Stefan Bratkowski: Atlantyda, tak niedaleko (6)18 min czytania

()

2012-08-05. Dziś opowiem o zaskakującym zmartwychwstaniu, a raczej – o przetrwaniu pamięci Nowogrodu Wielkiego wbrew powszechnemu spiskowi na rzecz zapomnienia… Historia sprawia niespodzianki, które być może kiedyś dostrzegą i sami Rosjanie – poza moim przyjacielem, prof. Aleksandrem Lipatowem i prof. Walentinem Janinem, moim rówieśnikiem z Nowogrodu Wielkiego, dzięki któremu Nowogród odżywa.


6. ZMARTWYCHWSTANIE, CZYLI JAK PRZEGRAŁ IWAN GROŹNY

W roku 1820 przybył do Petersburga Adam Czarnocki, trochę konspirator, trochę badacz, a troszkę i blagier, ukrywający się przed carami i historią pod nazwiskiem Zoriana Dołęgi-Chodakowskiego. Prezentował w druku plan badań etnograficznych nad przeszłością Słowiańszczyzny, ale przesadzamy, podnosząc jego rolę w początkach ludoznawstwa Rosji. Przesadzamy też, dopatrując się odkrywcy twórczości ludowej w gubernii ołonieckiej w zesłanym do tamtejszego Pietrozawodska bracie dekabrysty, Światosławie Rajewskim. O bylinach, a już zwłaszcza o tych nowogrodzkich, nadal nie wiedziano nic.

Do dziś zresztą powiela się o nich wierutne brednie. Poważny historyk polski potrafił napisać w roku 1983, że to unikat nawet w skali folkloru światowego – choć dosłownie obok „laulaje”, bajarze Finlandii, snuli w nieskończoność swe melorecytacje, które miał zebrać Elias Loennrot w epos „Kalevali”, zaś impuls bylinom dały być może sagi Skandynawów, które tak samo przed wiekami powtarzali skaldowie…

W każdym razie to pamięć ludu uchowała dla przyszłości Nowogród Wielki. To nie przypadek. Dawna pamięć ludzka nie wszystko obejmowała, ale to, co wybrała do zapamiętania, utrwalała rzetelnie. O formie pisemnej nawet nie wiedziała. „Pamiętacze” dzielili się na takich z zamiłowania, rzec można – bezinteresownych, i na tych „zawodowych”, którzy ze swej pamięci żyli. Znali ich i opisywali etnografowie XIX wieku. Bracia Grimmowie, którzy notowali baśnie ludowe, niegdyś ze swych bajek znani każdemu dziecku, cytowani przez Cocchiarę – opowiadali o wieśniaczce spod Kassel: „Była to żona niezamożnego hodowcy bydła; nie miała więcej jak pięćdziesiąt lat, była jeszcze pełna wigoru…  Przechowuje ona te stare historie w swej pamięci, a jest to dar, który nie może być udziałem każdego. W opowiadaniu znajduje sama przyjemność i jeśli się tego pragnie, opowiada w taki sposób, że można pisać pod dyktando” (tłum. Wojciech Jekiel).

Mniej trafia mi do przekonania opinia rodaka Cocchiary, Domenico Comparettiego, że fiński laulaja „powtarza i tworzy jednocześnie; zasób pieśni, jakie przechowuje w swej pamięci, traktuje i odczuwa jako skarb należący do wszystkich, a jednocześnie swój własny; to jest jego mądrość, jego wzór, jego maniera i jednocześnie narzędzie przy tworzeniu własnego dzieła”. Otóż ja sądzę, że laulaje, jak i ci, którzy zapamiętali Nowogród, starali się NIE ZMIENIAĆ pamiętanych tekstów – choćby z obawy, że ich słuchacze skorygują. Ich pieśni na pewno ulegały zmianom, ale zasadą było pamiętać, jak je znano…

W 1848 r. etnografowie rosyjscy zawiązali już własne towarzystwo, z planem dokumentowania kultury ludowej, co się za czasów Mikołaja I niezbyt władzy podobało. Ale już za panowania tak tolerancyjnego Aleksandra II, w roku 1859, aresztowano „podejrzanego o rewolucyjną propagandę”, pewnego młodego etnografa, który spisywał pieśni „starowierców”, staro-obrzędowców, w gubernii czernichowskiej. Zesłano tego Pawła Nikołajewicza Rybnikowa nie tak daleko od Petersburga – do gubernii ołonieckiej, do tegoż samego Pietrozawodska, co Rajewskiego, i przydzielono do urzędu gubernatora.

Do „Ołonieckich Wiadomości Gubernialnych” niezastąpieni, miejscowi inteligenci, sympatycy etnografii, nadesłali byliny, zapisane nad morzem Białym i nad Onegą. Przedrukowano niespodziewanie dwie spośród nich. Poruszyło to Rybnikowa. Niewiele miał do roboty; ruszył więc w służbowe podróże po miejscowościach o nazwach nikomu nic nie mówiących, jak Kiże, Pudoga, Kienoziero, Kargopol, tam wyszukiwał i słuchał wiejskich pieśniarzy o nic nikomu nie mówiących nazwiskach, jak Riabinin, Sorokin, Siwcew-Poromski, oni zaś do wtóru monotonnej, spokojnej melodii snuli przy nim i miejscowych słuchaczach niekończące się opowieści o bohaterach starej Rusi, byliny, pieśni i ballady. Rybnikow wszystko skrzętnie zapisywał i w latach 1861 – 67 wszystko skrupulatnie w czterech aż tomach w Petersburgu opublikował.

Nazwano te opowieści „bylinami”, ponieważ takiego bardzo pięknego określenia używało „Słowo o Igorowej drużynie”. Oni sami, bardowie z ołonieckiej gubernii, nazywali je „starinami”, „starinkami”, „starinuszkami”. W ich rzeczywistości, w tej rzeczywistości, którą odtwarzały stariny, występowali wprawdzie kniaziowie, ale nie oni dokonywali nadludzkich czynów i nie oni przeżywali najdziwniejsze przygody. A już kniaziów moskiewskich stariny prawie nie znały, pamięć ludu jakby ich przez czterysta lat, zepchnąwszy na margines, nie legitymizowała. Rozkwitał za to w starinach Nowogród Wielki.

Iskrzył Nowogród karierą Sadki-gęślarza, co to poszedł na brzeg „Ilmenu-jeziora”, by sobie pograć na swych jaworowych gęślikach, aż nagle „woda się zakołysała, ukazał się car morski”, spodobało się „carowi morskiemu” Sadkowe granie i kazał Sadce iść w Nowogród, a tam założyć się z kupcami, że w Ilmenie złowi ryby złotopióre, no i wygrał Sadko zakład, by zostać wielkim, bogatym kupcem. Budził Nowogród podziw historią Waśki Busłajewa, awanturniczego osiłka, co to za silny był na zwykłe życie miejskie, bo „kogo za rękę szarpnie – ręka urwana, po czyją nogę sięgnie, tak i nogi nie ma, za ucho pochwyci – głowy nie stanie”, a miał i „drużynę chrobrą”, z którą popłynął po żonę korabiem dębowym. Wszystko fantazja ubierała w baśń, drobiazgi nawet: na wpadającym do Ilmenu Czarnym Ruczaju, obfitującym w ryby, stawiono młyn i ryb zabrakło, do zawiedzionego wędkarza Nowogrodźca podszedł nieznajomy, kazał mu w Nowogrodzie w niedzielę przekazać pozdrowienia od Czarnego Ruczaju wysokiemu krzepkiemu mężczyźnie w błękitnym, pofałdowanym kaftanie jako „diduszce Ilmenowi-jezioru”. Zrobił wędkarz, jak mu kazano, i przyniósł odpowiedź zgodną ze swoją nadzieją; dość, że nocą „rozigrał się Czarny Ruczaj, rozhulało Ilmen-jezioro: nie było młyna na Czarnym Ruczaju i nigdy nie będzie”. Długo by opowiadać… O carstwie podwodnym, czy o Chotieniu Błudowiczu, o Aloszy Popowiczu i siostrze Brodowiczów, o wodnikach, o tych korabiach dębowych, o bohaterach rzekomo „kijowskiego cyklu”, Dobryni Nikityczu i Ilii Muromcu, ludziach z północy, o rycerzu-rolniku Mikule Sielianinowiczu. Zaginiona republika po dziś dzień fascynuje bogactwem wątków swych starin, układanych hen, w odległej przeszłości, w XII, XIII, XIV wieku…

Niestety, jedynie w baśniach mógł żyć-być Nowogród Wielki. Rosje żywe, Rosja carów i Rosja sowiecka, na wszelki wypadek trzymały się od Nowogrodu Wielkiego z daleka. Nowogrodzkie „latopisy”, kroniki, bezcenne źródło do dziejów całej Rusi, wydano najpóźniej, a i to jeszcze nie wszystkie. Najpóźniej też zabrano się do poszukiwań archeologicznych w Nowogrodzie Wielkim. Dopiero w roku 1929; zaczęto zresztą – od kurhanów w pobliżu miasta, były bardziej interesujące. Człowiek najkompetentniejszy, który życie Nowogrodowi poświęcił, profesor Walentin Ławrientijewicz Janin, podaje w swoim albumie „Nowgorod” datę jeszcze późniejszą – rok 1932, ale to dlatego, że dopiero wtedy zaczęto kopać w najstarszych częściach miasta.

Oznaczały te wykopaliska ukryty, swoisty historiozoficzny zamach stanu. Podjął go bezpartyjny potomek jakiejś zruszczonej polskiej szlachty kresowej, o nazwisku wyraźnie obcym klasowo, Artemij Władimirowicz Arcichowski. Badał był przedtem, 26-letni, kurhany Wiatyczów – też archeologią dość wysokiego ryzyka. Na szczęście, NKWD nie czytywał kroniki Nestora.

Nie miał Arcichowski trzydziestki i mógł nie mieć więcej. Dobrze myślę o ówczesnym środowisku historyków Moskwy – w tamtych latach dość byłoby jednego czujnego telefonu do wydziału nauki KC WKPb i nie skończyłoby się zakazem dalszych robót, czy oddaniem ich komuś słuszniejszemu. Nie obyłoby się bez przesłuchań, może i tortur, a potem nawet i egzekucji w nieznanym miejscu o nieznanej dacie – jak zginęli Babel czy Meyerhold, znacznie mniej winni. Nie ochroniłaby Arcichowskiego twarz petersburskiego inteligenta, ani rosyjska, przedwcześnie posiwiała broda…

Nikt nie zadzwonił do KC. Nowogród osłoniło – zapomnienie. Już nikt nie pamiętał, co to było. Nie wykluczone, że archeologia, „nauka pomocnicza”, z kopaniem w ziemi, zdawała się specjalnością na pół techniczną, politycznie obojętną, trochę na błogosławionym statusie fizyki i matematyki. Jeśli nie pchała się sama w oczy partii z jakimiś niewygodnymi rewelacjami, liczyć mogła na łaskę braku zainteresowania. Arcichowski z tej łaski rósł szybko. W wieku lat 35 jak matematycy był już, choć bezpartyjny!, profesorem. W okresie jakże bezwzględnych czystek!

Wojna zniszczyła Nowogród Wielki niemal doszczętnie; armia radziecka uczyniła z niego twierdzę dla powstrzymania hitlerowskiego naporu, niemieckie pociski druzgotały to, co zostało z resztek dawnego Nowogrodu, niektóre przetrwałe freski rozsypały się w proszek. Przerwa powojenna w wykopaliskach trwała dwuznacznie długo. Aliści w roku 1947 wydano w Moskwie album „Iskusstwo (sztuka) Nowgoroda”. Poprzedził w nim ilustracje szeroki, wnikliwy szkic jakby spoza ZSRR, bez odwołań do Wielkiego Językoznawcy, bez cytatów z klasyków marksizmu, ale i bez nazwiska autora, ze wstępem, podpisanym tylko inicjałami „W.Ł.”. Dowiadujemy się z niego, że materiał do tej pracy autor gromadził sporo już lat przed wojną. Malarstwo, architekturę, rzeźbę, artystyczne tkaniny, ornamenty – omawiał jakby nie czytał wskazań Griekowa. Dziękował za pomoc m.in. Arcichowskiemu, a szczególnie zobowiązany czuł się wobec nieżyjącego już, zmarłego w 1939 r. profesora D.W. Ajnałowa, czyli Dymitra Własiewicza Ajnałowa, „który pierwszy wzbudził w nim zainteresowanie i miłość do sztuki nowogrodzkiej”. Udało mi się rozszyfrować tego „W.Ł.”. Późniejszy życiorys Wiktora Nikitycza Łazariewa (urodzonego w 1897 r.) w Wielikoj Sowietskoj Encikłopiedii” wykazuje znamienną lukę po jego pracy głównego konserwatora w galerii map w latach 1924-36; jakby go po 1936 r. nie było… Potem dopiero w roku 1961 jest kierownikiem katedry historii sztuki zagranicznej. Jego nauczyciel, Ajnałow, należy tu wtrącić, był wielkim petersburskim historykiem sztuki, tłumaczonym na języki zachodnie; wychował dwa pokolenia następców, a na ich szczęście – historycy sztuki też zaznawali po trosze łaski partyjnego niezainteresowania. Choć nie wszyscy, jak mogliśmy zauważyć.

W Nowogrodzie Wielkim na pełną skalę wykopaliska znowu ruszyły – w roku 1951. Szeroką i kompetentną ekspedycją kierował nadal Arcichowski. Po drugiej wojnie światowej, nadal bezpartyjny, wydawał podręczniki. Pozycja międzynarodowa nie broniła przed najgorszym, ale zabezpieczała przed codzienną, dokuczliwą głupotą reżimu. Do KPSS, Komunisticzeskoj Partii Sowietskawo Sajuza, wstąpił już na świeczniku, dla ochrony swych dalszych badań, dopiero w roku 1952. W kolejnym apogeum głupoty reżimu, w terminie najpóźniejszym z możliwych, ale na chwilę przed śmiercią Stalina. Zachowywał się jakby reżimu w ogóle nie było; ówczesny polski student Arcichowskiego, mój przyjaciel, Jerzy Borejsza, wspomina, że poruszał się on w stworzonym wokół siebie kloszu niewidzialnej przestrzeni, całkowicie wyodrębniającej go z otaczającej grozy i niepewności. To nie był „towariszcz”, lecz „gospodin”, „pan”, w świecie „towariszczi”. „Pan” Arcichowski nie mógł nie wiedzieć, co może grozić jemu i jego badaniom, ale po prostu nie raczył tego dostrzegać. Jego sposób bycia zdawał się onieśmielać sługusów systemu. Kogoś innego zapewne by nie uratował, dumniejsi lądowali w łagrach. Najwyraźniej brano go jak matematyków za geniusza-półszaleńca, „jurodiwego”, a takich ponoć w Rosji władze zawsze łagodniej traktowały. Albo wierzono, sądząc po jego zachowaniu, że ktoś wysoko postawiony za nim stoi…

Spadkobierca naukowy Arcichowskiego, Walentin Janin, urodził się z początkiem wykopalisk w Nowogrodzie Wielkim. Urodził się – w mieście dwuznacznej przeszłości. Dwakroć temu miastu zmieniano imię, by tę przeszłość wymazać. Dawna, zgoła wyjątkowa, samodzielna republika miejska, założona przez republikanów z Nowogrodu Wielkiego, Chłynow, podbita po trzystu latach przez carów, też planowo zapominana, kłuła w oczy samą nazwą. Katarzyna Wielka, czyszcząc historię, przemianowała w roku 1780 Chłynow na Wiatkę; półtora stulecia później Wiatkę zrobił w roku 1934 Kirowem – Józef Wissarionowicz. Szczęściem, nikt we właściwych służbach z początkiem lat pięćdziesiątych XX wieku nie kojarzył miejsca urodzin młodego archeologa z tematem badań, do których się on z całą pasją przyłączył.

Tyle, że teraz Nowogród Wielki zaczął do swych badaczy mówić sam. Spełniała się jakaś zdumiewająca sprawiedliwość dziejowa. Jakby historia uznała, że nie wolno zaakceptować pełnej egzekucji wyroku carów, że nie wolno tolerować uroszczeń potęgi przekreślającej wedle swego widzimisię fakty, ludzi i myśli. Nowogród zaczął mówić – 350 lat po swojej śmierci. Jego przeszłość uznała, że do jej upartych, uczciwych badaczy można mieć zaufanie.

Ta przeszłość wiekami chroniła się stopniowo, a niedostrzegalnie, w wilgotną glebę, ta dzięki obfitości wód podskórnych i konserwującemu działaniu kwasów humusowych wiernie przechować miała kolejne zapadające się warstwy. W takim czułym skarbcu nie ulegały one większym zniekształceniom; nie rozłożyło się drewno, ani tkaniny, ani skóry. Przetrwały więc nie tylko monety, ołowiane plomby, pieczęcie, ale i drewniane szachy, przetrwały, co więcej, drewniane instrumenty muzyczne. W sumie – sto kilkadziesiąt tysięcy najrozmaitszych przedmiotów. Obok nich zaś to, co najważniejsze: płaty kory brzozowej, setki i – prawdopodobnie – tysiące płatów kory brzozowej, na których, szczęściem, pisano nie atramentem, lecz kościanymi rylcami, tak, że niemal wszystkie zapisy po ośmiu, sześciu wiekach daje się odczytać (zapisy atramentem wilgoć torfów przez te stulecia rozpuściłaby doszczętnie).

Historycy znali te „bieriesty” już wcześniej; Syberia rosyjska pisała na nich aż po XIX stulecie, zaś w starych rękopisach wspominano, że i w XIV wieku, gdy umiano już produkować papier, pisano jeszcze księgi całe na korze brzozowej, tańszej i łatwo dostępnej. Tym bardziej w epokach wcześniejszych łatwiej było o korę brzozową niż o pergamin, kosztowny i mozolnie wyrabiany ze skóry cielęcej.

Nasz wielki pisarz historyczny, Paweł Jasienica, opowiedział  w swych „Myślach o dawnej Polsce”, jak zetknął się w roku 1953 z Arcichowskim i spytał o pierwsze „bieriesty”:

„Pracując od tak dawna, wyszkolił sobie profesor zespół dobrych i uważnych wykonawców. Pewnego dnia, od razu rano, robotnica zawołała go do siebie i pokazała rzecz, którą właśnie odsłoniła i zostawiła w stanie nietkniętym. Ziemia jest tam w Nowogrodzie ciemna. I oto z tej czerni, wprost z mokrej gleby, patrzyły jaśniejsze >bukwy<, pasmo liter.

– Wrażenie było takie – mówił profesor Arcichowski – jakby po tylu latach pracy, zamiast martwych rzeczy, przemówił nagle do mnie głos żywego człowieka.

Wśród największych ostrożności własnoręcznie wygrzebał z błota zwitek kory. Niosąc go do laboratorium, odcyfrował pierwsze słowo, >szestdijesiat<”.

Na takie zwitki, na ogół wąskie paski kory brzozowej, czasem prostokątne, trafiano i wcześniej, tylko że bywały to zwykłe odpadki stolarskie bądź pływaki do sieci rybackich, dziś jeszcze stosowane. A tu – wreszcie – „gramota”!

Ten siedemnastocentymetrowy kawałek białej kory wręcz Arcichowskiego tchu pozbawił. Wydarzenie zrelacjonował i naoczny świadek, Walentyn Janin, mój czcigodny przyjaciel, wtedy młody doktor. Arcichowski „stał na wymoszczeniu (ulicy), jak na piedestale, z podniesionym palcem, nie mogąc wymówić ani jednego słowa, wydając tylko nieartykułowane dźwięki, po czym rwącym się głosem wymówił: >premia – sto rubli< i wykrztusił na koniec: Na to znalezisko czekałem dwanaście lat” (tłum. Zbigniew Bukowski i Krzysztof Dąbrowski).

Zdarzyło się to 26 lipca 1951 roku, kiedy zdjęto – tu znowu opowieść prof. Janina – pochodzący z XV wieku piąty pokład ulicy Chołopiej (czyli – Niewolniczej). Zwiniętego płata kory Arcichowski nie próbował sam rozprostowywać, bojąc się, że mu się w rękach rozsypie. Dopiero w laboratorium ekspedycji konserwator-fachowiec roztworem gorącej wody z sodą przemył delikatnie korę, równie delikatnie rozprostował i jak skrzydła motyli ułożył między dwie tafelki szkła, by potem otoczyć je gipsowym obrzeżem, chroniąc korę przed utratą wilgoci. Gdyby kora szybko wyschła, pomarszczyłaby się i spękała, co wymagałoby nowych skomplikowanych zabiegów, żeby ten kruchy materiał złożyć we właściwą mozaikę.

Cała zewnętrzna, gładka strona kory była zapisana przeszło pięciuset literami – literami spisu powinności z szeregu wsi, spisu niepełnego zresztą, bo dokument kiedyś podarto i znaleziony płat kory był tylko strzępem pierwotnej całości.

Ziemia potem obdarowywała przejętych archeologów dalszymi prezentami. Sam Arcichowski pisał – „Trudno przedstawić wzruszenie, z jakim archeologowie czytali pierwszy znany w nauce brzozowy dokument: >Pokłon od Griszki k Jesifu. Prisłał Onianja moł (…) Joz jemu otwieczał: nie rieki mi Jesif wariti pieriewary ni na kogo. On prisłał k Fiedosje: wari ty piw, sjedisz na biezatszczinie, nie warisz żita<”. Co oznaczało, że Griszka informuje Jesifa, Józefa, jak to Onianja chciał, by mu Griszka warzył piwo, ale Griszka odmówił, powołując się na zakaz ze strony Józefa. Wtedy Onianja zażądał tego od Fiedosji, Teodozji, która siedziała na biezatszczinie, czyli kawałku ziemi zobowiązującym do wykonywania różnych posług.

Tych słynnych dziś brzozowych „gramot” (stare słowo ruskie, od greckiego „gramma”, pismo) wyszło od tej pory spod ziemi (do chwili, gdy pisałem te słowa) blisko tysiąc, sam dostałem w 1994 r. od prof. Janina kolejny tom z ich tekstami, a znajdują się i dalsze; Janin ocenia, że grunt Nowogrodu kryje ich około dwudziestu tysięcy…

Poprzez te „bieriesty” wychodzi spod ziemi żywy, codzienny Nowogród, ze swoją nawet codzienną mową, różną od ówczesnego języka pisanego; są rachunki, umowy kupieckie i prywatne listy, rzadko w całości, na ogół we fragmentach tylko zachowane, ale autentyczne, żywe, mówiące o wszystkim. Jakaś zdradzana żona z XI wieku skarży się na podłość swego męża, kupiec spisuje towary, inny żąda zwrotu długu. Wielki Nowogród wraca do życia, cienie przeszłości nabierają kształtów i kolorów. Mówią żywi ludzie zamordowanej cywilizacji.

„O ile przekopane wcześniej domostwa były bezimienne, to teraz poznajemy imiona ich właścicieli i mieszkańców, imiona ich sąsiadów. Poznany z odkrytej dopiero co gramoty syn staje się po upływie pewnego czasu ojcem, a potem dziadkiem. Cud takiego zmartwychwstania ludzi, zapomnianych już przed całymi stuleciami, jest czymś oszołamiającym. Myśli człowieka z XII wieku, które przynosi nam tekst brzozowego zapisu – cóż może równać się z takim fenomenem? Chyba tylko światło odległej gwiazdy docierające do nas, gdy sama gwiazda dawno już zgasła…” – te słowa wyszły spod pióra uczonego, rzetelnego i dokładnego badacza każdej kreski nowogrodzkich „gramot”, owego właśnie dziś już sędziwego, w moim wieku, profesora Walentina Janina, który spędził nad nimi kilkadziesiąt lat.

Nowogród przykuwa. Ma dla mnie wymiar wprost symboliczny tytaniczne dzieło dwojga historyków sztuki, Aleksandra i Walentyny Griekowych, którzy w roku 1965 postawili sobie za cel życia zrekonstruowanie fresków zniszczonej doszczętnie cerkwi jednego z nowogrodzkich klasztorów. Freski te, pochodzące z końca XIV wieku, zamalowano w XVIII wieku białą farbą; odkryte i przywrócone oku ludzkiemu w latach 1910-1912 stały się wielką artystyczną sensacją. Ale podczas drugiej wojny światowej armia radziecka obrała sobie klasztor za punkt oporu; przez kilkaset dni walk spadło nań tysiące kul, pocisków artyleryjskich i bomb niemieckich, obracając klasztor w kupę gruzów. I Griekowowie odtwarzają dawne malowidła ścienne, składając je z milionów – dosłownie, z milionów! – ułamków.

Tak dzisiejsi Rosjanie próbują odzyskać swoją przeszłość. Wielkie i ważne to dzieło w historii narodu, któremu tyle przeszłości amputowano. Nie tylko tej późniejszej. Wszystko pozostało sporne. Nawet początek.

Pytanie o narodziny Nowogrodu Wielkiego nie jest kwestią ciekawostki historycznej, jak w przypadku założenia Rzymu. Kimkolwiek byliby Romulus i Remus, Etruskami, Latynami czy Sabinami, lub gdyby ich w ogóle wymyślono, Rzym pozostałby takim samym Rzymem. Inaczej z Nowogrodem Wielkim.

Stefan Bratkowski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

One Response

  1. elkaem 06.08.2012