Motto
Wolałbym bzyknąć kozę niż posłankę Pawłowicz
(wzwód umysłowy posła RP z publikacji w „Newsweeku”)
Po kolejnych podskokach (pół godziny z rana, godzinę wieczorem, średnio pięć razy w tygodniu) załatwiłem sobie kręgosłup w pasie biodrowym. To mi się zdarza dwa, trzy razy w roku i wtedy ćwiczę pozycje horyzontalne, najlepiej na podłodze. Mniej więcej po dwóch tygodniach terapii własnego chowu: „masaż” prysznicem z gorącą i lodowatą wodą, niezdolność poruszania się i ból ustępują i mogę znowu zaczynać ścigać się ze sobą i z czasem.
Zaletą blokowania się kręgosłupa jest, że nawiedzają mnie różne myśli kultury fizycznej tyczące. Na przykład o maratonie. W czasach, kiedy uprawiałem zawodowo lekkoatletykę, a nawet dziesięciobój, zafundowałem sobie bieg wokół stadionu na AWF-ie. W żwawym tempie 6 minut na kilometr. Do upadłego. Zrobiłem 90 okrążeń – prawie maraton. Potem jakiś czas robiłem za kalekę. Bo maraton nie przebacza. Chrząstka w stawie kolanowym, po przebiegnięciu maratonu powraca do swoich normalnych funkcji po pół roku. Nie ma statystyk pokonanych przez maraton. Pewne jest, że pokonani są ze swoim bólem, kontuzjami, pozostawieni sobie. W czasach kultu pierwszego miejsca – skazani na niebyt.
No, może chwilowe współczucie ofiar w biedzie. Nie przypominam sobie prezentacji uczestnika masowego biegu (prawda, nie dość pokornego wobec maratonu), którego ciało odmówiło spełnienia marzenia – ale wciąż człowieka odważnego. Wartości wyznawane liczbą kliknięć w Internecie i pojawieniem się w okienku telewizora, zaczęły demolować i człowieczeństwo, i rzeczywiste dokonania.
Andrzej Lubowski, publicysta o ustalonej renomie, który pracuje jak galernik, żeby podawane fakty były sprawdzone, a tezy umotywowane, którego ostatnią książkę „Świat 2040 – czy zachód musi przegrać” Zbigniew Brzeziński zapowiada (nieproszony przez autora), że „ta książka burzy mity, odsłania gorzkie prawdy, drażni, prowokuje i zmusza do myślenia o przyszłości” – otóż, autor tej książki w bezpośredniej rozmowie z niejaką melancholią zauważa, że może wydawca nie podjął wysiłku jej promocji.
W tym samym czasie „Resortowe dzieci”, spis notatek esbeków spreparowanych tak, by szkodzić, utwór kloaczny, trafia na listę bestselerów i wymaga dodruków.
Elżbieta Bieńkowska już w roli wicepremiera, powiedziała co myśli, że: sorry, taki mamy klimat i jeden czy drugi pociąg jak utknie w zimie w polu, to nie koniec świata. Kiedyś, kiedy Elżbieta Bieńkowska nie była jeszcze wicepremierem, tylko zwykłym ministrem, używała określeń, po których uszy adresatom opadały, przestawali dywagować i rzucali się do roboty, żeby zachować pracę. Znaczy – jak mawiał sławny kapitan żeglugi wielkiej, Mamert Stankiewicz, dokonał się postęp. Ci, którym flaki się przewracają od pustosłowia i ględzenia elit uznali, że nareszcie w rządzie jest ktoś „z jajami”. Żeby nie było tak pięknie, Bieńkowska dowiedziała się z „Faktu”, że „sorry, musi odejść”, bo uosabia arogancję władzy. Wydawcy „Faktów” wiedzą, że ich czytelnicy domagają się igrzysk, a nie mówienia, jak jest. Elżbieta Bieńkowska zasłużyła na uznanie i awans za gospodarowanie pieniędzmi, które przyznała nam Unia Europejska na lata 2007–2013. Kierowany przez nią resort rozwoju regionalnego (faktycznie: modernizacji Polski) zmienił tymi środkami wizerunek kraju nad Wisłą. Do tego ma charakter i nie miesza się do polityki. I co? Wystarcza jedno zdanie (może niefortunne, jak przyznała pod presją uwag premiera), żeby ją wciągać na krzyż.
Jurek Owsiak, człowiek, który z niczego zbudował instytucję o najbardziej rozpoznawalnym logo (którego wartość szacowana jest w dziesiątkach miliardów złotych), a sukces Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy porównywalny jest z narodzinami w garażu wielkich korporacji – po 22 latach wspierania polskich szpitali milionami złotych zebranych przez młodych ludzi, który uczy ich solidarnych zachowań na skalę nieznaną państwu, jest opluwany jak pospolity zbir. Katechetka w szkole instruuje dzieci, żeby nie dawały na Owsiaka, bo wydaje ich pieniądze na narkotyki. I co? I nic!
Przy okazji grillowania ministra Bartosza Arłukowicza w Sejmie wchodzi na mównicę Jarosław Kaczyński, lider największej opozycyjnej partii, zwraca się w kierunku ław rządowych, a personalnie „do pana o nazwisku Tusk” i mówi: jesteście partią oszustów i złodziei, a posłowie PiS klaszczą i wznoszą okrzyki poparcia. Lider z zadowoloną miną zstępuje w szeregi wyznawców. To nie pierwsze takie szczere wyznanie prezesa. I co? I nic! Jego nowo powołany zastępca, o którym od prawa do lewa mówi się w Sejmie, że szkodzi Polsce, dowiaduje się od prokuratury, że rozwiązując Wojskowe Służby Informacyjne, kłamał, pomawiał, nadużywał kompetencji. Prokurator prowadzący dochodzenie ogłasza, że winny jest wprawdzie winny, ale nie kwalifikuje się do ścigania i umarza postępowanie. I co? I nic!
W „Trójce”, radiu cenionym za kulturę przekazu i szanowanie słuchaczy, wypowiada się pani (przemilczę jej nazwisko) przekonana, że wie lepiej, i głosi, że komunizm to system, do którego nie umywa się to, co mamy teraz. Kuba jest krajem szczęśliwości, Marks był największym myślicielem w dziejach ludzkości, a Stalin mordował, ale tylko trochę. Prowadzący program próbuje skonfrontować ten zalew racji z innymi opiniami, ale wygląda to tak, jak zderzenie czołgu z rikszą. Pani zatrudnia się w szkole i – jak zauważa – ma się dobrze. Ktoś dzwoni do Trójki i mówi, że tylko wieloletnie przywiązanie do tego radia sprawia, że go natychmiast nie wyłącza. Pytanie brzmi: czy ciało pedagogiczne w szkole pochyla się nad tym, co wykłada pewna swych racji nauczycielka?
Znany ogrodnik zapytałby pewnie: – jak żyć, panie premierze?! Tyle że to ograna ironia. Demon niszczenia „nie naszych” przekształcił się w niszczenie wspólnego dobra, a niepokornych przekształcił w nietykalnych. Wieloletnia wojna Polski częściowo ucywilizowanej z Polską z kruchty i wszech-obecne przyzwolenie (możliwe w młodej demokracji z ułomnym prawem) doprowadziła do nienawistnych relacji między ludźmi.
Nie wszyscy, jak pan Antoni Huczyński, który po „osiemdziesiątce” wziął się za ćwiczenia, obecnie ma 91, dobrze rokuje, co przysporzyło mu 300 tys. fanów, może powiedzieć, że on tę demolkę ma z głowy.
Z nienawiści wyznawców i przyzwolenia miłościwie panujących, ale i wyborców, lubią wyrastać dyktatorzy.
Cała nadzieja w dotlenianiu komórek – również szarych.
Jerzy Dzięciołowski
źródła obrazu
- dzieciol: BM


Zapytam więc oryginalnie: co robić? Jak Czernyszewski albo Lenin (sic!). Przecież łobuzów nie wystrzelamy ani nie przesiedlimy (dokąd? do jakiejś guberni, pod wschodnią ścianę, albo na prawy brzeg Wisły?). A już zabrali się za kulturę, zrywają spektakle i demolują galerie. Wraca okrągłolicy dobry pan Ujazdowski. Prezes wie, co w sztuce dobre i moralne a co zdegenerowane. W tymże czasie inkryminowani oszuści i złodzieje dotują lekką ręką niby-muzeum w wilanowskim sanktuarium (pochowano tam poetę Twardowskiego, dla pozorów, że to przybytek sztuki).
Autor napisał:
„Wieloletnia wojna Polski częściowo ucywilizowanej z Polską z kruchty i wszechobecne przyzwolenie (możliwe w młodej demokracji z ułomnym prawem) doprowadziła do nienawistnych relacji między ludźmi.”
*
Pytanie samo ciśnie się na … pióro (klawiaturę znaczy).
A ta pani, co w Trójce (i nie tylko), to do jakiej Polski (za przeproszeniem) ciąży? Do częściowo ucywilizowanej, czy do tej z kruchty?
He, he, he …
opis poselskiej erekcji intelektu niezwykle trafny, bo ta wypowiedź za pośrednictwem „newsweeka” nie licytuje z godnościo posła-jak celnie wyraził siȩ kiedyś inny
parlamentarzysta.
niektórzy posłowie są tacy głupi, że nawet ich właśni koledzy to zauważają
@jotbe_x, myślał pan o eksporcie? W końcu naprodukowaliśmy tylu magistrów zarządzania i marketingu, że powinni ich gdzieś upchnąć. Kto wie? Może okażą się prawdziwym skarbem narodowym?