07.03.2026
W lobby uczelnianym, tuż po lunchu, gdy kawa parowała w białych filiżankach, a my udawaliśmy, że te nasze rozmowy „o niczym” są jedynie przerywnikiem między zajęciami, zaczęło się coś, czego nie przewidziałby żaden scenariusz. Wszyscy zeszliśmy się jak zwykle, żeby poplotkować, trochę się polansować, trochę poudawać, że mamy na wszystko czas. Kanadyjczycy – zawsze uprzejmi, Amerykanin – zawsze pewny siebie, ja – przyjezdny z Warszawy, który udaje, że nie cierpi na chroniczną niechęć do latania. Dziewięć godzin w first-class jest do zniesienia, o ile człowiek nie musi mieszkać na lotniskach między przesiadkami. Na szczęście latam nocą – mogę pospać, mogę popracować, mogę udawać, że podróż jest luksusem, a nie katorgą.
Ale nie o tym miał być felieton. Felieton miał być o tym, że nagle rozmowa zeszła na gospodarkę, i to nie w tonie akademickich wykładów, które znamy, lecz w aurze lekkiego zachwytu. Dwóch Kanadyjczyków i Amerykanin zaczęli opowiadać, jak to świat się zmienia, jak rynki drżą, jak polityka przewraca stoliki. A ja tylko czekałem, aż padnie pytanie o Polskę. Bo wtedy mogłem zabłysnąć. I błysnąłem, tak jak lubię – trochę elegancko, trochę złośliwie, trochę zaskakująco. Oni mają doświadczenia, rady nadzorcze i komitety, ja mam doświadczenie lat 90., sklepów, w których było pusto, i ulic, które były brudne. I nagle – niespodziewanie nawet dla mnie – wyszło, że to właśnie ja mam przewagę, bo o cudach gospodarczych mogę mówić z perspektywy człowieka, który widział je na własne oczy.
Kiedy opowiadałem im o tym, jak jeszcze jako student w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych wyjeżdżałem do Szwecji rąbać las i dorabiać jako kelner w Londynie, widziałem w ich oczach narastające zdumienie. Bo to nie Sztokholm mnie wtedy zachwycał – ja po prostu widziałem Zachód od środka, nie z folderów turystycznych, tylko z kantyny, z baraku robotniczego, z nocnych zmian i z tych krótkich momentów, kiedy człowiek mógł wejść do sklepu pełnego towaru. A potem, w 1984 roku, gdy zostałem zmuszony do opuszczenia Polski i wylądowałem w USA, ucząc rysunku i studiując w Harvard Business School, dopiero wtedy zrozumiałem głębiej skalę przepaści między światem, który znałem, a światem, który zobaczyłem. Kiedy wróciłem na początku lat dziewięćdziesiątych, Polska była szara, brudna, z tysiącem łóżek polowych na ulicach, z których sprzedawano absolutnie wszystko. Wyglądała jak kraj w stanie ciągłej wyprzedaży garażowej, tylko bez garażu. I właśnie ta pamięć – a nie zachwyt elegancją Nowego Jorku, Bostonu, San Francisko i Los Angeles – czyni dzisiejszą zmianę tak niewiarygodną.
A potem przeszedłem płynnie do współczesności. Do tej Polski, w której dochód na mieszkańca dogonił Hiszpanię, a według niektórych miar nawet ją przegonił. W której Warszawa zaczęła konkurować z Berlinem, a łódzkie mieszkania kupują Hiszpanie uciekający przed własną stagnacją. Do Polski, w której Ruben – chłopak z Kantabrii – po dwóch latach szukania pracy w Hiszpanii znalazł ją po dwóch miesiącach w Łodzi. Tak, w tej Łodzi, którą jeszcze dekadę temu uznalibyśmy za kandydata do muzeum ruin miejskich.
I widziałem ich twarze – zdziwione, lekko niepewne, jakby nagle odkrywające, że historia ostatnich 35 lat nie jest historią kraju, który wlecze się z tyłu Europy, lecz kraju, który wykonał sprint o skali niewyobrażalnej. Bo tylko Polska – i to bez fałszywej skromności – zrobiła coś, czego nie zrobił nikt inny w Europie: przeszła z brudnych chodników i blokowisk PRL-u na salony wzrostu gospodarczego Zachodu tak szybko, że niektórym do dziś kręci się od tego w głowie.
Tu jednak rozmowa z akademickiego podziwu przeszła w filozofię. W tę część, w której pojawia się pytanie, od którego Kanadyjczycy dostają uśmiechu, Amerykanin westchnął, a ja – jak zawsze – musiałem zachować twarz człowieka poważnego: „Czy Polska może być imperium?”. I wtedy, jak jeden mąż, obaj z Amerykaninem zgodziliśmy się, że jeśli mamy się za coś wstydzić, to za naszych politycznych cyrkowców, a nie za gospodarkę. On za Trumpa, ja za Nawrockiego – i temat został natychmiast zamknięty, bo ile można rozmawiać o politykach, którzy powinni mieć zakaz zbliżania się do decyzji państwowych jak niektórzy do przedszkoli.
Ale o imperium warto powiedzieć coś poważnego. Polska nigdy nie była imperium, bo nie chciała nim być. Polska była cywilizacją – wielobarwną, wielonarodową, szaloną czasami, ale nie imperialną. Imperium to hierarchia, centrum i prowincje. Rzeczpospolita była wspólnotą, czasem chaotyczną, czasem anarchiczną, ale jednak wspólnotą. Nasze marzenia o mocarstwowości były zwykle bardziej terapeutyczne niż realistyczne, bardziej oparte na historycznych kompleksach niż na realnych możliwościach.
A dzisiaj? Dzisiaj taka imperialna fantazja to śmiertelna pułapka. Mamy za mało ludności, kiepski przyrost naturalny, za dużo kulturowego zmęczenia, a przede wszystkim – nie taki mamy temperament. My nie wyruszamy, by podbijać innych. My wyruszamy, by zdobywać awanse, stanowiska i mieszkania na hiszpańskim wybrzeżu. Nasze sojusze budujemy przez handel, logistykę, przez integrację z Zachodem – a nie przez złote karoce, defilady i przemowy o wiecznej chwale.
I tylko gospodarka pozostaje obszarem, w którym naprawdę możemy być wielcy. W którym przegoniliśmy Hiszpanię. W którym za kilka–kilkanaście lat możemy przegonić Włochy, Wielką Brytanię, a nawet Niemcy – jeśli utrzymamy kierunek, a nie damy się wepchnąć w ścianę przez powrót populistów. Bo to już jest historia o prawdziwej potędze: potędze pracy, reform, edukacji i odwagi politycznej przełomu 1989 roku. To ona, a nie husaria czy sny o imperium, wyniosła nas na pierwszy europejski plan.
Gdy im to mówiłem, widziałem zrozumienie – to ciche, akademickie, pełne szacunku. I dumę, moją dumę, której nie trzeba było ukrywać. Nie musimy być imperium. Wystarczy, że jesteśmy krajem, który dogonił Zachód w trzy dekady. Krajem, który daje pracę ludziom z krajów, które kiedyś patrzyły na nas z góry. Krajem, który z szarości PRL-u wyrósł na gospodarkę pierwszej ligi.
Imperium to ciężar. Gospodarczy sukces – to wolność. I choćby po to, żeby w tym lobby uczelnianym móc mówić o Polsce bez cienia wstydu, warto było przejść tę drogę od porannej mgły nad Wisłą do pierwszej ligi światowego wzrostu.
Bo naprawdę – nie mamy się czego wstydzić. Nigdy mniej niż dziś.
A jeśli to dopiero początek?
To niech Kanada i Ameryka lepiej zapinają pasy. Bo Polska – nawet bez imperialnych marzeń – potrafi zadziwiać świat tak, że w lobby po lunchu robi się nagle zupełnie cicho.
Krzysztof Bielejewski

Dziękuję za Dobre Słowo!
Mam nadzieję że „Mądry Polak…” mądrym pozostanie. W RP i później marzenia imperialne kołatały się w głowach oderwanych od rzeczywistości tak długo i skutecznie aż poodrywały z mapy ostatnie kawałki nazywane po polsku… Nie musimy budować imperium. Pytanie bardziej aktualne jest do którego Imperium dołączyć. Tęsknoty „Wszech Marzycieli” znane są od dawna a EU ma wszystkie wady i zalety RP.
Warto uczyć się z historycznych mechanizmów bolesnego przywracania postrzegania rzeczywistości tak jak ona funkcjonuje a nie życzeniowo i w skutkach fatalnie… tym bardziej że kolejna Smuta tuż za Krzywym Rogiem i rozszerza się na nasz ulubiony od wieków Orient.
Czuj Duch Licho nie śpi!