Krzysztof Bielejewski: Dobro na żywo i zło w komentarzach6 min czytania

()


28.04.2026

Jest taka kawalerka na warszawskiej Pradze, w której przez dziewięć dni działo się coś, co w normalnym świecie powinno być niemożliwe, a w Polsce jest tylko mało prawdopodobne, dopóki ktoś nie włączy kamery i nie powie: sprawdzam. W tej kawalerce świeciły lampy, buczały komputery, ktoś śpiewał, ktoś się śmiał, ktoś płakał, ktoś golił głowę na łyso, a licznik pieniędzy rósł jak drożdżowe ciasto w rękach dobrej gospodyni.

I rósł tak, że aż przestał być licznikiem, a zaczął być opowieścią o nas samych. Bo kiedy Piotr „Łatwogang” Garkowski zaczynał tę swoją dziewięciodniową szarżę, to wyglądało to jak kolejny internetowy pomysł, który ma być trochę śmieszny, trochę wzruszający, a trochę autopromocyjny, czyli dokładnie taki, jakie rodzi współczesny świat, gdzie wszystko jest jednocześnie szczere i ustawione. Cel był skromny, jak na nasze narodowe kompleksy – pół miliona złotych. Tyle, żeby było miło, żeby można było poklepać się po plecach i powiedzieć: no, Polacy jednak potrafią.

A potem coś pękło. Nie w sensie katastrofy, tylko w sensie zapory, która nagle przestaje trzymać wodę i wypuszcza wszystko naraz. Bo nagle okazało się, że nie ma już baniek, nie ma już plemion, nie ma już tego całego internetowego targowiska próżności, gdzie każdy stoi na swoim straganie i krzyczy do swoich. Nagle wszyscy zaczęli krzyczeć razem.

Dwieście pięćdziesiąt milionów złotych. Kwota tak absurdalna, że aż niepolska, bo my przecież lubimy mówić, że się nie da, że system nie działa, że ludzie są źli, że każdy patrzy tylko na siebie. A tu nagle ktoś włącza transmisję i okazuje się, że jednak patrzymy też na innych, i to nie tylko przez szybę samochodu, kiedy stoimy w korku i udajemy, że nie widzimy czyjegoś nieszczęścia.

Patrzymy i reagujemy i to jest moment, w którym można by spokojnie zakończyć felieton, nalać sobie herbaty i powiedzieć: proszę bardzo, oto dowód, że jeszcze nie wszystko stracone. Ale wtedy na scenę, jak zawsze w takich chwilach, wchodzą oni – polityczni komentatorzy cudzych emocji, księgowi dobra, strażnicy właściwej narracji.

Joanna Lichocka i Konrad Berkowicz.

Dwoje ludzi, którzy patrząc na ocean dobra, uznali, że najpilniejszym zadaniem jest sprawdzić jego PH i udowodnić, że jednak gdzieś tam na dnie musi być odrobina kwasu. Lichocka, z tą swoją charakterystyczną pewnością osoby, która zawsze wie lepiej nawet wtedy, kiedy nie wie nic, postanowiła wykorzystać moment jak chirurg z tęgim skalpelem, tylko że zamiast operować rzeczywistość, zaczęła ją kaleczyć. Napisała, że oto legenda wielkiego charytatywnego wysiłku innej akcji legła w gruzach, że show, że miliony, że moralny szantaż.

I w tym jednym wpisie zmieściła wszystko, co w polskiej polityce najgorsze: potrzebę pomniejszania, kiedy ktoś inny robi coś wielkiego, potrzebę porównywania, kiedy nie ma czego porównać, i potrzebę udowadniania, że cud jest mniej cudem, jeśli nie wydarzył się pod właściwym szyldem.

Berkowicz z kolei, wierny swojej filozofii świata, w której wszystko da się sprowadzić do prostego równania z wolnym rynkiem w tle, zobaczył w tej historii przede wszystkim dowód na to, że można bez państwa, bez systemu, bez wszystkiego. I oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie dorzucił kilku złośliwości o klaunach, pozwach i całej tej narracji, która ma zawsze jeden cel: pokazać, że ktoś inny jest śmieszny, żeby samemu nie musieć być poważnym.

Oboje zrobili coś jeszcze bardziej charakterystycznego. Nie zatrzymali się nawet na chwilę przy istocie sprawy. Nie było tam zdania o dzieciach, o chorobie, o strachu rodziców, o tych wszystkich nocach, kiedy świat kurczy się do wielkości szpitalnej sali. Nie było tam nawet cienia refleksji, że może warto po prostu powiedzieć: dobrze, że to się wydarzyło.

Zamiast tego był komentarz. Suchy, polityczny, wyrachowany, jakby dobro było kolejnym tematem do debaty, a nie czymś, co czasem po prostu trzeba przyjąć bez dopisku.

I właśnie w tym momencie widać różnicę między tymi, którzy potrafią się zachwycić, a tymi, którzy potrafią tylko oceniać. Między tymi, którzy widzą człowieka, a tymi, którzy widzą okazję.

Problem polega na tym, że w tym całym sporze o to, kto ma koncesję na dobro, gubi się rzecz najważniejsza, czyli to, że dobro w ogóle się wydarzyło.

Bo kiedy ktoś wpłaca pięć złotych, dziesięć złotych, sto złotych, to naprawdę nie myśli o tym, czy robi to lepiej niż ktoś inny, czy gorzej, czy bardziej ideologicznie, czy mniej. Myśli o tym, że gdzieś jest dziecko, które walczy z rakiem, i że może choć trochę mu pomoże.

I to jest moment czysty jak łza, którego nie powinno się brudzić komentarzem. A jednak w Polsce komentarz jest zawsze pierwszy do biegu.

Łatwogang zrobił coś jeszcze ważniejszego niż zebranie pieniędzy. Pokazał, że młode pokolenie nie potrzebuje polityków, żeby się zorganizować, że nie potrzebuje spółek Skarbu Państwa, żeby zrobić coś wielkiego, że nie potrzebuje instrukcji obsługi dobra, żeby wiedzieć, jak pomagać.

I to jest dla niektórych wiadomość gorsza niż najgorszy wynik sondażowy. Bo nagle okazuje się, że można inaczej. Że można bez ich udziału. Że można bez ich komentarza. Że można bez ich zgody. A to jest dla polityka sytuacja egzystencjalnie nie do zniesienia.

Dlatego pojawia się odruch, żeby to jakoś oswoić, opisać, pomniejszyć, porównać, ustawić w szeregu z innymi akcjami, najlepiej tak, żeby wyszło, że jednak ktoś był lepszy, ktoś gorszy, ktoś bardziej zasłużony, ktoś mniej.

Tylko że dobro nie lubi rankingów. Dobro nie znosi porównań. Dobro działa najlepiej wtedy, kiedy nikt nie próbuje go zawłaszczyć.

I dlatego ta historia jest tak ważna. Bo z jednej strony mamy kawalerkę, w której wydarzył się cud na skalę państwa. Z drugiej strony mamy wpisy, które pokazują, jak łatwo ten cud zamienić w kolejny powód do kłótni.

I pomiędzy tymi dwoma obrazami jesteśmy my. Zdolni do wielkości i do małości. Do wspólnoty i do podziału. Do wzruszenia i do złośliwości.

Łatwogang pokazał nam, jacy potrafimy być. Lichocka i Berkowicz pokazali, jacy potrafimy być też. A wybór, który obraz chcemy powtarzać, wcale nie należy do nich.

Na szczęście.

Bo jeśli nawet przy takiej historii ktoś najpierw otwiera kalkulator, a dopiero potem serce, jeśli odruch wdzięczności przegrywa z odruchem wyceny, a zachwyt z potrzebą przypisania punktów do właściwej drużyny, to znaczy, że nie mamy kryzysu polityki.

Mamy kryzys wyobraźni. I to taki, w którym człowiek widzi dziecko pod kroplówką i myśli: „ciekawy case komunikacyjny”. W takim świecie dobro musi się najpierw obronić w komentarzach, zanim zdąży pomóc komukolwiek.

A kiedy dobro musi się tłumaczyć, to znaczy, że zło już prowadzi konferencję prasową. I wygrywa nie dlatego, że jest silniejsze. Wygrywa dlatego, że mówi głośniej i szybciej liczy.

A my, klaszcząc cudowi, jednym okiem sprawdzamy, kto na nim zarobił politycznie. I to jest ta chwila, w której cud przestaje być cudem. Zostaje tylko wynik.

A wynik – jak to wynik – zawsze da się przekręcić.

Krzysztof Bielejewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo