Krzysztof Bielejewski: Profesorowie od końca świata7 min czytania

()


03.03.2026

Z samego rana, po przyjściu do pracy, pokrzepiony śniadaniem przygotowanym przez srogą Larysę, złapałem kawę i udałem się do uczelnianego lobby. Trzeba się pokazać wśród mądrych ludzi, uścisnąć kilka rąk, zamienić kilka zdań, dać się zobaczyć z filiżanką – najlepiej w półprofilu, żeby wyglądać jak ktoś, kto właśnie rozwiązał problem inflacji strukturalnej.

To zawsze robi wrażenie. Nikomu nie szkodzi, a promuje. Zawsze byłem łasy na pochwały. A co? Wolno mi być próżnym. Profesor bez odrobiny próżności jest jak ekonomista bez wykresu – niby może istnieć, ale po co.

I chyba to był błąd.

Bo zanim zdążyłem dopić kawę, odbyłem już trzy uściski dłoni, dwa półuściski i jeden gest, który miał być swobodny, a wyszedł jak zapowiedź kandydowania do senatu. W lobby profesorowie poruszają się jak pawie w tweedowych marynarkach. Każdy udaje, że wpadł tu przypadkiem, ale wszyscy ustawiają się tak, by było ich widać na tle regału z noblistami. Ja też. Oczywiście, że ja też.

Jeden kolega klepnął mnie w ramię i powiedział: „Czytałem twój tekst”. Nie powiedział jaki. To wystarczyło, żebym przez pięć minut unosił się nad posadzką centymetr wyżej. Próżność jest paliwem akademii. Bez niej nie byłoby ani grantów, ani konferencji, ani przypisów na pół strony.

Wdałem się w dyskusję z dwoma kolegami. Jeden Kanadyjczyk – uprzejmy jak instrukcja obsługi. Drugi Amerykanin – rzeczowy jak raport kwartalny. Obaj z lekka „przechodzeni”, siwe włosy, wolniejsze kroki, ale umysły wciąż ostre jak noże do krojenia budżetu.

Oczywiście rozmowa zeszła na politykę. Już rano obskoczyłem portale, przejrzałem gazety, przeczytałem raporty. Byłem przygotowany. Uzbrojony w dane, cytaty, liczby. No i się zaczęło.

– Jeśli wejdziemy w długą wojnę z Iranem – powiedział Amerykanin – Ukraina zapłaci pierwsza.

Nie chodziło o moralne wzmożenie. Chodziło o logistykę.

Pociski PAC-3 do Patriotów nie rosną na drzewach. Magazyn nie jest z gumy. Jeśli wystrzeli się je nad Teheranem, nie polecą nad Kijowem. A jeśli produkcja nie nadąży, ktoś zostanie z pustą wyrzutnią i pełnym przemówieniem.

To jest ta część geopolityki, której nie widać w telewizji. Przepustowość. Łańcuchy dostaw. Czas produkcji. Stany Zjednoczone mogą być supermocarstwem, ale nie są fabryką cudów.

Trump mówi: cztery–pięć tygodni. Może dłużej. Analitycy mówią: konflikt może się przeciągnąć. Europa mówi: a jeśli wtedy Rosja dostanie oddech?

Putin nie musi wygrywać. Wystarczy, że poczeka. Cierpliwość jest walutą autokratów. Demokracje zużywają ją szybciej niż amunicję.

Siedzieliśmy w lobby, trzech profesorów przy kawie, a świat się chwiał. I w tej scenie było coś komicznego. My – z filiżankami, z kanapką w papierowej serwetce – rozmawiamy o wojnie, jakby to był projekt badawczy z ryzykiem przekroczenia budżetu.

Amerykanin powiedział coś jeszcze, cicho:

– Największym ryzykiem nie jest Iran. Największym ryzykiem jest rozproszenie uwagi.

Bo jeśli Ameryka zajmie się Bliskim Wschodem, Europa musi zająć się sobą. Już nie „kiedyś”. Teraz.

Tu pojawia się SAFE. Europejska produkcja uzbrojenia. Europejskie pieniądze. Europejska odpowiedzialność. Program, który w teorii ma skrócić dystans między deklaracją a zdolnością produkcyjną.

I tu zaczyna się polski dramat w wersji operowej.

Bo w Polsce mamy dwie szkoły myślenia.

Pierwsza mówi: skoro nie wiemy, czy Ameryka zawsze będzie w formie, budujmy własne mięśnie. Wspólne fabryki. Wspólne zakupy. Wspólną interoperacyjność. Mniej romantyzmu, więcej stali.

Druga mówi: SAFE to podstęp. Europejskie łańcuchy dostaw to wstęp do europejskich decyzji. A europejskie decyzje to zagrożenie dla suwerenności, która – jak wiadomo – najlepiej rośnie w samotności.

I tu pozwolę sobie na odrobinę złośliwości. Prawica, która od lat mówi o patriotyzmie i sile państwa, powinna pierwsza stać w kolejce po europejskie moce produkcyjne. Bo suwerenność bez zdolności obronnych jest jak husaria bez koni. Efektowna w przemówieniach, bezużyteczna w starciu z rzeczywistością.

Sprzeciw wobec SAFE bywa dziś prezentowany jako obrona niezależności. Tymczasem realna niezależność polega na tym, że masz czym strzelać i za co produkować. Jeśli Europa zbuduje własny przemysł obronny, Polska będzie silniejsza – niezależnie od tego, kto wygra kolejne wybory. Jeśli go nie zbuduje, pozostaniemy klientem cudzych decyzji.

W geopolityce nie ma pustki. Jeśli nie wypełnisz jej własną produkcją, wypełni ją cudza agenda.

Pierwsza mówi: bezpieczeństwo buduje się przez integrację. Wspólne inwestycje. Wspólne zdolności. Wspólną siłę.

Druga mówi: integracja to rozmycie. To suwerenność oddana w leasing. Tożsamość, która wyparuje szybciej niż fundusze strukturalne.

Obie strony mówią o lęku. Obie przywołują historię. 1795. 1939. 1945. Tyle że wyciągają z tych dat różne wnioski.

Liberalny profesor powie: bez struktur zachodnich znikniemy. Konserwatywny profesor powie: w tych strukturach się rozpuścimy.

A Putin siedzi i patrzy, jak spieramy się o metafory.

Kanadyjczyk, z tą swoją łagodną precyzją, powiedział:

– Europa nie jest słaba. Europa jest powolna.

To różnica.

Sankcje działają. Rosyjska gospodarka traci oddech. Europa się zbroi. Może zbyt wolno. Może zbyt biurokratycznie. Ale się zbroi.

Problem w tym, że demokracje działają jak tankowiec. Skręcają długo. Autokracje są jak motorówka. Głośne. Impulsywne. Czasem wpadają na skały, ale wcześniej robią dużo hałasu.

W którymś momencie rozmowa zeszła na Polskę.

Na nasz lęk o suwerenność. Na to, że od ponad dwustu lat mamy wgrane polityczne oprogramowanie: „Nie daj się znów wymazać z mapy”.

To zrozumiałe. Trauma nie znika dlatego, że podpisaliśmy traktat.

Ale pojawia się paradoks.

Jeśli poświęcisz demokrację w imię suwerenności, możesz stracić jedno i drugie. Historia 1926 roku pokazuje to wyraźnie. Stabilizacja bez wolności bywa mirażem. Silna ręka nie zatrzymała września 1939.

Pokusa jednak wraca zawsze, gdy świat robi się niepewny. Gdy lęk rośnie, rośnie też apetyt na uproszczenia.

Amerykanin zapytał wprost:

– Czy naprawdę wierzycie, że Trump zawsze stanie w obronie Europy?

Cisza.

Bo pytanie nie dotyczy sympatii. Dotyczy racjonalności. Czy można oprzeć całe bezpieczeństwo na kimś, kto traktuje geopolitykę jak negocjacje przy stole w kasynie?

Silna Europa nie jest antyamerykańska. Jest ubezpieczeniem. Polisą na wypadek, gdy sojusznik ma gorszy dzień. Albo cztery lata.

A potem zeszliśmy na Kubę. Na Chiny. Na to, że Ameryka chce odzyskać XIX-wieczną strefę wpływów, a tymczasem Pekin buduje porty, lotniska i centrale fotowoltaiczne szybciej, niż Waszyngton kończy konferencję prasową.

Chińczycy przyjeżdżają na trzy dni i zostawiają terminal portowy. My przyjeżdżamy na dwa tygodnie i zostawiamy komunikat o „konstruktywnym dialogu”.

Świat się zmienił. Granice potęgi amerykańskiej nie zaczynają się już na oceanie. Czasem zaczynają się sto kilkadziesiąt kilometrów od własnego wybrzeża.

Wróciłem do gabinetu z lekkim bólem głowy. Nie od kawy. Od świadomości.

Jesteśmy pierwszym od ponad dwustu lat pokoleniem, które urodziło się, wychowało i dojrzało w wolnym państwie. A mimo to wciąż myślimy jak ci, którzy wolności nie mieli.

Lęk jest zrozumiały. Historia była brutalna. Ale polityka oparta wyłącznie na strachu prowadzi do złych decyzji.

Świat profesorów może być „przechodzony”. Zmarszczki. Siwe włosy. Wolniejsze tempo. Ale trzeźwość myślenia wciąż jest wartością.

Nie krzyczeliśmy. Nie straszyliśmy. Nie wzywaliśmy do heroizmu. Mówiliśmy o przepustowości fabryk, o łańcuchach dostaw, o budżetach, o artykule 5, o zdolnościach produkcyjnych Europy.

O rzeczach nudnych. I absolutnie kluczowych.

Bo czasem przyszłość świata rozstrzyga się nie w okopach, lecz w arkuszu kalkulacyjnym.

A morał z porannej kawy?

Jeśli Ameryka otwiera kolejny front, Europa musi dorosnąć szybciej. Jeśli Polska boi się utraty suwerenności, powinna ją wzmacniać realną siłą, a nie retoryką. Jeśli liberałowie nie znajdą języka nadziei, strach wygra. Jeśli prawica nie zrozumie, że silna Europa jest w interesie suwerennej Polski, pozostanie zakładnikiem własnych haseł.

Świat nie czeka.

A my, profesorowie od końca świata, siedzimy przy kawie i próbujemy go zrozumieć, zanim on zrozumie nas.

Krzysztof Bielejewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo