej instytucji publicznej, żeby nikt nie udawał, że nie wiedział.
Całość — zbudowana logicznie, ostra w punktach, pozbawiona chaosu i napompowanych sloganów — pokazała jedno: ktoś tu wreszcie myśli o państwie, nie o własnym TikToku.
TUSK: „MĄDRZE, ROZSĄDNIE, BEZ FRAJERSTWA”
Premier był — jak zwykle — lapidarny, rzeczowy, przytomny. „Nie będziemy frajerami” — skomentował po exposé. W tych czterech słowach zawarł więcej sensu polityki zagranicznej niż poprzednia ekipa przez osiem lat. Zresztą Tusk, oglądając puste ławy PiS, gorzko zauważył, że większość tego exposé była skierowana właśnie do tych, którzy nie przyszli. Do nieobecnego Kaczyńskiego, który znów wyszedł z sali niczym obrażony antenat. Do posłów PiS, którzy jak dzieci uciekające z lekcji wolą mówić o Polsce, niż jej słuchać.
Bo dla PiS rozmowa o Europie, NATO i bezpieczeństwie to nie dyskusja. To niewygoda.
A TERAZ — NAWROCKI. CUKIER, ŻÓŁĆ I AUTOPROMOCJA W JEDNYM
Prezydent Nawrocki wysłuchał exposé jak uczniak, który uważa, że napisano je na podstawie jego własnych zeszytów. A potem wyszedł na konferencję prasową i — jak to on — zaczął układać świat pod swoją narrację. Jego przekaz był prosty: „To było ciekawe i ważne wystąpienie” — zaczął łagodnie, z tym swoim charakterystycznym tonem nauczyciela, który właśnie chwali ucznia za dobrze przyniesiony dzienniczek. Po czym natychmiast dodał: „W kwestiach fundamentalnych polityka prezydenta i MSZ jest po jednej stronie”.
Czyli klasyka: najpierw przytulić, potem przejąć.
Ale najlepsze było dalej. Nawrocki, jak zwykle przejęty rolą męża stanu, ogłosił: „Bardzo się cieszę, że minister Sikorski skorzystał ze słów, które powtarzam regularnie na arenie międzynarodowej, że Rosja jest do pokonania.”
Czyli według prezydenta to nie Sikorski od lat mówi o imperializmie Kremla, sankcjach, NATO i realpolitik. Nie. To Nawrocki jest źródłem mądrości i inspiracją polskiej polityki zagranicznej. Bez niego, zdaje się sugerować, MSZ miałby tylko globus i kredki.
Po chwili jednak włączył tryb „Ojciec Narodu, ale surowy”: „Zabrakło mi większej asertywności wobec Komisji Europejskiej.”
Oczywiście zabrakło. Bo gdyby Sikorski wspomniał jeszcze o naprawie brukselskiego „podwozia”, prezydent mógłby znów powiedzieć: „Właśnie o tym mówiłem miesiąc temu w Łochowie na spotkaniu z młodzieżą”.
A potem przyszła perełka autopromocji, krótkie, ale treściwe: „Polska jest zaproszona do G20 dzięki pierwszej pracy, którą wykonałem przez ostatnie 35 lat.”
To była ta chwila, w której nawet dziennikarze mieli problem z utrzymaniem kamiennych twarzy. Bo jak w kilku zdaniach połączyć rzekomą zgodność z rządem, krytykę Komisji, własną wielkość i wdzięczność wobec Trumpa — jeśli nie ma się wewnętrznej blokady retorycznej?
Nawrocki udowadnia jedno: można mówić dużo, można mówić długo — ale to jeszcze nie znaczy, że mówi się sensownie.
A jego konferencja była właśnie tym: próbą ubrania cudzego sukcesu we własny garnitur. Problem w tym, że garnitur wisiał na nim jak mundur generalski na harcerzu.
PIĘKNO POLSKIEGO PARLAMENTARYZMU: JEDNI MÓWIĄ, DRUDZY UCIEKAJĄ POLSKIEGO PARLAMENTARYZMU: JEDNI MÓWIĄ, DRUDZY UCIEKAJĄ
Najbardziej symboliczne były puste ławy PiS. Kaczyński zniknął jak gość, który przyszedł na wesele, wypił rosół i stwierdził, że nie będzie patrzył na oczepiny. Tyle że to nie wesele, tylko bezpieczeństwo państwa.
PiS stwierdził, że nie musi słuchać. Bo po co słuchać, skoro można potem w telewizji powiedzieć, że exposé było nudne, złe, niepełne, za miękkie, za twarde, albo że było „wypracowankiem”.
Ten poziom komentarza — „płycizna”, „obłuda”, „karnawał” — mówi wszystko. Gdy brakuje argumentów, zostaje obrażanie. Kiedy brakuje wiedzy — zostaje mem.
AMBASADOR USA NA SALI. WIĘCEJ NIŻ SYMBOL
Warto dodać, że na sali był ambasador USA. Siedział, słuchał, patrzył, jak Polska radzi sobie z dorosłą rozmową o wojnie, mocarstwach i własnych granicach. On nie przyszedł tam dla dekoracji.
Być może chciał zobaczyć, czy Polska nadal jest poważnym partnerem. Czy nadal rozumie, że sojusz z USA to nie prezent, lecz zobowiązanie. Że bezpieczeństwo nie jest emocją, tylko rachunkiem.
I chyba zobaczył. Sikorski mówił mądrze, Tusk reagował rozsądnie, a Nawrocki — jak zwykle — robił, co mógł, by przykleić się do cudzego sukcesu.
PODSUMOWANIE: ŚWIAT DOROSŁYCH I ŚWIAT DZIECI
Sikorski opowiedział, jak naprawdę wygląda świat: brutalny, nieprzewidywalny, pełen zagrożeń. Tusk powiedział, że trzeba być mądrym i nie dać się robić w konia. Ambasador USA potwierdził swoją obecnością, że Polska jest obserwowana.
A PiS? Uciekł. Kaczyński wyszedł. Bosak napisał elaborat o „braku wizji”. Krasnodębski stwierdził, że „wypracowanko”. Przydacz narzekał, zanim jeszcze usiadł.
A Nawrocki — jak zawsze — próbował udowodnić, że jest mężem stanu. Tyle że z mężem stanu jest jak z talentem kulinarnym: albo go masz, albo udajesz przy pomocy blendera i śpiewnika z cytatami.
W nocy słuchałem tego wszystkiego, mrużąc oczy jak człowiek, który naprawdę powinien spać. Ale skoro w Polsce znowu decydują się sprawy dużej wagi — to niech już ten staruch nie śpi. Bo ktoś musi to wszystko obejrzeć, opisać i nazwać po imieniu.
Na przykład: hipokryzja pozostaje hipokryzją, nawet jeśli ma biało-czerwone tło. A powaga państwa nie rośnie od deklaracji — tylko od czynów.
I tego nam życzę: więcej czynów, mniej obrażonych wyjść z sali.
A teraz zaczyna się debata. Pierwszy wystąpił Przydacz — oczywiście z tym swoim wiecznym grymasem człowieka, który od dwudziestu lat próbuje zrozumieć, dlaczego świat nie jest mu wdzięczny za jego istnienie. Ale to już temat na kolejny felieton, bo tam będzie wszystko: żal, pretensje, półprawdy i cały ten charakterystyczny dla Przydacza ton, w którym każde zdanie brzmi jak reklamacja złożona w nieodpowiednim dziale.
A ja? Idę zaparzyć świeżą kawę. Poczekam, aż dom się obudzi, aż zacznie żyć swoim porannym rytmem. Niech politycy dalej krzyczą, niech się przerzucają cytatami, niech Nawrocki dalej twierdzi, że Sikorski korzysta z jego słów, a PiS udaje, że ich nie ma.
Ja zrobię to, co powinien zrobić każdy staruch po nocnej zmianie przy komputerze: usiądę z kubkiem gorącej kawy, popatrzę przez okno i na chwilę udam, że świat jest normalny.
Krzysztof Bielejewski

CYMBAŁY, FORTEPIAN I BŁAZENADA – CZYLI DEBATA, KTÓRA NIE POWINNA SIĘ WYDARZYĆ
Gdy człowiek po nocach słucha exposé Radosława Sikorskiego, budzi się w nim nadzieja, że może – choć na chwilę – polska polityka zagraniczna przestanie być prowadzona przez ludzi, którzy mylą kompas z katarynką. Nadzieja trwa jednak krótko, mniej więcej do momentu, gdy zaczyna się debata. Wtedy z hukiem pęka jak dmuchany materac po nocy na Mazurach. Bo po Sikorskim na mównicę wychodzi opozycja. I zaczyna się festiwal.
Nie festiwal idei. Nie festiwal argumentów. Nie festiwal powagi.
Festiwal głupoty.
Taki swojski, polski, dobrze nam znany – z Rauem i Przydaczem w roli pierwszych solistów opery opartej na libretcie pod tytułem: „Nie wiem, nie rozumiem, ale się wypowiem”.
RAU: MISTRZ FORTEPIANU, NA KTÓRYM GRAĆ JUŻ NIE UMIEM
Zbigniew Rau wszedł na mównicę z miną człowieka, który znalazł w piwnicy instrument i właśnie odkrył, że to nie fortepian, tylko… cymbały. I natychmiast tę diagnozę przerzucił na rząd.
„Rząd nie zbliża się do fortepianu europejskiego, tylko pozostały mu w rękach cymbały!”
Krzyknął to z oburzeniem człowiek, który przez cztery lata prowadził dyplomację w stylu: „a co nas obchodzi Europa?”. Ten sam Rau, który przez lata tak koncertowo fałszował na arenie międzynarodowej, że nawet Kreml musiał być pod wrażeniem, teraz opowiada o instrumentach.
Drogi profesorze – żeby grać na fortepianie, trzeba najpierw wiedzieć, gdzie on stoi. A PiS szukał go przez lata w Moskwie, Budapeszcie i w studiu TVP.
Fortepianu tam nie było.
Cymbały – owszem.
PRZYDACZ: CZŁOWIEK, KTÓRY WIDZI „ĆWICZENIA Z ŻYCZENIOWEGO MYŚLENIA”, ALE TYLKO U INNYCH
Marcin Przydacz – były wiceminister, specjalista od robienia groźnych min bez podania treści – wszedł na mównicę i zaczął perorować tak, jakby właśnie zdał test z logiki, którego nikt mu nie pokazał.
„To nie są europejskie standardy. Zamienił pan sprawnych urzędników na towarzystwo wzajemnej adoracji!”
Powiedział to człowiek, który przez lata nadzorował resort będący inkubatorem dla ludzi, którzy nie wiedzieli, gdzie leży Sudan, ale za to mieli legitymację partyjną.
Ten sam Przydacz, który pomylił kwestie migracyjne z dyplomacją, strategiczne partnerstwo z konferencją prasową, a interes narodowy z interesem partii. On teraz wzdycha: „więcej myślenia!”.
Panie Marcinie, myślenie nie boli. Podobno.
CYMBAŁY, KRZYKI I DEMONSTRACYJNE NIEZROZUMIENIE ŚWIATA
Kiedy PiS dostał mikrofon, zaczął krzyczeć, buczeć, parskać i udawać, że Sikorski powiedział coś innego, niż powiedział. Debata wyglądała jak lekcja w podstawówce, w której nauczyciel spokojnie tłumaczy zadanie, a w ostatniej ławce siedzi Zbyszek z Marcinem i rzucają kulkami z papieru.
Bosak powiedział, że „nie ma wizji”. To normalne – żeby zobaczyć wizję, trzeba otworzyć oczy.
Konfederacja tradycyjnie apelowała o „realizm”. Od ludzi, którzy uważają, że NATO to opcja dodatkowa, a Unia to despotyczny projekt – brzmi to jak żart, i to taki bez puenty.
Paszyk z PSL z kolei ostrzegł przed „dyplomatołkami”. Chciał dobrze, wyszło jak zwykle – bo zapomniał, że największy dyplomatołek stał 20 minut wcześniej miał konferencję.
SIKORSKI – SPÓJRZCIE JESZCZE RAZ, BO TO TAK WYGLĄDA, GDY KTOŚ WIE, O CZYM MÓWI
Wystąpienie Sikorskiego – rzeczowe, mocne, mądre – pękło jak szkło, gdy zaczęły odbijać się w nim twarze Raua i Przydacza.
To była różnica poziomów tak wielka, że można by nią mierzyć głębokość Rowu Mariańskiego.
Sikorski mówił:
„Byliśmy i będziemy lojalnym sojusznikiem Ameryki. Ale nie możemy być frajerami.”
PiS odpowiedział:
„Cymbały.”
Sikorski przypomniał o zagrożeniach ze strony Rosji, Chin, zmian w USA, potrzebie jedności.
PiS odpowiedział:
„Ogólniki.”
Sikorski mówił o realnej polityce, analiza, fakty.
PiS odpowiedział:
„Festiwal obłudy!”
Jeśli ktoś jeszcze miał wątpliwości, która strona sali żyje w świecie realnym, a która w równoległym – ta debata powinna je rozwiązać.
I NA KONIEC: NAWROCKI W ROLI CZŁOWIEKA, KTÓRY „SIĘ PRZESŁYSZAŁ”
Sikorski na konferencji prasowej powiedział z subtelną ironią:
„Mam nadzieję, że źle usłyszałem i pan prezydent nie obwiniał Unii Europejskiej za wojnę w Ukrainie.”
A Nawrocki tymczasem opowiadał o „psującym się podwoziu UE”, o „asertywności wobec Komisji”, i o tym, że wszystko jest na dobrej drodze… tylko ruch jest po stronie ministra.
Człowiek, który nie zauważył, że Ukraina płonie, a Rosja stoi pod naszymi drzwiami, nagle domaga się asertywności wobec Brukseli.
To jakby podczas pożaru domu krzyczeć do strażaków:
„Woda wodą, ale najpierw proszę przestać wchodzić w błoto na mojej ścieżce!”
NA DZISIAJ WYSTARCZY. DEBATA TRWA. PRZYDACZ WŁAŚNIE ZACZYNA KOLEJNY POPIS.
A ja? Idę zaparzyć świeżą kawę.
Dom się obudził, kot sprawdza, czy miska pełna, a dziewczynki – te mądrzejsze od połowy polskiego Sejmu – zaraz zaczną dopytywać, co tam znowu narozrabiali politycy.
Odpowiem im krótko:
„Córki, pamiętajcie. Jeśli zobaczycie kiedyś dorosłych zachowujących się jak cymbały – to prawdopodobnie oglądacie transmisję z polskiego parlamentu.”
A teraz czekam na dalszy ciąg. Przydacz i inni kretyni dopiero się rozkręcają. To materiał na osobny felieton – być może jeszcze głupszy od dzisiejszego.
Ale najpierw: kawa, śniadanie z rodziną i do pracy, szkoły … i na papierosa