Krzysztof Bielejewski: Ameryka ma dopiero 250 lat, czyli jak młody kraj stał się starym wujkiem całego świata10 min czytania

()


04.07.2026

Są takie daty, które pachną prochem, drukarską farbą i wielkimi słowami. Czwartego lipca należy właśnie do nich. Tego dnia Amerykanie wyciągają z szaf flagi, rozpalają grille większe od przeciętnego europejskiego mieszkania, odpalają fajerwerki, których huk ma przypominać salwy spod Yorktown, i z wzruszeniem słuchają opowieści o ojcach założycielach. Człowiek patrzy na to z pewnym rozbawieniem, ale też z odrobiną zazdrości. Bo trzeba przyznać, że niewiele narodów potrafi z takim rozmachem świętować własną historię, nawet jeśli ta historia – z punktu widzenia starej Europy – dopiero zdążyła odebrać dowód osobisty.

Dwieście pięćdziesiąt lat. Brzmi poważnie, dopóki nie uświadomimy sobie, że w Polsce są karczmy starsze od Stanów Zjednoczonych, kościoły pamiętające czasy, gdy nikt jeszcze nie śnił o Białym Domu, a niejeden dębowy kredens na prowincji mógłby z godnością powiedzieć: „Synku, kiedy mnie robiono, twojej republiki jeszcze nie było”.

Przypomniała mi się historia opowiedziana niedawno. Pewien Amerykanin, przekonany o wyższości wszystkiego, co nosiło metkę „Made in USA”, zachwycił się starym, rzeźbionym fotelem stojącym w polskim domu. Zapytał gospodarza, ile ten mebel ma lat. Odpowiedź była krótka i pięknie złośliwa.

– Tylko trochę więcej niż historia Stanów Zjednoczonych.

Nie wiem, czy gość zrozumiał dowcip. Wiem natomiast, że lepszej metafory nie sposób wymyślić.

Europa bowiem patrzy na Amerykę trochę jak stary profesor na genialnego, ale piekielnie pewnego siebie studenta. Z jednej strony nie sposób odmówić mu talentu. W końcu w ciągu dwóch i pół wieku z garstki kolonii wyrósł kraj, który zbudował największą gospodarkę świata, wysłał człowieka na Księżyc, stworzył internet, Hollywood, Dolinę Krzemową, jazz, rock and roll, Boeinga, Apple, Google i tysiące wynalazków, bez których trudno dziś wyobrazić sobie codzienność. Z drugiej strony ten sam student od czasu do czasu wpada do sali wykładowej, siada okrakiem na krześle i oznajmia wszystkim, że od dziś będzie uczył profesora historii.

I właśnie wtedy Europa chrząka, bo Europa pamięta więcej.

Pamięta cesarzy, papieży, reformację, wojny religijne, Napoleona, dwa totalitaryzmy i dwie wojny światowe. Ameryka większość tych wydarzeń poznawała jeszcze z książek albo – co najwyżej – z telegramów. Kiedy podpisywano Deklarację Niepodległości, Kraków miał za sobą pięć stuleci uniwersytetu. Gdy George Washington obejmował urząd pierwszego prezydenta, na Wawelu od dawna nie mieszkał już żaden król. A kiedy Thomas Jefferson zastanawiał się nad przyszłością republiki, w Europie spierano się już od wieków o granice wolności, rolę państwa i prawa obywatela.

To jednak nie oznacza, że Ameryka jest krajem bez historii. Przeciwnie. Jej historia jest po prostu skondensowana jak espresso.

To, co Europa przeżywała przez tysiąc lat, Stany Zjednoczone potrafiły zmieścić w dwóch i pół stulecia. Wojny. Kryzysy. Gigantyczne fale emigracji. Niewolnictwo. Wojnę secesyjną. Wielki Kryzys. Dwie wojny światowe. Zimną wojnę. Podbój kosmosu. Cyfrową rewolucję. Żaden kraj w nowoczesnej historii nie przyspieszył tak bardzo własnego rozwoju, ale właśnie dlatego amerykańska opowieść od początku przypominała western. Było w niej wszystko. Szlachetni bohaterowie. Bezwzględni spekulanci. Ludzie gotowi oddać życie za wolność i ludzie gotowi sprzedać wolność za kilka dolarów.

Deklaracja Niepodległości głosiła przecież, że wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi. Zdanie piękne, jedno z najpiękniejszych, jakie kiedykolwiek napisano w polityce. Problem polegał tylko na tym, że pisał je Thomas Jefferson – człowiek posiadający setki niewolników. To nie jest drobiazg ani niewygodny przypis dla historyków. To jest jeden z fundamentów amerykańskiej opowieści. Państwo, które miało być światłem wolności, rodziło się jednocześnie z systemu, który tej wolności odmawiał setkom tysięcy ludzi.

Nie był to zresztą jedyny paradoks. George Washington ostrzegał rodaków przed partiami politycznymi i kultem jednostki, obawiając się, że kiedyś zjedzą republikę od środka. Alexander Hamilton marzył o potężnym przemyśle, bankach i globalnym handlu. Jefferson wierzył, że przyszłość należy do niezależnych farmerów, którzy będą żyli z dala od wielkich miast i finansistów. Dwóch ludzi. Dwie wizje. Jeden kraj. I, co najciekawsze, po dwóch i pół wieku obaj mają rację. Ameryka nadal żyje tym samym sporem. Jedna jej połowa wierzy bardziej w Wall Street, druga w pole kukurydzy gdzieś w Iowa. Jedna patrzy na świat przez ekran komputera, druga przez szybę pick-upa jadącego po bezkresnej autostradzie.

Polacy mają wobec Ameryki uczucia równie skomplikowane. Trochę miłości. Trochę wdzięczności. Trochę kompleksów. Trochę złudzeń.

To przecież w Ameryce walczyli Kościuszko i Pułaski. To prezydent Woodrow Wilson uczynił sprawę polskiej niepodległości jednym z punktów powojennego ładu. To Ronald Reagan był symbolem świata, który nie pogodził się z żelazną kurtyną. To Ameryka stała się gwarantem bezpieczeństwa Polski po wejściu do NATO.

Ale przyjaźń między państwami nigdy nie polega na wzajemnym wpatrywaniu się sobie w oczy jak zakochani licealiści. Państwa nie mają przyjaciół. Państwa mają interesy.

Właśnie dlatego najmądrzejsi polscy politycy rozumieli, że najlepszym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych nie jest ten, kto najgłośniej bije brawo, lecz ten, kto potrafi rozmawiać jak partner, bo nawet najpotężniejsze imperium bardziej szanuje człowieka, który siedzi przy stole, niż tego, który stoi przy drzwiach i czeka na skinienie ręki.

Świat jednak nigdy nie stoi w miejscu. Nawet Ameryka, która przez większą część XX wieku wyglądała jak dorosły, odpowiedzialny starszy brat Zachodu, od czasu do czasu zachowuje się jak bogaty krewny, który na rodzinnym weselu po kilku kieliszkach postanawia wszystkim tłumaczyć, jak należy żyć. Problem polega na tym, że krewny rzeczywiście jest bogaty. Ma największy dom, najdroższy samochód i własny samolot. Trudno więc całkowicie zignorować jego rady, nawet jeśli wygłasza je z miną człowieka przekonanego, że wynalazł grawitację.

To właśnie jest największa siła Stanów Zjednoczonych. Nie lotniskowce. Nie bomby atomowe. Nawet nie dolar. Największą siłą Ameryki od dziesięcioleci była wiara, że jutro można zbudować coś większego niż wczoraj. To przekonanie, że człowiek urodzony w biedzie może zostać milionerem, że student z garażu może stworzyć firmę wartą biliony dolarów, że naukowiec z prowincjonalnego uniwersytetu może zmienić historię medycyny, a dzieci emigrantów mogą po kilku latach zostać senatorami, generałami albo laureatami Nagrody Nobla. Przez całe dekady właśnie ten amerykański optymizm był produktem eksportowym numer jeden. Coca-Cola, Marlboro i Hollywood były tylko dodatkami do opowieści o kraju, w którym wszystko wydaje się możliwe.

To dlatego przez dziesiątki lat świat bardziej ufał Ameryce, niż się jej bał. Owszem, krytykowano ją za wojny, za interwencje, za pychę mocarstwa, ale równocześnie miliony ludzi marzyły, by choć raz zobaczyć Nowy Jork, przejść się Piątą Aleją, spojrzeć na Statuę Wolności i uwierzyć, że gdzieś tam rzeczywiście istnieje miejsce, w którym przyszłość rodzi się szybciej niż gdziekolwiek indziej.

Dzisiaj ta wiara zaczyna pękać. Nie dlatego, że Ameryka przestała być bogata. Nie dlatego, że przestała być silna. Ale dlatego, że coraz częściej sama nie wie, kim chce być.

Badania prowadzone przez Pew Research Center pokazują coś znacznie poważniejszego niż chwilowy spadek popularności konkretnego prezydenta. W wielu krajach świata maleje zaufanie nie tylko do Donalda Trumpa, ale również do samego amerykańskiego przywództwa. Maleje przekonanie, że Stany Zjednoczone są państwem przewidywalnym, wiarygodnym i gotowym przewodzić demokratycznemu światu. W Europie poziom zaufania do amerykańskiego przywództwa jest dziś wyraźnie niższy niż jeszcze kilka lat temu. To nie jest wyłącznie problem wizerunkowy. To pęknięcie czegoś, co przez dekady nazywano amerykańską „miękką siłą” – zdolnością przekonywania, a nie zmuszania.

Donald Trump jest jednocześnie przyczyną i skutkiem tego procesu. Łatwo byłoby napisać, że wszystko zaczęło się od niego. Byłoby to jednak zbyt wygodne i – co gorsza – nieprawdziwe. Trump nie spadł z nieba niczym kometa, która nagle zmieniła bieg historii. On wyrósł z Ameryki, która od dawna się zmieniała. Z kraju coraz bardziej podzielonego, coraz bardziej zmęczonego globalizacją, coraz bardziej nieufnego wobec elit, ekspertów i instytucji. Trump nie stworzył gniewu Amerykanów. On po prostu nauczył się mówić ich językiem, a potem odkrył, że gniew znakomicie sprzedaje się w telewizji i jeszcze lepiej w mediach społecznościowych.

Trzeba mu jednak oddać jedną rzecz. Jest być może najsprawniejszym politycznym showmanem naszych czasów. Każdy dzień jego prezydentury przypomina kolejny odcinek serialu, którego scenariusz pisany jest na gorąco. Jednego dnia grozi cłami, drugiego ogłasza historyczny sukces, trzeciego obraża sojuszników, czwartego przekonuje, że właśnie uratował świat przed katastrofą. Wokół niego nie ma ciszy. Jest permanentny hałas. A w epoce mediów hałas często wygrywa z argumentami.

To zresztą paradoks nie tylko amerykański. Żyjemy w czasach, w których polityk coraz rzadziej musi być skuteczny. Wystarczy, że jest nieustannie obecny. Dawniej przywódca pisał pamiętniki po zakończeniu kariery. Dzisiaj prowadzi transmisję na żywo z własnej kariery. Dawniej polityka przypominała partię szachów. Dzisiaj coraz częściej przypomina kanał w serwisie streamingowym, na którym najważniejsze jest to, żeby widz przypadkiem nie zmienił programu.

I może właśnie dlatego George Washington przewróciłby się dziś w grobie. Pierwszy prezydent Stanów Zjednoczonych ostrzegał przecież przed kultem partii politycznych, przed nadmierną polaryzacją i przed sytuacją, w której emocje zastąpią rozsądek. Wiedział, że republiki rzadko umierają od jednego wielkiego ciosu. Znacznie częściej umierają od tysiąca małych pęknięć, których przez lata nikt nie chciał zauważyć.

Najbardziej zdumiewające jest jednak to, że mimo wszystkich tych kryzysów Ameryka nadal pozostaje laboratorium przyszłości. Nadal tam rodzą się technologie, które zmieniają świat. Nadal tam trafiają najzdolniejsi naukowcy. Nadal tam powstają firmy, o których Europa będzie dyskutowała dopiero wtedy, gdy osiągną wartość większą od budżetów niejednego państwa.

Może więc największą tajemnicą Stanów Zjednoczonych nie jest ich potęga. Może tajemnicą jest ich zdolność do nieustannego wynajdywania siebie od nowa.

Ameryka już wielokrotnie ogłaszała własny kryzys, własny zmierzch, własny koniec. Po wojnie secesyjnej. Po Wielkim Kryzysie. Po Wietnamie. Po Watergate. Po atakach z 11 września. I za każdym razem świat z fascynacją obserwował, jak ten młody kraj po raz kolejny wstaje z kolan, otrzepuje kurz z marynarki i rusza dalej, jakby historia była tylko kolejną przeszkodą do pokonania.

A my, Polacy, powinniśmy chyba nauczyć się patrzeć na Amerykę bez kompleksów i bez egzaltacji. Z sympatią, ale nie z nabożeństwem. Z wdzięcznością za to, co zrobiła dla naszego bezpieczeństwa, ale również z własnym rozumem. Bo najlepszy sojusznik to nie ten, któremu bez przerwy się przytakuje. Najlepszy sojusznik to ten, który potrafi powiedzieć: „Jesteśmy z wami, ale nie przestaliśmy myśleć samodzielnie.” To właśnie taka przyjaźń trwa najdłużej. I historia – nie tylko ta dwustuletnia, lecz także ta licząca całe tysiąclecia – uczy tego wyjątkowo konsekwentnie.

Krzysztof Bielejewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo