05.07.2026
Trudno o większy kontrast w świętowaniu 250 rocznicy istnienia USA przez dwóch Amerykanów przyciągających uwagę dzisiejszego świata, a zwłaszcza mediów. Jeden z nich to Donald Trump, obecny rezydent Białego Domu organizujący w połowie czerwca pokaz walk mieszanych MMA na trawniku przed Białym Domem na swoje 80 urodziny, które były wstępem do równie „oszałamiających” pokazów 4 lipca, z których „największy na świecie” pokaz ogni sztucznych ma być ukoronowaniem tego przesłania bufonady, kiczu i bezguścia. Z polskiej perspektywy dopełnieniem tego spektaklu było uczestniczenie (w pokazach walki) również rezydenta Belwederu Nawrockiego, który znakomicie wpisał się w poetykę tych obchodów przywożąc ze sobą 250 kilogramowy kawał marmuru, który ma być wmontowany w budowany luk tryumfalny upamiętniający 250 lecie uzyskania niepodległości przez USA.
Drugi Amerykanin to Leon XIV, papież. Mimo ponawianych zaproszeń zdecydował się ten dzień spędzić na Lampeduzie, miejscu, które jako pierwsze odwiedził jego poprzednik Franciszek w 2013 roku. To symbol cierpień dzisiejszego świata. Zaraz po wylądowaniu na wyspie o godz. 8.45 Leon swoje kroki skierował na miejscowy cmentarz, na którym znajduje się część przeznaczona dla „muzułmanów i katolików, młodych i starych, czarnych i białych, wszystkich zagubionych na morzu w poszukiwaniu wolności”. W wygłoszonej w czasie mszy homilii, papież nawiązując do ewangelicznej przypowieści o dobrym Samarytaninie, powiedział: „Tutaj widzieliście nie jednego, ale tysiące ludzi, którzy wpadli w ręce rabusiów, którzy zabrali im wszystko, brutalnie ich pobili i odeszli, zostawiając ich na wpół żywych”. Oczywiście, nie jest rzeczą prosta znalezienie rozwiązania jak radzić sobie z kryzysem imigracyjnym, ale nie sposób nie zgodzić się z ąapieżem, gdy mówi, „zanim pojawia się jakiekolwiek rozważania intelektualne lub przekonania ideologiczne to spotkanie z tymi, którzy leżą przed nami, ogołoceni ze wszystkiego, wzywa nas do bycia blisko nich”. Leon wskazał też, kto jest głównym celem jego pielgrzymki na Lampeduze, to ludzie blisko tych, którzy potrzebują pomocy: „Przybyłem, aby wam podziękować, bracia i siostry z Lampedusy, za solidarność, którą tak wielu z was wykazało, za to, że po raz kolejny dokonał się ‚cud współczucia’. Dziękuję wam, bracia i siostry, ponieważ nie ma niczego, co można by uznać za pewnik w waszym pomaganiu innym; nic nie dzieje się automatycznie”. Nie sposób nie widzieć w tym geście papieża Leona bezpośredniej polemiki z brutalnymi działaniami federalnej formacji – Amerykańskiej Służby Imigracyjnej i Celnej (ICE) wyrzucającej coraz większa liczbę nielegalnych mieszkańców z granic USA.
No właśnie, nic nie dzieje się automatycznie. Konkretne formy działania i zaangażowania to owoc konkretnych decyzji. Można stać na czele największego mocarstwa i używać swojej pozycji do bezwstydnego pomnażania swoich miliardów (Trump właśnie zarobił dwa kolejne na agresywnej polityce biznesowej związanej z kryptowalutami), można też stojąc na czele potężnej instytucji religijnej wskazywać formy zaangażowania na rzecz najbardziej potrzebującym. Wybór należy do nas.


Popierając Leona XIV (nie Trumpa), zastanawiam się, na ile symboliczny gest można przeciwstawić brutalnej sile? W Polsce to jest możliwe i owocne (odebranie/oddawanie orderu), w świecie raczej nie. Ale może to tylko pesymizm…