Stefan Bratkowski: Atlantyda, tak niedaleko (7)

2012-08-12. Dziś o początkach tajemniczej, wykreślonej z pamięci Rosjan republiki, która tymi początkami trafiła do średniowiecznych sag Skandynawów – najlepiej zaświadczających, jak było…


 

7. NORMANOWIE W KRAJU OLBRZYMÓW

Nie będzie nam łatwo poradzić sobie z Normanami w Nowogrodzie Wielkim przed wiekami. Mimo wysiłków tylu historyków nie dadzą się zeń wyrzucić ani przemilczeć. Spróbuję pokazać ich, jakimi byli – a byli nie tylko w Nowogrodzie Wielkim. Bez nich nie mogła narodzić się – Ruś. Nie mogła, bo znamiennym splotem okoliczności wzięła od części ich swe imię.

Ten „podbój” lingwistyczny pozostał jedynym trwałym ich na ziemiach Rusi podbojem. Wcale nie wyjątkowym w swym rodzaju: dumna, do szpiku łacińska Francja nosi imię po germańskich zdobywcach Galii, Frankach. Ci w galijską, czyli po celtycku zepsutą łacinę, w przyszły język francuski, wnieśli zaledwie kilkaset wyrazów, akceptując obce łacinie, celtyckie dźwięki „ą”, „ę” oraz wykluczane u z polszczyzny „an”. Na całą jednak historię Frankowie razem z Wizygotami zaszczepili Francji modę na swe imiona własne –  to z nich są Gilbert, Adolf, Arnoul (Arnulf), Norbert i Odetta…

Tak samo Słowianie z terenu Bułgarii, potomkowie w sporej części „białoruskich” Dregowiczów, Bereziczów, Smoleńców, Strumieńców i innych takich, zachowali dla siebie imię turskiego plemienia, które ich podbiło i które wchłonęli. Zachowali to imię też pewnie dlatego, że budziło grozę (używam przymiotnika „turski”, choć nauka mówi dziś już „turecki”; mnie to stare rozróżnienie między synami dawnego środkowo-azjatyckiego Turanu a Turcją Osmanów i Turkami współczesnymi pozwala nie mylić Czytelnika; myślę, że nauka też o to dbać powinna).

Żadnego „pierwszego państwa” na ziemiach przyszłej Rusi Normanowie nie założyli. Tego zresztą wcale tekst Nestorowej „Powieści dorocznej” nie sugerował; „normaniści” swoją koncepcję po prostu wyinterpretowali. Spróbujmy jednak zastanowić się najpierw, którzy to Normanowie – skoro Normanami, „ludźmi północy”, Nordmanami, Nortmanami, Europa zachodnia nazywała zbójów z Danii i przyszłej Norwegii, też z wielu zresztą plemion. Niektórzy z nich będą pływali na wschód i wojowali ze Słowianami, „Wendami”, by zasłynąć jako „Wendobójcy”. Ale o jakich Normanów mogło chodzić na przyszłej Rusi – czy to byli Normanowie stamtąd? Jeśli nie oni, to kto?

Zmieniłem dość zasadniczo poglądy w tej kwestii od czasu, gdy pisałem pierwszą swą książkę o Nowogrodzie Wielkim. Odkryłem, co każdy mógł odkryć – jeśli tylko uwolnił się od obowiązujących stereotypów.

Otóż Słowiańszczyzna wschodnia nad „swoimi” Normanami – wbrew opinii Moberga, historyka ludu szwedzkiego – pod pewnymi względami wyraźnie górowała, i to we własnym ich, co się okaże, pojęciu. A ci „Normanowie” są dla nas ważnymi świadkami w sprawie… czasu powstania Nowogrodu Wielkiego. Ponieważ Nowogród Wielki trafił poprzez nich do skandynawskiej mitologii. Razem z Konstantynopolem, czyli Bizancjum.

Żeby rozpoznać faktyczne stosunki między ówczesną Skandynawią a słowiańskim Wschodem, warto przestudiować uważnie „Eddę poetycką”, słynny zbiór skandynawskich pieśni o bogach i bohaterach prahistorii ludzi, jak je zapisano na odległej Islandii. W „Eddzie” bogowie skandynawscy, ci lepsi, bo młodsi od  najstarszych Wanów, „Doświadczonych”, Asowie, Azowie w naszej wymowie, przemieszkują nie w mieście, ani na wsi, lecz – w grodzie. Ich gród zaś nosi nazwę, w której tkwi słowiański rdzeń określający warownię z wysokimi wałami, czyli gród, „gard” – „Asgard”. Nie jest to żaden skandynawski „Asborgh”, „Asthorp”, „Asheim” ani „Asby” (wieś Asów). Nie, to Asgard, jak i gród olbrzymów, Utgard.

Wszystkie inne boskie siedziby z “Eddy” mają w nazwach określające je człony ponad wątpliwość germańskie – „Heim”, Alfheim, Wanaheim czy Joetunheim, co oznaczało „siedzibę” raczej, niż opis zabudowy. Asowie natomiast, jak i olbrzymy, zamieszkują – słowiański „gród”. Zbudował go dla nich olbrzym, którego musieli się potem pozbyć. I on, i gród olbrzymów, Utgard, odzwierciedlają wrażenie, jakie odebrali snadź Normanowie na widok nadludzkich w ich pojęciu rozmiarów, wielometrowej wysokości wałów obronnych Nowogrodu.

Cóż mówić o Konstantynopolu!? Dopiero to centrum niedościgłej wtedy cywilizacji i oszałamiającego, przytłaczającego bogactwa, z kopułami kościołów krytymi złotem, da pełną miarę wyobrażeniom o siedzibie bogów. Nic dziwnego, że olbrzym – kowal i kamieniarz – otoczył Asgard wałem nie z ziemi usypanym, lecz zmontowanym z bloków skalnych. Te „grody” uzasadniły wiarę w istnienie olbrzymów, którzy wraz z innymi złymi mocami w dniu Ragnaroeku, zmierzchu bogów i ostatecznej bitwy, staną przeciw bogom i ludziom, by ich zniszczyć. Istnienie tych olbrzymów przesądziło zapewne o śmiertelności normańskich bogów,

których, jak ludzi, a razem z nimi, pochłonie w dniu ostatnim wszechogarniający ogień z rąk olbrzyma Surta – jak łodzie wareskie spalił na Bosforze przerażający „ogień grecki” z dmuchaw bizantyjskich okrętów (dowód, że niektóre mity „Eddy” nawarstwiły się bardzo późno, pod impulsem wydarzeń X wieku).

Gdyby olbrzymom zawdzięczało swe mitologiczne narodziny dopiero Bizancjum o kamiennych murach, nie zaś wcześniej Nowogród, nie byłoby w normańskim imieniu Bizancjum owego słowiańskiego rdzenia. Tymczasem Bizancjum to „Miklagard”, „Wielki gród”. Co więcej, gród Asów łączy z ziemią – tęczowy most, dokładnie tak, jak wyspowe grody Słowian od Połabia aż po Ruś. Ten most aż natrętnie kojarzy się z Wielkim Mostem łączącym obie części Nowogrodu. Lub – z mostami Bizancjum. A i świat ludzi w „Eddzie”, spisanej na Islandii!, mieści się, w odróżnieniu od siedzib Alfów, Wanów i olbrzymów – znowuż – nie w żadnym „Heim”, lecz w „Midgardzie”.

To nie spekulacje. Przyszła Ruś była dla Skandynawów tej epoki „krajem grodów”, bogatym „królestwem grodów”, „Gaerdarike”, „Gaerdar-rike”. Wbrew opinii Ingvara Anderssona, nie była od Normanów biedniejsza – bo cóż by ich do niej ciągnęło? I grody słowiańskie co raz to wyrastają po różnych sagach. Swipdag w „Pieśni o Fjoelswinnie”, poszukując przeznaczonej mu ukochanej Menglady, dociera do grodu, którego strzeże jeden z Thursów, olbrzymów, Fjoelswinn właśnie. Olbrzym Swipdagowi każe wynosić się, „wracać przez trzęsawiska” – a Normanowie swoich osad nigdy na trzęsawiskach nie lokowali. Mury zaś ten gród ma iście bizantyjskie, tak wedle sagi mocarne, że będą stać, póki świat istnieje, z bramą tak „śmiercionośną”, że chytrą sztuką skuje w kajdany każdego śmiałka, co by ją próbował sforsować. Kraty, spadające w bramach Konstantynopola, wprawdzie nie zakuwały w kajdany, ale blokowały dostęp i odcinały nieostrożnemu gościowi drogę ucieczki.

Pierwsze zatem wysokie wały, z jakimi się Skandynawowie zetknęli, sypali Słowianie przyszłej Rusi. Danowie – tak ich tu będę nazywał, by nas nie mylić, ich oryginalnym imieniem, celtyckiego pochodzenia – najwyraźniej dopiero później zetkną się z twierdzami ludów germańskich, o nazwach z własnym, germańskim „borh”, „borgh”, „burg”, powinowatym słowu „Berg”, góra. Oznaczało to zamek bądź obwarowane wzgórze – jak wszędzie to najchętniej budowano. Gdyby Normanowie zobaczyli wcześniej, u początku IX wieku, rzymskie jeszcze mury na Wyspach Brytyjskich czy na ziemiach Franków, ani ich bogowie, ani ród człowieczy nie mieszkaliby w „grodach”. Mieszkaliby w czymś, co zwałoby się słowem wywiedzionym z jakiegoś „castrum”, w jakimś „chester”, albo w germańskim kontynentalnym „stede”, „stad” od łacińskiego „statio”, przystań, kwatera, lub w łacińskiej „villa”, dobrach wiejskich.

Jest oczywiste, że na zbiór „Eddy” składały się całe kolejne pokolenia i różne plemiona Skandynawów. Nie starały się uzgodnić ze sobą swoich wersji legend i mitów, a „młodsi” bogowie jednych szczepów okazywali się silniejsi od starych. Nawet od „Oszronionych Olbrzymów”, których praojciec narodził się z kropli topniejącego lodowca. Niemniej wnioskować możemy, że jacyś najstarsi Normanowie, najpewniej – Danowie, przez jezioro Ładoga (wtedy – Newo) dotarli do ujścia Wołchowa i dalej na południe jeszcze przed końcem VIII wieku. Może nawet we wczesnym VIII wieku, pierwszy raz bowiem wylądowali inni Normanowie na wyspach Brytyjskich pod klasztorem celtyckich zakonników w Lindisfarne w Bernicji, na pograniczu ze Szkocją – w roku 793.

Najstarsza moneta arabska, znaleziona w Szwecji, trafiła tam dzięki Danom, do ich wtedy Skanii. Pochodzi z roku 698. Nie mówi nic o dacie pierwszych kontaktów ze światem Arabów; mogła trafić tu w pół wieku później. Ale mówi, że tych początków nie należy wiązać z Chorezmem, z Azją Środkową, bo tę Arabowie podbili dopiero w pierwszych latach VIII wieku. Pierwszy więc handlował z Północą – Bliski Wschód, nie Azja Centralna. Handlował. To znaczy, przybywali na północ kupcy z arabskiego świata. Bo sami wikingowie na pewno jeszcze w VIII wieku szlaku na Bliski Wschód nie znali. Najpierw musieliby na to poznać – całą przyszłą Ruś.

Kim byli ci Normanowie? Dziś ich łatwiej zidentyfikować. Historycy, a i pisarze historyczni, wyzwalają się powoli ze swych misji dziejowych. Zaczęli się interesować historią, jak była; nie muszą w niej szukać łagodzących okładów na kompleksy teraźniejszości. Od kiedy zaś na grządkach archeologów zaczęła pod ich łopatkami i miotełkami wyrastać przeszłość nie skłamana, od kiedy ziemia zaczęła mówić, wiele tajemnic się wyświetla, wiele rozsypanych strzępów zagadkowej mozaiki układa się w spójny obraz. Bogactwo arabskich dirhemów na Gotlandii i Wyspach Alandzkich wyjaśnia prawie wszystko – i słusznie historycy szwedzcy nie przyznają się do ich wczesnej historii: w szwedzkiej encyklopedii z połowy lat pięćdziesiątych XX wieku na mapie, ukazującej ziemie bałtyckie w końcu pierwszego tysiąclecia, Gotlandię słusznie obwiedziono duńskimi kolorami. To nie żadni Goci, a Danowie, zasiedliwszy Gotlandię i wyspy Alandzkie jako swoiste przystanie myśliwskie, łowili niewolnika po całej zlewni Bałtyku, wyludniając nadmorskie jego ziemie na całe wieki. To oni, wniosek logiczny, „uciskali” słowiańskie i ugrofińskie plemiona północnej przyszłej Rusi. I tylko oni mogli przewieźć swoimi łodziami do mitologii nordyckiej owe słowiańskie „gardy”, tylko od nich mogły one dotrzeć potem z mitami aż na Islandię. Wikingowie zresztą, jak informują runy z pamiątkowych kamieni szwedzkiej, nadmorskiej Upplandii, napadali także jej posady i rabowali. Z Upplandii do mitologii nordyckiej droga byłaby zbyt długa.

Co gnało tych rozbójników po świecie? Niemiecki uczony, Rolf Hachmann, wywiódł w roku 1970, że Goci, których tereny osiedleńcze wyróżniają dzisiejsze nazwy dwóch krain Szwecji, w ogóle przybyli do Szwecji z południa. Możliwe, Słowianie jednak ich znad dolnej Wisły nie wyparli; zachowało się wszak pośród nich Kociewie. Plemię Swewów, które miałoby zrodzić Szwedów, Strabon, geograf z I wieku przed Chr., umieścił jako związek plemion germańskich w okolicy Kotliny Czeskiej! Mogli ujść na północ pod czyimś naporem. Wszystkie plemiona „barbarzyńców” mogły po kilka razy w historii zmieniać miejsca pobytu, wracać, jak ukazuje archeologia, do starych pieleszy, a wszystko to w krainach pokrytych lasami czasem w 90 procentach, gdzie na wyjałowionych, opuszczonych glebach trzebieży po dwudziestu latach wyrastały nowe bory. Na ziemiach przyszłej Polski było miejsce i dla pra-Słowian, których jednak nie porodziły „oszronione olbrzymy”, i dla Gotów, po których mamy także Kock na ich drodze ku południu, i dla Celtów, po których mamy Kraków (co jest  słowiańskim jednak pierwotnym imieniem Wawelu od „karku”, „krku”, z zachodnio-słowiańską przestawką spółgłoski płynnej), i dla Wandali, którzy, jestem pewien, wyruszyli na południe pod swoim bałtyjskim imieniem razem z jakimiś równie dzikimi, tej samej wyobraźni Bałtami (ochrzczonymi tak przez naukę) i Słowianami; ich Genzeryk aż za bardzo patrzy na Gęsiorka, gąsior stada dzikich gęsi to był ktoś. „Wanduo” po litewsku to „woda”…

W „wędrówce ludów” barbarzyńcy szli na ziemie świata cywilizowanego. Musiała jednak tę epokę poprzedzić jakaś eksplozja demograficzna. Niespodziewane zwielokrotnili się mieszkańcy Północy z nadmiarem gęb do żywienia. Kojarzyłbym to ze swoistą, niezauważaną przez historię „rewolucją” wielodzietności, z jakąś przemianą religijno-obyczajową, ze zdobywaniem kobiet i dumną rozrodczością rodu. Przedtem tylu ich nie było, mnożyli się tylko galijscy Celtowie i Germanowie znad granic Imperium Romanum. Przyrost naturalny innych Germanów i Słowian hamowała, jak sądzę, nie tylko wysoka przeciętna śmiertelność. Obyczaje Skandynawów dowodzą, że świadomie dbali, by nie mieć za dużo gęb do karmienia, stąd na Północy utrzymane aż po czasy chrześcijańskie owo „prawo wynoszenia” zbędnych niemowląt i okrutna eliminacja starców.

Kupcami zawołanymi, wbrew oczekiwaniom historyków, Normanowie na pewno nie byli. U „mojego” Landstroema, Bioerna Landstroema, autora mojego ulubionego albumu „Statek. Od jednodrewki do okrętu atomowego”, jest „knorre”, w „Odkrywcach oceanów” Zdzisława Skroka „knara”, statek „krzepki, kupiecki”, frachtowy, dla przewozów handlowych, ale znamy ją tylko z zapisów sag, nie wydobyto „knary” z żadnego grobu, ani z dna rzeki czy zatoki; wiemy tylko z sag, że „Ormen Lange”, Długi Wąż Olafa Tryggvassona, rozbity w roku 1000, miał tak wysokie burty jak „knorre”. Ale też o niczym to nie świadczy, bo saga mogła pochodzić i na pewno pochodziła z czasów o wiele późniejszych.

Państw Normanowie też nigdzie nie zakładali. Na terenie samej Skandynawii bardzo długo nie chcieli się podporządkować najpotężniejszym nawet konungom, w ich świecie państwa pojawiły się najpóźniej. Pierwsi władcy Skandynawii, żeby narzucić przyszłym poddanym władzę państwową, musieli dysponować mocnymi drużynami i być takimi samymi zdobywcami, jak nasi pierwsi Piastowie, wyjątkowi zbóje i niszczyciele, którzy ze swymi Lędzianami, Lędycami, wyludnili kawał przyszłej Polski na parę wieków, mordując i sprzedając jeńców w niewolę.

George Macaulay Trevelyan wnioskował, że „Skandynawowie nie mieli poczucia politycznej jedności narodowej”. Ale Normanowie obywali się bez państw nie dlatego, że nie potrafiliby ich zakładać. Po prostu – nie musieli. W ich fazie społecznego rozwoju nie były im potrzebne. Starczały porozumienia naczelników rodów lub zgrupowanie chętnych na wiking u boku cenionych wodzów, konungów właśnie. „Vik” to był „człowiek, który siada razem (z innymi) na statek” albo który „chroni się u przyjaciół”; jedno z drugim się nie kłóci, w dzisiejszym szwedzkim „ha en vaen i viken” to „mieć oddanego przyjaciela,  mieć kogoś, na kogo można liczyć”. Ten bardzo logiczny źródłosłów bardziej do mnie przemawia niż związek z prowincją, zwaną „Viken”, leżącą wokół fiordu Oslo. Viking dopiero z czasem utożsamił się ze zbójectwem, jak konung z „wodza” zrobił się „władcą”.

Na przyszłej Rusi Normanowie nosili miano „Waregów”. Nestor pisał ich jeszcze „Waręgami”, od „vaering”; dopiero potem się to nosowe „ę” zagubiło, aż Waręgowie stali się wręcz Wariagami. Ale to nie nazwa plemienna. Raczej, powiedziałbym, zawodowa, czy raczej – społeczna, by nie rzec – towarzyska. Jak i „wiking”. Pochodzi być może od „vaer”, przysięgi, lub – jak dzisiaj sądzę – źródłosłów ma ten sam co szwedzkie dziś „vaerja”, bronić, stawać w obronie, pytanie, czy wzajemnej, czy najemnej, ze strony najemników. „Przysięgę” można by kojarzyć z zawarciem braterstwa krwi. Polska tłumaczka i komentatorka „Eddy poetyckiej”, Apolonia Załuska-Stroemberg, opisuje zawarcie takiego braterstwa – otóż nie zbierano krwi obu „braci” do jakiegoś jednego pucharu, by ją z niego potem wychylić, lecz zawierający braterstwo wypowiadali rotę przysięgi i w tym samym czasie nacinali sobie żyły, by zmieszać wzajemnie krew… we wspólnych śladach stóp.

Mogli tak wiązać się ze sobą ruszający na wiking członkowie drużyny, licząc tylko na siebie wzajem, na lojalność i obronę wzajemną w przyszłej kompanii. Mogli, ale nie ze wszystkim musieli. To na konunga, wodza, spadał obowiązek dbałości o swych ludzi i to jemu odpłacali swą lojalnością – jak u Tacyta w opisach świata Germanów. Drużyny nie musiały obejmować całego nawet plemienia, plemion było na terenie rzadko zaludnionej, przyszłej Szwecji dosyć dużo, rozróżnić by je mogła archeologia, gdyby mogła przekopać całą Szwecję, w wiekach IX-XII znacznie cieplejszą niż dzisiaj (teraz też będzie jeszcze cieplej).

Posłowie Franków i Arabów odnajdowali w Danii tamtejszych „królów”, ale to nie byli królowie. Ci konungowie, potężni swymi drużynami, liczyć się musieli z „thingami”, nie tyle wiecami ogółu wolnych, ile radami starszyzny, naczelników rodów danego „herred”; dopiero później – z althingami, „thingami wszystkich”, wszystkich wolnych, w skali Jutlandii, danej wyspy czy danej części duńskiej Skanii (dziś – południowej części Szwecji). Musimy przyjąć, że thingi tych naczelników rodów potrafiły odwieść rodaków od masowego zabijania się wzajem, jako że młodzi wojownicy ginęli rzekomo w proporcji ośmiu na dziesięciu – takiej arytmetyki jednak wcale sagi nie lansują. Pasjonował je, to prawda, mord, walka, zemsta, podstęp i krew, czciły sagi bezlitosnych okrutników i bohaterską śmierć, ale gdyby im wierzyć, nie miałby kto pływać na wiking. Bądźmy ostrożni w tych rachunkach. Gdyby obraz naszego świata odpowiadał treści czołówek w naszych serwisach informacyjnych, w gazetach i telewizjach, żylibyśmy na  wyludnionych pustkach.

Ludzie wolni Skandynawii nie identyfikowali się z terytorium, ani też z niczyją władzą na nim. Żyli w kręgu plemienia, a przede wszystkim – rodu. Utożsamiali się z duszą swego rodu, która wymagała dzielności i pożądała sławy (czytaj – zdobyczy); ruszali w dalekie, szalone wyprawy na zbój, „na wiking” w dobranym, zaprzysiężonym gronie, pod rozkazami właśnie zręcznego, rzutkiego i opromienionego już chwałą sukcesów konunga. Tego jednak wodza ofiarowywało się in extremis bogom, ponieważ bogów nie przebłagałoby się byle czym – najwyraźniej ci bogowie nie mieli za grosz instynktu państwowego… I niczego się ci bogowie nie uczyli w tej mierze: jeszcze w drugiej połowie XI wieku, w Starej Uppsali, na drzewach świętego gaju wieszano podobno dla nich co dziewięć lat po dziewięciu mężczyzn z każdego rodu. Znając normańską i arabską skłonność do przesady w owych czasach, przypuszczam dzisiaj, że wieszano niewolników danego rodu, i nie aż tylu, bo to byłoby rozrzutnością, w którą nie bardzo chce mi się wierzyć. Cóż dziwnego jednak, że waleczni mężowie tak chętnie zaciągali się na zbójeckie wyprawy, żeby mieć kogo składać jako ofiary?

Nie uznawali strachu, pogardzali śmiercią. W „Sadze o Njalu” Skarphedin walczy, odpiera ataki, ciągle uśmiechnięty, choć pali się już na nim ubranie, choć płoną pod nim własne stopy. I znajdą go już martwego, z nogami spalonymi do kolan – z tym samym uśmiechem na twarzy… Tę kulturę po wiekach spotkamy w świecie Indian północnej Ameryki: Indianin uwiązany do pala męczeńskiego śpiewał mimo tortur i złorzeczył oprawcom, z pogardą dla bólu i śmierci. Tu, w świecie nordyckim, inicjację warunkował ból: Odyn, bóg-wojownik, i – wieczny wędrowiec, sam, żeby posiąść „wzrok wewnętrzny”, wszechwiedzę i znajomość run, wyłupił sobie oko i popełnił podwójne samobójstwo: przebił się włócznią i powiesił. Dlatego ofiarę, składaną bogom, jego wzorem wieszano i przebijano włócznią. Stryczek oznaczał w tej kulturze śmierć honorową…

Wojownikami byli Normanowie naprawdę strasznymi: berserkowie, ci, których ukochał Odyn, dosłownie – ludzie o niedźwiedziej skórze (od „bioern”, niedźwiedź, i „serk”, koszula, kaftan), wpadali wśród bitwy na widok przeciwnika w szał i rycząc nieludzko, zrzucali z siebie dla swobody ruchów kolczugi i koszule, gryźli z podniecenia tarcze, półnadzy rzucali się naprzód, walcząc z nadludzką sprawnością i zadając razy o niedźwiedziej sile. Wierzono, że zmienionych wtedy w niedźwiedzie Odyn chroni ich przed ciosami, budzili więc paniczne przerażenie i każdy konung starał się mieć takich w swej drużynie.

Żywy mit wyolbrzymiał ich w oczach przeciwników, rośli w pamięci ludzkiej do miary niemalże wielkoludów i mocarnych wyrwidębów, choć wzrostu byli jak wszyscy w tej epoce mniejszego niż dzisiejszy wzrost średni (największe łoże, odkopane w kurhanie grobowym w Osebergu nad fiordem Oslo, miało długości 165 cm). Zdzisław Skrok cytował opinię frankońskiego poety, Ermolda Nigela: „Są to ludzie zwinni i bystrzy, zręcznie władają bronią, żeglowanie po morzu jest ich rzemiosłem, a okręt mieszkaniem. Mają piękne oblicza, szlachetną postawę i są wielkiego wzrostu”. Wielkiego wzrostu! Mamy dowód, że ledwie ponad 160 cm mierzyli najwyżsi ludzie kontynentu…

Wielu tych morskich włóczęgów przypłacało życie na wodzie reumatyzmem i gruźlicą, zaś próchnica zżerała im zęby. Dla świata byli zawsze młodzi. Nie mogli się zestarzeć, gdyby nawet chcieli. Ich społeczności by im na to nie pozwoliły. Ludzie starzy nie nadawali się do boju ani do polowania, sagi opowiadają o maczugach śmierci, którymi skracano żywot starców. Nie lepiej traktowano i zbędne dzieci, ojciec wrzucał je do rzeki lub do morza, a „prawo wynoszenia” słabych czy niechcianych niemowląt na odludzie, by je zostawić własnemu tam losowi, przetrwało na Islandii aż po wczesny okres chrześcijański i długi czas opierało się zgoła tu niedorzecznej idei miłości rodzicielskiej.

Takich ukształtowała ich – Północ. Zimna i – bezwzględna. Nie pieściła się z nimi, szanowali więc tylko siłę. Ich bogowie nie uczyli moralności. Odyn symbolizował kłótliwość, niepokój i przebiegłość oszusta – on, czarnoksiężnik i poeta, który włóczył się po całej ziemi na swym ośmionogim świętym koniu, w towarzystwie dzikiego wilka i świętych kruków. Ten koń informuje, że Odyn zaczął tak wędrować dopiero w drugiej połowie IX wieku, kiedy Normanowie odkryli jazdę konną…

Chwały i zdobyczy szukali wszędzie. Zasiedlili przecież – Islandię. Było wtedy ciepło, cieplej niż dzisiaj – bez emisji dwutlenku węgla przez nasze elektrownie i kotłownie. Z Islandii dotarli na zieleniejącą wtedy przyrodą Grenlandię; stamtąd i do brzegów Ameryki Północnej; nikt już dzisiaj nie kwestionuje ich zapomnianego pierwszeństwa. Pływali też po wodach mniej przyjaznych, niż wody Atlantyku. Islandzkie sagi opowiadają o „Biarmii”, krainie rozciągającej się od morza Białego, od ujścia Dźwiny Północnej, aż do Peczory; dalej, za nią, był już tylko Jotunheim, świat strachów przyrody i złych czarów. Skaldowie go nie wymyślili. Normanowie tam dopływali naprawdę. W końcu IX wieku żeglarz z północnej Norwegii, Oter (Ottar), opowiedział wielkiemu Alfredowi, angielskiemu królowi Wessexu, jak opłynął Przylądek Północny i dotarł aż do ujścia Dźwiny Północnej; rozmawiał tam z mieszkańcami „Biarmii”, opowiadali mu o swoim kraju i o swoich sąsiadach, ale wiemy odeń tylko tyle, że lud Biarmii był bardzo liczny i mówił tym samym językiem, co Finowie. Gdyby się tam pływało trochę łatwiej, także i ludzie z Biarmii trafiliby jako niewolnicy na targi w Pradze, Verdun, Bagdadzie i Kordobie…

Jeśli się gdzieś Skandynawowie zatrzymywali się dłużej, budowali prymitywne, duże, drewniane chaty z wielkimi izbami, w których mieszkali po kilku, ze swoimi kobietami i niewolnicami.  Opasywali swoje osiedla co najwyżej palisadami, przeplatając pale wikliną; wałów nie sypali, kamiennych murów nie montowali. Bo po co? To ich się bano, chronił ich lęk zagrożonych. Obwiedzione wałami twierdze Danów w Skanii, w Trelleborgu i Aggersborgu, są o wiele późniejsze.

Pozostałości ich domów, uwaga!, z VIII – IX wieku odkopał archeolog rosyjski, Władysław Rawdonikas, w Starej Ładodze, leżącej przy ujściu Wołchowa do jeziora Newo (jezioro Newo dopiero w XIII wieku stanie się jeziorem Ładogą). Byłem przekonany, że nie założyli jej nowogrodzcy Słowienie, lecz jakaś Czudź, jacyś pra-Finowie, którzy przyjęli do siebie stanicę nieznanych wikingów lub dali im nad sobą zapanować, bo substrat słowiański jest późniejszy. Zdawało się wynikać z nazwy Ładogi, że bardzo wcześnie służyła jakiemuś handlowi za punkt przeładunkowy. Ale nabrałem wątpliwości, czy jej imię kojarzyć ze szwedzkim „ladda”, ładować, choć to skojarzenie bardzo ponętne dla imienia portu. Leżała ta „Ładoga” na pograniczu świata lapońskiego, krainy „Łoparów”, zwanych tak po ugrofińsku od „loppu”, „końca świata”, niepodległych i wcale wojowniczych, mądrych „karłów”. I niby dlaczego by tutaj akurat coś przeładowywać? Wtedy? To-ć jeśli już, to raczej u wylotu rzeki Newy do zatoki Fińskiej – z łatwym wyjściem na morze, skoro zimą dałoby się tę Ładogę atakować ze wszystkich możliwych stron. Bliższa mi się widzi ona „ładowi”, zgodzie, pokojowi, uzgodnionemu z Łoparami. Kiedy zamieszkali tu później Skandynawowie, sagi poznały inną jej nazwę, wcale nie pochodzącą od „ladda”. W czasach zaś, gdy płaskodenne łodzie napastników wpływały rzekami na setki kilometrów w głąb lądu, niczego tu przeładowywano. Samodzielnie handlować zacznie dopiero Ładoga – miasto nowogrodzkie.

Stefan Bratkowski

Print Friendly, PDF & Email

4 komentarze

  1. elkaem 2012-08-13
  2. Dąbrowski 2012-08-13
  3. elkaem 2012-08-13
  4. Nowogrodzki 2012-08-14
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com