06.07.2026
Historia demokracji rzadko kończy się jednym głośnym hukiem. Znacznie częściej przypomina stary dom, w którym przez lata skrzypią schody, pękają tynki i przecieka dach. Mieszkańcy przyzwyczajają się do tych odgłosów. Ktoś podstawi wiadro pod przeciek, ktoś przybije deskę do obluzowanych schodów, ktoś powie, że przecież „zawsze tak było”. Dopiero kiedy pewnego dnia pęka ściana nośna, wszyscy zgodnie twierdzą, że katastrofa spadła na nich niespodziewanie. A przecież nie spadła. Rosła po centymetrze.
Proponuje spojrzenie, które burzy wiele wygodnych przekonań. Nie zgadzam się z modną tezą, że sama polaryzacja jest śmiertelnym zagrożeniem dla demokracji. Demokracja z natury jest przecież systemem konfliktu. Partie spierają się o podatki, model państwa, politykę społeczną, miejsce religii w życiu publicznym czy kierunki polityki zagranicznej. Gdyby wszyscy myśleli tak samo, parlament byłby jedynie kosztownym klubem dyskusyjnym z obowiązkowym cateringiem.
Niebezpieczeństwo pojawia się dopiero wtedy, gdy spór przestaje dotyczyć tego, jak rządzić, a zaczyna dotyczyć tego, kto ma prawo należeć do wspólnoty politycznej. W tym momencie przeciwnik przestaje być rywalem. Staje się intruzem.
Polska ostatnich kilkunastu lat dostarcza wielu przykładów takiej zmiany języka. W debacie publicznej coraz częściej pojawiają się określenia, które nie opisują poglądów, lecz podważają przynależność drugiej strony do wspólnoty. Jedni mówią o „gorszym sorcie”, „resortowych dzieciach” czy „Targowicy”. Inni odpowiadają określeniami w rodzaju „sekta”, „moher”, „ciemnogród” czy zbiorowym przypisywaniem autorytarnych intencji całym grupom wyborców. Każda z tych etykiet upraszcza rzeczywistość. Każda sprawia, że łatwiej przestać widzieć po drugiej stronie współobywatela, a zacząć widzieć stereotyp.
W ostatniej dekadzie szczególnie wyraźnie było to widoczne podczas sporów o sądownictwo, media publiczne czy wybory prezydenckie. Rząd Prawa i Sprawiedliwości przedstawiał wiele swoich reform jako odzyskiwanie państwa z rąk „układu” i „elit”, podczas gdy jego przeciwnicy opisywali część tych działań jako próbę podporządkowania instytucji państwa władzy politycznej. Po zmianie rządu podobna logika nie zniknęła. Koalicja Donalda Tuska uzasadniała część swoich działań koniecznością przywracania praworządności i odbudowy państwa po ośmiu latach rządów PiS, natomiast politycy PiS przedstawiali je jako odwet polityczny i próbę wykluczenia ich z życia publicznego. W obu narracjach coraz częściej pojawia się obraz państwa jako łupu, który jedna strona odbiera drugiej.
Właśnie dlatego tak mocno podkreślam znaczenie języka. Przemoc nie zaczyna się od kamieni rzucanych w okna ani od płonących samochodów. Zaczyna się znacznie wcześniej, od słów, które odbierają przeciwnikowi status współobywatela. To proces powolny, niemal niezauważalny. Najpierw przestajemy mówić o nim jako o sąsiedzie czy wyborcy innej partii. Potem staje się „układem”, „kastą”, „agenturą”, „zdrajcą”, „piątą kolumną”, „patriotą” albo „faszystą”. W pewnym momencie człowiek znika, zostaje wyłącznie etykieta.
W Polsce ten proces można obserwować od lat, niezależnie od tego, która strona politycznego sporu akurat stoi przy mównicy. Jarosław Kaczyński uczynił z opowieści o „Polsce zdradzonej” fundament swojego projektu politycznego. Nie był pierwszym politykiem odwołującym się do poczucia krzywdy, ale zrobił z niego najważniejsze paliwo swojej narracji. Gdy mówił o „gorszym sorcie”, o „resortowych dzieciach”, o „układzie”, który rzekomo od 1989 roku nie oddał władzy zwykłym Polakom, nie proponował jedynie interpretacji historii III RP. Budował przekonanie, że istnieją Polacy bardziej prawdziwi i mniej prawdziwi, tacy, którzy państwo tworzą, oraz tacy, którzy je zawłaszczyli.
To bardzo stary chwyt polityczny. Nie trzeba obiecywać wyborcom dobrobytu, jeśli uda się ich przekonać, że są ofiarami spisku. Wówczas każda porażka staje się dowodem działania niewidzialnych sił, a każde zwycięstwo – aktem dziejowej sprawiedliwości. W takiej opowieści przeciwnik polityczny nie jest konkurentem. Jest uzurpatorem.
Karol Nawrocki, choć reprezentuje inne pokolenie, bardzo często porusza się po tej samej ścieżce. Jego język dotyczący historii, pamięci narodowej czy tożsamości nie sprowadza się do sporu o interpretację przeszłości. Jest próbą wyznaczenia granicy między tymi, którzy rzekomo pamiętają „właściwie”, a tymi, którzy pamięć fałszują. Nieprzypadkowo w sporach o historię coraz częściej padają oskarżenia o zdradę narodowej pamięci czy działanie przeciw polskiej racji stanu. Historia staje się nie przedmiotem badań, lecz legitymacją do uczestnictwa we wspólnocie.
Nie znaczy to jednak, że druga strona pozostaje bez winy. Donald Tusk od dawna znakomicie rozumie mechanizmy mobilizacji własnego elektoratu. Kiedy przedstawia wybory jako walkę demokracji z autorytaryzmem, nie opisuje jedynie różnic programowych. Tworzy równie silną narrację moralną, w której przeciwnik przestaje być zwyczajnym konkurentem politycznym, a staje się zagrożeniem dla całego porządku konstytucyjnego. Wielu wyborców słyszy w tym uzasadnione ostrzeżenie, inni – próbę moralnego wykluczenia. Mechanizm emocjonalny pozostaje podobny, choć intencje i oceny tych działań mogą być różne.
Jeszcze ciekawszym przypadkiem jest Konfederacja. Przez lata funkcjonowała na marginesie debaty, dziś coraz częściej nadaje jej ton. Jej sukces nie polega wyłącznie na atrakcyjności programu gospodarczego czy krytyce Unii Europejskiej. Polega na umiejętności przekonania części wyborców, że są jedynymi, którzy odważyli się powiedzieć to, czego inni nie chcą usłyszeć. Taka retoryka wzmacnia poczucie oblężonej twierdzy – przekonanie, że istnieje „system”, który tłumi prawdę i wyklucza tych, którzy mają odwagę ją wypowiadać. Historia pokazuje, że właśnie tego rodzaju narracje najłatwiej zamieniają politykę w konflikt o charakterze egzystencjalnym.
Zwracam uwagę na jeszcze jeden element, o którym w Polsce mówi się zaskakująco rzadko. Demokracja zaczyna się chwiać nie wtedy, gdy ludzie przestają ufać politykom. To akurat jest stan niemal naturalny. Problem pojawia się wtedy, gdy przestają ufać instytucjom. Gdy wyborca jednej partii jest przekonany, że sąd zawsze będzie orzekał przeciwko niemu, prokuratura będzie ścigała wyłącznie jego politycznych sojuszników, a policja będzie chroniła tylko ludzi związanych z aktualną władzą, wówczas państwo przestaje być wspólnym arbitrem. Staje się zdobyczą.
W ostatnich latach Polska wielokrotnie balansowała na tej granicy. Spór o sądownictwo, konflikt wokół mediów publicznych, sposób przejmowania instytucji po zmianie władzy, wzajemne oskarżenia o łamanie konstytucji – wszystko to sprawiło, że coraz większa część obywateli nie patrzy już na państwo jak na bezstronnego sędziego. Patrzy na nie jak na twierdzę, którą raz zdobywa jedna armia, a raz druga. A twierdzy się nie reformuje. Twierdzę się odbija.
I właśnie tu ten felieton okazuje się najbardziej aktualny. Nie dlatego, że przepowiada Polsce katastrofę. Wręcz przeciwnie. Przypomina, że większość głęboko spolaryzowanych demokracji nie kończy się przemocą. Warunkiem jest jednak zachowanie czegoś, co wydaje się nudne, staroświeckie i mało widowiskowe: zaufania do instytucji oraz przekonania, że nawet najbardziej zaciekły przeciwnik polityczny pozostaje współobywatelem, którego prawa chroni to samo państwo.
To może brzmieć banalnie, ale demokracja nie umiera wtedy, gdy ludzie przestają się lubić. Umiera wtedy, gdy przestają wierzyć, że po wyborach nadal będą mieszkać w jednym kraju. Właśnie dlatego tak ważne jest, by politycy – niezależnie od barw – ważyli słowa. Język nie jest dodatkiem do polityki. Jest jej pierwszym polem bitwy. A od tego, czy pozostanie językiem sporu między obywatelami, czy stanie się językiem walki z wrogami narodu, zależy znacznie więcej niż wynik kolejnych wyborów
I tu dochodzimy do miejsca, w którym felieton zaczyna przypominać instrukcję obsługi każdej demokracji. Jego bohaterem jest państwo. A właściwie pytanie, czy państwo pozostaje arbitrem, czy staje się łupem.
To pytanie w Polsce wraca jak bumerang.
Kiedy Prawo i Sprawiedliwość przejęło władzę w 2015 roku, wielu jego wyborców mówiło, że „nareszcie państwo jest nasze”. Trudno było nie zauważyć, że równocześnie rozpoczął się proces głębokiej przebudowy instytucji – od Trybunału Konstytucyjnego, przez Krajową Radę Sądownictwa, po media publiczne. Zwolennicy tych zmian przekonywali, że to konieczna naprawa państwa po latach dominacji elit III RP. Przeciwnicy odpowiadali, że chodzi o podporządkowanie instytucji jednej partii. Niezależnie od oceny, najważniejsze było coś innego. Po raz pierwszy od dawna miliony Polaków zaczęły wierzyć, że to, kto wygra wybory, zdecyduje nie tylko o polityce podatkowej czy wysokości emerytur, ale o tym, czy państwo będzie jeszcze wspólne.
Po zmianie władzy jesienią 2023 roku sytuacja odwróciła się niczym klisza fotograficzna. Koalicja Donalda Tuska rozpoczęła proces odwracania części zmian wprowadzonych przez poprzedników, argumentując, że przywraca standardy państwa prawa. Politycy PiS odpowiadali, że nowe władze dokonują politycznej czystki i obchodzą obowiązujące przepisy. Spór o media publiczne, Prokuraturę Krajową, status części sędziów czy sposób wykonywania wyroków stał się czymś więcej niż dyskusją prawniczą. Dla jednych był próbą odbudowy instytucji, dla drugich – dowodem, że nowe państwo również wybiera swoich i obcych.
To właśnie jest moment, przed którym przestrzegam. Nie twierdzę, że rację ma jedna albo druga strona. Ostrzegam przed chwilą, gdy coraz większa liczba obywateli dochodzi do wniosku, że instytucje przestają należeć do wszystkich, a zaczynają służyć wyłącznie zwycięzcom.
Demokracja nie umiera od jednego dekretu. Umiera wtedy, gdy połowa społeczeństwa przestaje wierzyć, że po przegranych wyborach państwo nadal będzie wobec niej uczciwe.
Dlatego tak niepokojące są wszystkie polityczne opowieści o „odzyskiwaniu Polski”. To słowo brzmi niewinnie, niemal patriotycznie. Problem polega na tym, że odzyskać można tylko coś, co wcześniej zostało zabrane. Jeśli więc jedna partia odzyskuje państwo, to znaczy, że ktoś inny musiał je ukraść. A skoro ukradł, to trudno oczekiwać, by traktować go jak zwykłego przeciwnika politycznego.
To logika, która nie zna końca.
Po każdych wyborach zwycięzca będzie ogłaszał odzyskanie Polski, a przegrany będzie przekonywał, że właśnie rozpoczęła się jej utrata.
Tymczasem państwo nie jest trofeum. Nie jest pucharem przechodnim ani gabinetową gablotą z napisem „własność aktualnej większości”. Państwo ma przetrwać również tych, którzy dziś nim rządzą.
Najbardziej przewrotnym wynalazkiem współczesnej polityki jest jednak coś jeszcze. Opisuję zjawisko polaryzacji afektywnej, ale chyba nie dożyłem jeszcze pełni epoki algorytmów. Dzisiaj emocje nie są już skutkiem polityki. Stały się jej modelem biznesowym.
Media społecznościowe nie nagradzają rozsądku. Rozsądek nie zbiera kliknięć. Człowiek piszący: „sprawa jest skomplikowana”, przegrywa z tym, który ogłasza, że właśnie kończy się cywilizacja. Politycy bardzo szybko zrozumieli zasady tej gry. Im większe oburzenie, tym większy zasięg. Im ostrzejszy język, tym więcej udostępnień. W rezultacie polityka coraz mniej przypomina debatę parlamentarną, a coraz bardziej niekończący się casting do programu, w którym zwycięża ten, kto najgłośniej krzyczy.
Nie jest przypadkiem, że najbardziej nośne hasła ostatnich lat są niemal zawsze katastroficzne. Jedni ostrzegają przed końcem demokracji, inni przed końcem Polski. Jedni widzą zamach na praworządność, drudzy na suwerenność. Każdy kolejny tydzień ma przynosić wydarzenie historyczne, przełomowe, ostateczne. A przecież państwo nie żyje od konferencji prasowej do konferencji prasowej. Państwo żyje dzięki tysiącom ludzi, którzy każdego dnia wykonują swoją pracę bez kamer i bez politycznych deklaracji.
To właśnie oni są prawdziwym bohaterem felietonu, choć ani razu nie pojawiają się na pierwszym planie. Urzędnik, który wydaje decyzję zgodnie z prawem, choć nie wie, kto wygra następne wybory. Policjant, który interweniuje tak samo wobec sympatyka każdej partii. Sędzia, który pamięta, że wyrok wydaje w imieniu Rzeczypospolitej, a nie aktualnej większości parlamentarnej. Samorządowiec, który po wyborach nadal odbiera telefony od mieszkańców głosujących inaczej niż on.
Demokracja nie jest widowiskiem. Jest rutyną. Dlatego tak łatwo ją lekceważyć.
Największą ironią współczesnej polityki jest to, że niemal wszyscy deklarują obronę demokracji, ale coraz mniej ludzi broni tego, co ją naprawdę podtrzymuje: cierpliwości wobec procedur, szacunku dla instytucji i przekonania, że przeciwnik polityczny nie przestaje być współobywatelem tylko dlatego, że oddał głos na inną partię.
Może więc najważniejsza lekcja płynąca z tego tekstu brzmi znacznie skromniej, niż chcieliby politycy. Demokracji nie ratują wielkie przemówienia ani patriotyczne deklaracje. Ratuje ją codzienna zgoda na to, że po drugiej stronie stoi ktoś, z kim można się fundamentalnie nie zgadzać, ale komu nie odmawia się prawa do współtworzenia tego samego państwa.
Bo kiedy polityka zaczyna odpowiadać na pytanie „kto jest prawdziwym Polakiem?”, zamiast pytać „jak lepiej rządzić Polską?”, demokracja wchodzi na drogę, z której bardzo trudno zawrócić.
Krzysztof Bielejewski
