Jerzy Dzięciołowski: Święta4 min czytania

()

2013-01-12. W święta złożył nam wizytę Connor. Za chwilę będzie miał dwa lata, korzenie polsko-kanadyjskie i uzasadnioną wrzaskiem ochotę zniszczenia wszystkiego, na co akurat natrafi. Na dzień dobry postanowił przewrócić choinkę, żeby do serii 651 pożarów w czasie świąt, które zaliczyliśmy, dorzucić jeszcze jeden. Dla wyprowadzenia go na właściwą drogę, to znaczy zaszczepienia wartości chrześcijańskich, wybraliśmy się do klasztoru na warszawskich Bielanach, gdzie ksiądz Drozdowicz rozpowszechnia miłość wszelkiego stworzenia. Garną się do niego ludzie z odległych dzielnic Warszawy, bo jest nie tylko pasterzem, ale i zwyczajnie dobrym człowiekiem. Connor dotarł do stajenki i nawet mu się podobała. Była akuratna. Na sianku leżały dwa koty. Jeden czarny, drugi w łatki. U siebie, w Vancouver, Connor ma czarną kotkę, więc wszystko było jak trzeba. Po tym doświadczeniu poszliśmy do pierogarni przy placu Konstytucji, żeby gościom uświadomić, co ich czeka w Wigilię.

Pierogami Connor nie zawracał sobie głowy. Zainteresował się anielskimi włosami na choince i pracowicie je zrywał i nam znosił, dzięki czemu mogliśmy zjeść spokojnie pierogi. To się nawet podobało obsłudze, bo było jasne, że osesek nie zdąży rozebrać całego drzewka. Zresztą Connor też doszedł do tego sam i przerzucił się na znoszenie ułożonych pod choinką paczek, co dobrze rokuje, że zgarnie co się da, i spotkało się z uznaniem bliskich. Za moich czasów dzieci nie miały tak z górki. Pamiętam, jak kiedyś, a było to w latach 50. ub.w., w zapale zaopatrzenia świątecznego stołu w ryby nastawiłem dziurawy żeliwny garnek pod krzakiem w rzece Kamienna w Świętokrzyskiem, i wpadły do niego trzy płotki. Tak się przejąłem sukcesem, że garnek wciągnął mnie do dołka, zanim sam zdołałem go wyciągnąć. Wody było tak po pachy. Po opuszczeniu rzeki uradziliśmy z siostrą, która wspierała mnie w tym, co było zakazane, że najlepiej będzie, aby uniknąć lania, jak rozpalimy ognisko (węgle ściągnęliśmy od rybaków nad stawem) i wysuszymy to, co zmokło. Temperatura otoczenia wahała się w granicach minus 7 stopni i zanim z rajtuz wyparowała woda, to ze spodni zrobiła się lodowa bryła. Po dotarciu do domu, przyodziany w rajtuzy, nie wywołałem zachwytu swoim widokiem. Z jeszcze mniejszym uznaniem spotkała się informacja o sztuce przetrwania, którą podjęliśmy. Trafiłem pod pierzynę bez dodatkowej rozgrzewki.

Przy śledziu, jedenastym w tym wydaniu, który spożywaliśmy, a był to śledź pod pierzynką z bitej śmietany, ogłoszona została przerwa na zaczerpnięcie oddechu.

Młodsze pokolenie zaczęło wyciągać prezenty spod choinki, w ilościach wystarczających do zaopatrzenia sporego sklepu. Podczas obserwacji helikoptera, który unosił się jak ważka, sterowanego przez nastolatka, pozyskałem informacje, że to cudo łamie skrzydełka wirnika mniej więcej po trzech dniach, co się opłaca tylko producentom. Wyznałem w rewanżu, że zapłaciłem za choinkę średnich rozmiarów 180 zł, to znaczy o 60 zł więcej niż w 2011 roku. Sprzedawca, zapytany dlaczego tak podskoczyło, odpowiedział, że to jest jodła syberyjska, a transport kosztuje. Omal nie dopłaciłem mu 10 zł za poczucie humoru. Po czym przeszliśmy do omawiania poważnych tematów. W sprawie końca świata zgodziliśmy się, że najlepszy pomysł miała Agnieszka Holland, którą zniknięcie Ziemi zastało w samolocie i nie było gdzie wylądować. Zważywszy, że w każdej chwili nad planetą Ziemią unosi się kilkadziesiąt tysięcy samolotów, na rozmnożenie rodzaju ludzkiego gdzie indziej byłoby jak znalazł. W sprawie wprowadzenia euro mieliśmy uczucia mieszane. Opcja, że będzie drożyzna, potraktowana została przez zwolenników euro jak tchórzostwo i niedostatek wyobraźni. Nikt nie opowiedział się za rządami niewidzialnej ręki rynku.

Zaproponowałem nieśmiało, żeby jeszcze Leszka Balcerowicza nie skazywać na zapomnienie, bo jest autorem nie tylko transformacji ale i forsowania polityki twardego pieniądza (czyli niedodrukowywania pieniędzy, a oszczędzania), dzięki czemu łagodnie przechodzimy przez kryzys gospodarczy. Wysłuchany zostałem przez grzeczność. Najwięcej pomysłów było na strategię dla Polski. Szwagier uparł się, że powinniśmy rozwijać stocznie i specjalizować się w budowie statków dla farm wiatrowych. Ktoś zauważył, że naszą marką mogłaby być zdrowa żywność dla całej Europy. Wojtek, syn szwagra, który prowadzi przedsiębiorstwo zajmujące się dostarczaniem programów dla firm, zaczął przekonywać, że w Polsce jest tylu utalentowanych programistów, iż moglibyśmy przy ich pomocy stworzyć branżę o światowej marce, ale nie ma odważnych, żeby na to przeznaczyć poważne pieniądze. A tak jesteśmy i zostaniemy montownią. W tym momencie Connor wyrżnął się o podłogę, ciągnąc za sobą torbę po zabawkach (wszystkie inne zabawki zostały zignorowane) i przywołani zostaliśmy do rzeczywistości. Na stół zawitała grzybowa i barszczyk z uszkami. Nie było przymusu spożywania obydwu zup.

Jerzy Dzięciołowski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

źródła obrazu

  • dzieciol: BM