zasiadłem było w to sobotnie przedpołudnie do pisania i nic mi z tego nie wyszło. za oknem dość nawet pogodnie, ale zimno jak niewiemco. na termometrze niby nie tak źle (prawie zero – 31,9 F , ale temperatura odczuwalna według tutejszej prognozy: -11 C. diabli nadali z tym szwedem, przez którego tak musimy cierpieć.
przejdę chyba na fahrenheita żeby przynajmniej cyferki mniej raziły, bo to jedyne w tych dniach źródło meteorologicznego optymizmu… a poza wszystkim daniel gabriel F, to rodak nasz, gdańszczanin. na długim targu nieopodal neptuna stoi słup pogodowy – zaprojektowana przez mą zaprzyjaźnioną panią architekt zwieńczona dachem wysmukła szklana szafka w kutym metalu, wewnątrz której umieszona jest odlana w mosiądzu, wsparta na piaskowcu ozdobna płyta ze skalą fahrenheita.
popadłem w jakieś odrętwienie, półsen i stukałem w klawiaturę z wyłączoną świadomością, tak silna była potrzeba ucieczki od rzeczywistości…
śniłaś mi się (przyśnisz) w dziwnych sytuacjach, związanych z dwiema najpopularniejszymi w naszej cywilizacji używkami…
siedziałaś (zasiądziesz) przy kawiarnianym stoliku na bulwarze saint michel i oglądałaś (będziesz oglądała) z oddali ruiny antycznych term cluny. przyjechałaś (przyjedziesz) dopiero co z londynu, mając jeszcze w pamięci nice cups of tea, serwowane przez właścicielkę bed and breakfast w koszmarnie brzydkim domku w bloomsbury, w okolicach russel square, bo w tym miejscu, w odróżnieniu od tylu innych, breakfast nie był tylko retorycznym zwrotem, zarchaizowaną nazwą, pamiętającą lepsze czasy – był podawany naprawdę. właścicielka przelewała najpierw wrzątek z jednej filiżanki do drugiej, robiła to kilkakrotnie aż toporne fajansowe naczyńko było wystarczająco ciepłe, by przyjąć odrobinę zimnego mleka, a następnie nalewała aromatyczny napar z imbryczka – england, my england!
kiedy więc usadowiłaś się (usadowisz) w wyplatanym krzesełku na chodniku przed kawiarnią, miałaś (będziesz jeszcze miała) smak tej herbaty w ustach. Zamówiłaś ją (zamówisz) wiedziona odruchem, bo i o cóż innego mogłabyś poprosić w takiej sytuacji. uprzejmy kelner dyskretnie przywołał (przywoła) cię do porządku: vous êtes malade, madame? …
nie mogąc znieść tej arogancji, upozowanej na współczucie, uciekłaś (uciekniesz) do lizbony i usiądziesz na rua augusta – zamkniętej dla ruchu pojazdów ulicy eleganckich sklepów, kawiarni i restauracji, wystawiających stoliki na środek jezdni. nie zamówisz herbaty, ani nawet café crème, co niechybnie byś uczyniła w paryżu, żeby naprawić straszliwe faux pas, jakie popełniłaś prosząc o londyńską a nice cup of something not even known too well in france – poprosisz o uma bica, a kelner przyniesie ci mikroskopijną filiżankę czarnej jak smoła kawy i pau de canela – zapakowaną w celofan laseczkę cynamonu do mieszania napoju.
miałaś jednak (będziesz ciągle miała) ochotę na tę herbatę, bo polubilaś ją w londynie, pojechałaś więc (pojedziesz) do peru i zamówiłaś (zamówisz ) ten napar w hotelowej kawiarni przy machu picchu, a potem z dziecięcym zdumieniem w głosie opowiadałaś (zaczniesz mi opowiadać): oni nawet nie mieli leche frío – zimnego mleka, żebym mogła nalać sobie na dno filiżanki.
– you must be joking,dear – odpowiem.
nie żartowałaś, sprawa była zbyt poważna…
nathan gurfinkiel



Bardzo ładne, mam nadzieję, że to fragment powieści, wszystkiego dobrego.
Przyłączam się do lamentu pogodowego; gdybym nie musiał*, to pewnie z łóżka bym nie wyłaził. Ohydny ziąb – pomimo słońca, które w końcu pokazało swoje oblicze.
*zwierzaki różne trzeba wypuścić i nakarmić.