Stefan Bratkowski: Atlantyda, tak niedaleko (8)19 min czytania

()

2012-08-19. Dziś dowiemy się, kto Szwedów nauczył handlu, jak i do czego wynajmowano Skandynawów, od czego pochodziły różne imiona Słowian w różnych okolicach Europy i Bliskiego Wschodu, wyjaśnimy skutki antropologiczne mordowania mężów, by żenić się z ich żonami, oraz jak Słowianin cesarz-uzurpator zagroził Bizancjum, wreszcie – kto składał ofiary z ludzi, kto budował grody, a kto nie, i dlaczego.


  8. ZABIJALI – I ZAPOMINALI

Sagi Skandynawów nie interesowały się handlem. Handel nie mógł satysfakcjonować duszy rodu. Na przyszłej Rusi szwedzcy Rosowie, Rousowie, jako „Waręgowie”, których tu nigdy nie nazywano „Normanami”, dopiero zeslawizowani, lub co najmniej zadomowieni wśród miejscowych plemion, nauczą się handlować. Wszystko wskazuje, że właśnie tu, nie w krajach zachodnich.

Gdyby słowo dla określenia miejsca, gdzie się handluje, czyli rynku, wikingowie z przyszłej Szwecji zapożyczyli z Zachodu, brzmiałoby ono w języku szwedzkim podobnie do „markt”, „market” czy też „marche”. Tymczasem brzmi ono czysto po słowiańsku – „torg”. Czyli że handlowali wśród Słowian na „targach”. Tak, jak samych Słowian nauczyli tego prawdopodobnie „Torcy”, których też tu poznamy – autentyczni nauczyciele cywilizacji przyszłej Rusi.

Rosowie, ani tym bardziej Danowie czy Swewowie, nie zasiedlili Rusi. Za mało ich było. Rosowie, co ciekawe, nie identyfikowali się ze Swewami („Swear” to liczba mnoga od „Swea”): na setkach tysięcy kilometrów kwadratowych znalazłem jeden „Sweń” koło Briańska (też z nazwą „skandynawską”). „Roskie”, „ruskie” nazwy miejscowe w Rosji i na Rusi skrzętnie wyzbierali skandynawscy badacze, skompletowali ich wszystkiego trzysta kilkadziesiąt, a i to prawdopodobnie w sporej części już nie po Skandynawach, podczas, gdy w jednym tylko hrabstwie Anglii średniowiecza po zaledwie kilkudziesięciu latach duńskiej penetracji i osadnictwa znaleziono więcej, bo ponad 500, nazw osiedli i wsi z samą jedynie końcówką skandynawską „-by”, wieś, osada. Anglię usiały tysiące nazw po Danach. Na Rusi, gdzie Rosowie rozbijali się wespół z tuziemcami pod wspólnym już imieniem Rosów, Rusów, tu, gdzie pod tym samym imieniem „Waręgów”, rozbójników, handlowali przez ponad wiek, zostawili w topografii śladów bardzo niewiele. W starych kronikach Nowogrodu Wielkiego, z którego poszła dalsza ekspansja na południe, w tzw. Pierwszym Latopisie Nowogrodzkim szwedzka historyczka, pani Baeclund, naliczyła imion skandynawskich i poskandynawskich 19 na 800. Ja naliczyłem 22, oprócz trzech imion rdzennych Szwedów, ale to nie zmienia proporcji…

Toponomastykę skandynawską znajdujemy na Rusi dokładnie tam, gdzie znaleźć się powinna. Podobnie zresztą i u nas: w Gdańsku, założonym koło 980 r. z „piastowską” konstrukcją grodu, zapewne dla najemnych Danów, mamy „Holm”, „wysepkę”, na Leniwce, mamy też Gdynię, Oksywie i Rozewie. Mamy też u ujścia Odry Leitholm, „wysepkę najemników”. Obecność zaś Rosów w Nowogrodzie (powiedzmy, wyprzedzając dalsze wywody) pomaga zarazem pośrednio zrozumieć i historię zachodnio-pomorskiego Jomsborga. Sagi nie kłamały – albo Wolin, wielki słowiański port i centrum handlowe, w którego wykopaliskach ślady normańskie są prawie żadne, miał swą najemną drużynę duńskich Normanów, swoisty zakon zbójów „jomskich”, którym zawdzięczał, a przynajmniej chciał zawdzięczać bezpieczeństwo – albo też to Jomsborg miał pilnować Wolina dla Bolesława Chrobrego, „Burizlafra” w sagach, którego władzy Wolin nie lubił i uznać nie chciał. Jeśli to była ochrona, to pomysłu nie tak znowu oryginalnego: tak samo próbowali sobie radzić z normańskim zagrożeniem władcy Franków zachodnich na przełomie IX i X wieku.

Słowem, Rosowie ślady po sobie zostawiali jakby tak, żeby się nikomu nic nie myliło. Chyba, że ktoś bardzo chciał się mylić i za wszelką cenę wyrzucić ich z Rusi. Przyszła Ruś była bardzo przestronna, ale nie pusta. W samej „Powieści dorocznej” Nestora nie brakowało tam różnych plemiennych formacji, zarówno słowiańskich, jak ugro-fińskich, a wojenne demokracje Słowian opisywali historycy bizantyjscy już w VI stuleciu – bo rolę kolejnych, nieokrzesanych i chciwych najeźdźców przejęli po Germanach na półtora wieku różni nasi rozpłodzeni licznie pobratymcy, okresami gorsi od Wandali i Hunów razem wziętych, wśród nich – ci, którzy wyszli z naszych ziem, a dzisiaj tak nienawidzą się wzajem na Bałkanach.

Plemiona germańskie, które żyły stuleciami w niedalekim sąsiedztwie cywilizacji rzymskiej, chciały, zajmując jej ziemie, podtrzymać ją i nawet rozwijać, adaptowały jej prawa i uczyły się jej obyczajów. Nie umieli ci najeźdźcy korzystać z wodociągów, ani z kanalizacji, tym bardziej – utrzymywać je, wjeżdżali konno do pałaców, ale niektórzy po pewnym czasie romanizowali się całkowicie jak Wandale w Północnej Afryce. Słowianie przychodzili z terytoriów znacznie odleglejszych, wabieni tylko bogactwem Imperium. Nie szukali starych mędrców. Jak opisuje Prokopiusz z Cezarei, wyrzynali mężczyzn i brali sobie ich kobiety (stąd, jak się można domyślać, nasi pobratymcy z Południa, ich potomkowie, tak mało są do nas w sensie antropologicznym podobni).

Tych „Sklawinów” osadzało potem cesarstwo całymi plemionami aż w Azji Mniejszej. Tam też po stuleciach jeden z nich, Tomasz, chrześcijanin i wróg ikonoklastów, były towarzysz broni późniejszego cesarza, Michała II, zwykłego żołnierza, wywołał za jego panowania wielki w latach dwudziestych IX wieku bunt jakichś uciśnionych. Patriarcha Antiochii koronował go nawet na cesarza, pewnie za cichym przyzwoleniem, a może i poparciem kalifa Bagdadu… Bunt załamał się dopiero pod murami Bizancjum, cesarstwo uratował sukurs ze strony „chakana” Bułgarów, wtedy jeszcze turskich najeźdźców, którzy nie tak dawno dotarli tu z Wielkiego Stepu Eurazji przez stepy czarnomorskie.

Bardzo to romantyczna historia, ów Słowianin jako cesarz-uzurpator; do tej pory nie opisana. Tak, jak nie mamy żadnej pełnej opowieści o „Sakaliba”, Słowianach, którzy przeszli do służby arabskiej i rozsypali się po całej Afryce Północnej. Ani nawet pełnego wyjaśnienia, dlaczego ich tak nazywano: głoska „k” nie występuje w żadnych obocznościach imienia „Słowian”. To imię z dźwiękiem „k” wywodzimy na ogół od późno-łacińskiego „sclavus”, niewolnik, stąd – rzekomo – „Sclavini”. Ale ci Słowianie akurat sami brali niewolnika – jeśli go w ogóle brali, nie mordując

wszystkiego, co żyło. Słowiańscy niewolnicy pojawią się dopiero później, z końcem VII wieku. Dla handlu przywozili natomiast ze sobą ci wędrowcy z północy zapasy drogocennego i poszukiwanego bursztynu, istnego skarbu owych czasów. Bursztyn zwano w arabskim Egipcie – „sakal”, tak więc wedle mojej hipotezy, którą przedstawiłem w książce „Wiosna Europy”, Słowianie w Afryce, Sakaliba, to byli, jak i Sklawini – ludzie z kraju bursztynu. Przy czym i samo to „sakal” miało najwyraźniej słowiański źródłosłów, bo my z niego mamy przecie nasze własne „szkło” (bursztyn zapewne był i po polsku pierwotnie „szkłem”, po mazursku „skłem”). Słowem, początki dziejów Słowian czekają do dziś na swojego Jasienicę.

Ba, samo ich miano czeka na kogoś, kto nie zawierzy dziedzicznym stereotypom. Bo trudno przyjąć, że od początku wszyscy umiejący porozumieć się po słowiańsku nazywali samych siebie – „Słowianami”. Tak mówili o sobie – i to tylko prawdopodobnie – ci, których opisywał Prokopiusz; tak mówili o sobie ci, których opisywał historyk bizantyjski Teofilakt Simokatta, ci, którzy z gitarami w rękach dali się ująć w roku 594 gwardzistom cesarza Maurycego. A i to lokalizacja ich pieleszy, którą podali, kojarzy się ze „szkłem”, bursztynem, i nie wiadomo, czy nie chcieli, by tak właśnie o nich cesarstwo myślało.

Mianowały same siebie ludźmi „słowa”, czyli tymi, którzy potrafią się ze sobą porozumieć we wspólnym języku – tylko bardzo nieliczne plemiona słowiańskie, i to bardzo odległe od siebie. W każdym przypadku – plemiona, sąsiadujące z ludami innych, całkowicie obcych języków: Słowińcy, jeden ze szczepów Pomorza, żyli obok Bałtów, tak samo – pochodzący być może od nich Słoweńcy nad Adriatykiem. Słowacy, czyli inni „Słoweńcy” (Słowacja w swoim języku, „Slowenczynie”, to „Słoweńsko”), żyją na pograniczu z Madziarami, którzy wyparli Słowian z doliny Panońskiej. Siedziby Słowienów nowogrodzkich, czyli nadilmeńskich, inaczej – Lędzian, leżały na skraju słowiańskiego świata w ugrofińskim otoczeniu. I niewykluczone, że to dzięki ich właśnie późniejszej ekspansji sięgającej aż po cesarstwo bizantyjskie zostaliśmy wszyscy Słowianami. Innych „Słowian” w tej epoce nie było i to ich imię mogło skontaminować się z wcześniejszymi „Sklawinami”, ludźmi z kraju bursztynu. Były setki plemion i rodów, dopiero teraz, w drugiej połowie pierwszego tysiąclecia, różnicującego się języka, ale „Słowianie” to dla tamtych czasów pojęcie naukowe, przeniesione z terminologii późniejszej.

Dla Germanów sąsiadujących ze Słowianami Połabia byli oni zawsze i tylko – Wendami, a i źródła bizantyjskie na podstawie informacji od „Sklawinów” mówiły o plemionach

Słowiańszczyzny zachodniej – „Wenedowie”. Przeniosły na nich może imię wcześniejszych, zapewne iliryjskich Wenedów, ale słowiańscy Wendowie (pytanie, którzy z nich) brali źródło swego imienia najpewniej od – „wody”, skoro w litewskim jest ona „wanduo”, a w słowiańskiej wersji była może – „wąda”, z czego wzięła się pewnie i nasza „Wanda”. Określenie połabskich Słowian jako Wendów tak się mocno w świecie niemieckim utrwaliło, że niemieckie miasta na dawnych ziemiach Wendów, miasta, które wieki później utworzyły Hanzę, nazywano w Niemczech „wendyjskimi”, zaś jeszcze w XIX wieku słynny wynalazca niemiecki, optyk Ernst Abbe, przypisywał swój długi nos „wendyjskiemu” pochodzeniu…

Słowianie umykali zainteresowaniu historyków, ponieważ nie została po ich wędrówkach, zdobyczach i okrucieństwach ani żadna mitologia, ani żadna myśl religijna. Zabijali, bo tak robili wtedy zwycięzcy; i dość prędko zapominali o tym. Zapominali wszędzie – w tradycji wielkopolskiej nie przetrwało nic (literalnie) takiego, co by nawiązywało do rozbójniczej ekspansji plemienia ojców państwa polskiego, których archeologia pozwala dziś rozszyfrować jako Lędyców, Lędzian. Żadnych legend, żadnego nawet samochwalstwa.

Swym ustrojem nie różnili się Słowianie od innych grup etnicznych na tym samym poziomie rozwoju, od wcześniejszych Celtów czy Germanów niemieckich, od równoczesnych i późniejszych Skandynawów. Wszędzie przeistaczali się na ogół w przyszłych „książąt” wodzowie drużyn wojennych – drużyn, które im gwarantowały bogactwo ze zdobyczy na zewnątrz, a posłuch i wpływy w obrębie własnego plemienia.

Jak wszędzie, tak i wśród Słowian wolni ludzie niechętnie rezygnowali z pozycji partnerów wodza, nie dawali się łatwo obrócić w poddanych. Zwłaszcza starszyzna plemienna – naczelnicy rodów – strzegła zazdrośnie, co zrozumiałe, swojej powagi i praw (Klaus Zernack musiał bardzo uważnie selekcjonować materiał źródłowy, by dowody takiego układu stosunków pominąć).

Ci nasi słowiańscy przodkowie też składali ofiary z ludzi, Nestor nie pominie świadectwa o tym. Na Mazowszu ostatnie takie żertwy padły ze strzaskanymi głowami jeszcze w XI wieku, Słowianie – jak wiadomo ze źródeł bizantyjskich – w ślad za zmarłymi swoimi wielmożami, swoimi naczelnikami rodów i wodzami, wyprawiali na tamten świat ich kobiety i niewolników, dokładnie tak, jak potem będą robili i Normanowie. Czy ginęły wtedy niewolnice, czy też wolne kobiety, kochające żony, które decydowały się na śmierć z miłości do swego mężczyzny? Raczej – niewolnice. Źródła bizantyjskie sygnalizują, że w świecie słowiańskim kobiety, jak i w świecie germańskim, wojowały obok mężczyzn. Bliżej niezidentyfikowani Słowianie napadali cesarstwo już w połowie VI wieku, łupili okolice Adrianopola, pobili wojska bizantyjskie, pokolenie później oberwali zdrowo, atakowali znowu, już wespół z Awarami, oblegali w 587 roku tenże Adrianopol, w roku 626 – sam Konstantynopol, na jego przedpolach razem z Awarami ponieśli jednak ciężką klęskę, uciekali w nieładzie; wtedy właśnie Bizantyjczycy odkrywali na pobojowisku zwłoki uzbrojonych dziewczyn. Trudno sobie wyobrazić, by ktoś odważył się takie kobiety zmuszać do śmierci dla towarzystwa mężowi. Gdyby same wybierały śmierć z miłości, byłby to znak jedynie głębi wiary plemiennej; przez ogień pośmiertnego stosu wchodziły w jakiś swój lepszy świat – o którym, niestety, niewiele wiemy…

Przyroda Europy Wschodniej i Środkowej nie uczyła może takiej bezwzględności i okrucieństwa, jak przyroda Północy, źródła więc nie wspominają, by mord specjalnie Słowian podniecał. Nie słyszano, by znajdowali przyjemność, jak Normanowie, w paleniu ognisk na rozpłatanych brzuchach pokonanych i w jedzeniu mięsiwa przy odorze palonych wnętrzności umierającego przeciwnika. Natomiast i nasi przodkowie z pewnością nie wyżywali się jedynie w grze na gęślach i w zabawach świątecznych.  Byli najeźdźcami dzikszymi od Wizygotów i Ostrogotów, może trochę mniej krwiożerczymi, niż później Normanowie. Zabijali i grabili pod patronatem odrobinę mniej piekielnych bogów – ale i chrześcijańscy Piastowie polscy wyłupywali oczy rywalom z kręgu własnych braci i kuzynów, tak samo jak pobożni chrześcijańscy, dzielnicowi „królowie” Anglii na długo przed najazdami duńskich Normanów odrąbywali konkurentom z własnej rodziny jeszcze i ręce. Dawna terminologia, mówiąca o epokach dzikości i barbarzyństwa, nie była może ścisła naukowo, ale trafiała w sedno charakteru tych kultur. Obrona ich ze strony tak wybitnego uczonego jak Karol Modzelewski, odkrywającego ich cywilizacje, chroni je przed pogardą historiografii, ale dzikości i barbarzyństwa nie kasuje.

Wedle źródeł bizantyjskich wojowali Słowianie fachowo. Szybko zresztą uczyli się zarówno techniki, jak wojennej myśli bizantyjskiej. A to ponoć Maurycjusz, cesarz, w VI wieku zapisał, że osłaniali się swoistym murem z mocnych tarcz, długich do samych stóp. Dzięki zaś nauczycielom ze Wschodu, przez całe wieki przemilczanym, nie lubianym pospołu i przez Związek Radziecki, i przez jego więźnia, Lwa Gumilowa – Słowianie przyszłej Rusi kuli też miecze nie ustępujące frankońskim, lekkie, niezwykłej ostrości. Zaimponowali nimi Normanom, którzy sami potrafili przecie istne cudeńka wykuwać ze zdobycznego złota.

Nie wszędzie Słowianie budowali grody. Wprawdzie przyszła Ruś wedle jej historyków była wszędzie jedna i ta sama, niemniej w rzeczywistości składała się na nią bogata mozaika odrębnych kultur. Mówiła bardzo bliskimi sobie językami, a raczej – różnymi co najwyżej dialektami jednego języka. Umiała się nim porozumieć z krewniakami osiadłymi hen, na dalekim greckim Południu. Jednakże jej plemiona, czasem tak różne od siebie, utrzymywały i bardzo różne stosunki z obcymi sąsiadami, nie mówiąc już o sobie wzajem.

Słowianie grodów nie budowali dla jakichś nawyków, dla jakiegoś rytuału czy swoistej „mody” kulturowej, ani z odmienności kultur, którą w „Powieści dorocznej” tak szeroko i dokładnie opisywał Nestor, pierwszy – można go tak określić – socjolog i etnolog Rusi. W pierwszej połowie pierwszego tysiąclecia przed Chrystusem przodkowie bądź też inni poprzednicy Słowian na terenie Wielkopolski budowali na wyspach drewniano-ziemne warownie, połączone z lądem długimi mostami bądź groblami. Wtedy i półtora tysiąca lat później decydowała ta sama prosta logika: kto nie miał przeciw komu budować grodów, ten ich nie budował. To była dobrze rozumiana konieczność.

Pierwotnych osadników słowiańskich na ziemiach późniejszej Rusi południowej, czyli dzisiejszej Ukrainy, zwali ich współcześni „Antami”. Ci tutaj grodów nie budowali; ich wsie, typowe ulicówki, rozciągnięte w długie węże, bez śladu elementów obronnych, dowodzą, że nic im nie groziło – i snadź długi czas przed nadejściem Gotów, przed wędrówką ludów, chronieni puszczami, czuli się bezpieczni. Najwidoczniej ze Scytami, koczownikami stepów Eurazji, łączyły ich dobre stosunki. Koczownicy być może stepami czarnomorskimi zdążali tam, gdzie było co zdobywać i rabować. I może faktycznym źródłosłowem dla imienia Antów, oryginalnie może Łantów, Łętów, była „lęda”, wytrzebiona z lasu ziemia orna? Może z „ę”, wymawianym jak francuskie „an”, tak tępione w dzisiejszej polszczyźnie, od tej słowiańskiej „lędy” są germańskie „landy”, nie mające bliskich dźwiękiem wyrazów bliskoznacznych?

Wedle domysłu Walentyna Janina, wielkiego archeologa, kierującego wykopaliskami w Nowogrodzie Wielkim, Polanie przynieśli na Ruś południową swoje imię później, i to być może z ziem przyszłej Wielkopolski. Wydawali się ci Polanie walecznym historykom dawnej Rosji nie dość bohaterscy. Lew Gumilow (znawca jednak Wielkiego Stepu, nie historii Rusi), więzień łagrów stalinowskich, mimo to, jak wiemy, prawowierny wyznawca idei Iwana Groźnego, imię Polan wyprowadzał nie z agrarnego, lecz z agresywnego źródłosłowu. Od „polewat’”, polować. Z tego na Rusi miał się wieść dawny „Polanica”, bohater. Ale „polować” poszło od „łowów”, zaś wojowniczą genealogię słowa obalają właśnie te ulicówki, ów topograficzny kształt wczesnych wsi Polan, odziedziczony po ich przodkach. Dziś, kiedy wiemy o zdobywczości Lędyców, o zburzonych grodach zachodniej i północnej Wielkopolski, mamy prawo dopuszczać podejrzenie, że jacyś wielkopolscy Polanie znad Gopła mogli w IX wieku wynieść się z zasięgu agresji Lędyców.

Nigdy zresztą swych obyczajów to plemię nie zmieni – kiedy już w czasach chrześcijańskich Włodzimierz Wielki będzie stawiał całe linie grodów obronnych, blokujących koczownikom stepowym dostęp do ziem Polan, obsadę wojskową dla tych grodów ściągnie z ziem Północy. Syn Polanina, „Polanicz”, Polanic, Polanica, jako „bohater” mógł się pojawić dopiero później.

W „Pierwszych wiekach historii Rusi” Borys Rybakow przypominał, że legendę o założeniu Kijowa zapisały na grubo przed Nestorem źródła… armeńskie, i to już w VIII wieku. Nasz prof. Witold Hensel w swojej „Słowiańszczyźnie średniowiecznej” datował zalążki Kijowa na tenże dopiero wiek VIII lub na początek IX stulecia. Snadź nie bardzo ufał archeologii tak ideologicznej jak Rybakowa, ani jego początkom Kijowa w latach 560 – 630, choć było wiadomo, że cały ten rejon, rejon żyznych, łatwo plonujących gleb, zasiedlili Słowianie bardzo dawno. Polanie mogli być późniejszymi, ostatnimi już przybyszami, którzy zmieszani z miejscowymi, zostawili potomnym wspólne imię z importu. Bredni o założeniu Kijowa przez Rusów, „wikingów”, nie ma nawet co zwalczać.

Ci, co poszli stąd wcześniej na południe, poszli raczej z własną bronią. Tutejsi Polanie, jak i wielkopolscy, też umieli wytapiać żelazo i kuć miecze. I myślę, że prawdopodobnie również ich miano wywodzi się od „pła”, jeziora, ponieważ o rudy błotne i łąkowe łatwiej było w mokrym otoczeniu, nad Łybedzią i Poczajną, a nazwa ich stolicy ma wręcz źródło… kuźnicze, kowalskie.

Pierwszy Latopis Nowogrodzki młodszej redakcji wyjaśniał pochodzenie nazwy Kijowa w sposób właściwy średniowiecznym erudytom: był „car” Rim i stąd poszła nazwa Rzymu, potem tak samo Antioch dał nazwę Antiochii, Seleukos – Seleukii, Aleksander Wielki – Aleksandrii, zaś od Kija poszło imię Kijowa. Tymczasem „Kijew” zaświadcza jedynie, jak się po wiekach różnicowały języki Słowian: jego źródłosłów był ten sam, co naszych Kujaw, słowiański, a na przełomie IX i X wieku al-Dżajhani wyraźnie określił państwo Kijowa – „Kujawią”! Kronikarz saski, biskup Thietmar, w XI wieku – Kujewą. Na późniejszym wzgórzu grodowym, dziś – Górze Starokijowskiej, gdzie łatwiej było o mocny dmuch w miechach, panował „kuj”, czyli młot. Młot kowalski, oczywiście. I było to wzgórze „kujów”, a więc kuźników, kowali, ówczesnych czarodziejów, szamanów i lekarzy.

Legendę o trzech braciach, Kiju, Chorywie i Szczeku, co to założyli miasto, zrodziły późniejsze próby tłumaczenia tutejszych nazw miejscowych – Kijowa, Chorywicy i Szczekowicy. Chorywica była pierwotnie podobno „Chworywicą”, od „chworyj”, chory, snadź tam wynoszono chorych, albo żeby „doszli” albo żeby tam zdrowieli. Ale może tu mieścili swe siedziby napływowi Chorwaci, których drużyny, nie zidentyfikowane przez historiografię, spotkamy w wyprawach na południe? Szczekowica, poniżej wzgórza starokijowskiego, a powyżej Kisielówki i Podola, swym wypukłym wzniesieniem kojarzyła się ze „szczeką”, policzkiem.

Żadna z legend nie kreuje Polan zdobywcami. Przeciwnie, Nestor, autor lub, jeśli kto chce, redaktor (ale, jak się tu przekonamy, samodzielny myśliciel) „Powieści dorocznej” – prawda, że Polanin – wręcz idealizuje ich, są dlań ludem pokojowym i łagodnym. Nawet, jeśli przesadził, to archeologia zaświadczyła, że nie za bardzo. Polanie zatem kijowscy nie zakładali żadnego ogólnoruskiego „państwa kijowskiego”, nikogo nie podbijali; to wiecznie ktoś im się z takimi ambicjami narzucał, aż po historyków nam współczesnych. Kijów był stolicą wielkiego handlu na szlaku wschód-zachód. I będzie nią przez wieki.

Stefan Bratkowski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.