Wiatraki don Kichota były ułudą, wrogiem urojonym, przeciwnikiem trudnym jak smok świętego Jerzego. Zawracanie Wisły kijem i walka z wiatrakami osiadły w języku na równych prawach syzyfowej pracy. Don Kichot był żądny chwały miał jednak pewne trudności z rozpoznaniem wroga. Etos rycerski kazał mu walczyć, by zdobyć nagrodę (tę samą co zawsze). W legendzie o świętym Jerzym historia milczy, czy główny bohater skonsumował nagrodę, czy ocalił dziewicę pro publico bono.
Zawracanie Wisły kijem może sugerować potrzebę nawodnienia terenów suchych, by osiągnąć lepsze plony, chociaż idiom sugeruje zaledwie niski poziom skuteczności. Wiatraki don Kichota przeszły do języka w podobnym znaczeniu, i tu również nie mówimy o celu, stwierdzamy tylko, że nasze wysiłki skazane są na porażkę. Cel jest wszelako ważny ponieważ strategia pozyskiwania korzyści seksualnych i strategia nawadniania muszą być z natury rzeczy różne, aczkolwiek w praktyce może się okazać, że nawodnienie i uzyskanie z pól obfitych plonów może być lepszą strategią pozyskiwania korzyści seksualnych niż poszukiwanie okazji uratowania księżniczki przed apetytem smoka. Taka strategia prawdopodobnie nie zaowocuje pozyskaniem księżniczki, ale lepszy rydz niż nic.
Żyjemy w świecie mitów, więc z dwojga złego wolimy walczyć z wiatrakami niż zawracać Wisłę kijem, gdyż walka z wiatrakami przydaje nam szlachetności, zaś zawracanie Wisły kijem zalatuje ciężką harówą. Intelektualna pornografia wymaga długiego wstępu, więc najpierw wyobrażamy sobie naszą bohaterską szlachetność, a dopiero potem przechodzimy do eksperymentów myślowych z księżniczką w naszym łóżku. Ergo, wiatraki zazwyczaj wygrywają, a co więcej, wyborny narrator opowiadający o swoim uratowaniu wirtualnej dziewicy i to w dodatku pro publico bono, może pozyskać realną partnerkę do własnej konsumpcji. Wszystko wskazuje na to, że na przestrzeni dziejów dobre opowieści czyniły cuda, osobliwie w dziedzinie pozyskiwania korzyści seksualnych.
Ciekawa sprawa z wodą. W legendzie o świętym Jerzym gniazdo smoka było przy źródle, alternatywnego źródła wody nie było i okoliczna ludność musiała wywabić smoka, żeby zaczerpnąć wody. Dawano mu w tym celu do pożarcia owcę, a kiedy brakowało owiec wabikiem zastępczym była wybrana losowo młoda dziewczyna. Smoki lubią owce i dobrze już rozwinięte dziewczyny. Chłopcy ani dorośli mężczyźni nie wchodzą w rachubę, staruszków smok by nie dotknął. W tym przypadku owiec zabrakło, dziewice były dostępne, kreatywna narracja kazała, by los padł na księżniczkę. Zabójstwo smoka i ratowanie księżniczki okazało się mieć charakter instrumentalny, gdyż bohater był akurat chrześcijaninem i wzbudzając podziw swoją dzielnością sprowadził okoliczną ludność na drogę zbawienia wiecznego.
Świętego Jerzego pamiętamy głównie ze względu na tego smoka, tylko bardzo uparci szukają głębiej, znajdując, że ponoć żył taki człowiek, chociaż nie jest pewne czy urodził się w Anglii czy w Turcji, ale urodził się z matki Żydówki, która owdowiawszy została syjonistką i osadniczką w Palestynie. Mały święty Jerzy wychował się jako osadnik na terenach okupowanych, będąc młodzieńcem zaciągnął się do rzymskich legionów, gdzie odznaczył się dzielnością i w pewnym momencie był nawet w straży przybocznej Dioklecjana, kiedy ten odwiedzał Nikomedię. W 303 roku Dioklecjan wydał edykt zezwalający na prześladowania chrześcijan, a zezwolenie władz na prześladowanie jakiejś grupy budzi nieodmiennie niekłamaną radość tej części ludności, która do tej grupy nie należy. Jako legionista święty Jerzy musiał jednak prześladować służbowo, a ponieważ był już sam chrześcijaninem, więc robił to niechętnie, a w końcu całkiem się zbuntował, co zostało potraktowane jako odmowa wykonania polecenia służbowego i zakończyło się torturami i męczeńską śmiercią. (Grób świętego Jerzego znajduje się w Izraelu w mieście Lod, nieopodal lotniska Ben Guriona, Ben Gurion urodził się w Polsce, więc mamy tu również polskie akcenty.)
Zacząłem pisać ten tekst zastanawiając się nad pytaniem, czy walka z prześladowaniami grup, które władze pozwalają prześladować, należy do czynności, które zakwalifikowalibyśmy jako zawracanie Wisły kijem, czy raczej jako walkę z wiatrakami? Tradycyjnie wybieram wiatraki. Walkę z wiatrakami praktykowałem zawsze bardzo ostrożnie, ponieważ wiatraki są realne i zderzenie z ramieniem wiatraka może zakończyć się śmiercią męczeńską za sprawę, która w obliczu nieuchronnej obecności mitu, może jednak okazać się sprawą wątpliwą.
Bezpośrednim pretekstem do tych rozważań był komentarz Natana Gurfinkiela, który pod moim artykułem w Studio Opinii polemizował z uwagą czytelniczki podpisanej An-Ka. Gurfinkel pisał:
@An-Ka:
Byłbym ostrożny z klasyfikowaniem jakiejś religii (w tym przypadku islamu) jako nieumiarkowanej z definicji.
W czasach panowania Maurów w Hiszpanii trzy główne zamieszkujące ją społeczności: chrześcijańska, żydowska i muzułmańska, żyły w przykładnej harmonii. Kalifat bagdadzki był ośrodkiem promieniowania nauki i kultury.
To chrześcijaństwo było wówczas religią skrajnie nietolerancyjną i prozelityczną. Wystarczy wspomnieć o wyprawach krzyżowych, inkwizycji, wypędzeniu Żydów z Hiszpanii i wojnach religijnych.
Dziś pałeczkę w tej sztafecie przejął islam i łatwo ulegamy pokusie islamofobii – zbyt łatwo.
Uczciwie mówiąc, jako socjolog, nie mam najmniejszych oporów przed klasyfikowaniem religii jako „nieumiarkowanej z definicji”. Religie monoteistyczne, głoszące prozelityzm, są systemami totalitarnymi, zmierzającymi do podbicia świata. Znamiona braku umiarkowania widzimy w ich pismach świętych, instytucjach i praktykach. Umiarkowanie (samoograniczenie) pojawia się albo w wyniku nacisków wewnętrznych, albo zostaje narzucone przemocą z zewnątrz. (Oświecenie było dla chrześcijaństwa tym, czym parlamentarna socjaldemokracja dla kapitalizmu, zbawieniem od własnego nieumiarkowania.)
Kiedy myślimy o religii Azteków, czy o trudnościach rozmontowania systemu kastowego w Indiach, wolno nam mówić o nieumiarkowaniu religii (nawoływać do umiarkowania i naciskać, by system prawny zmuszał do umiarkowania).
Kiedy widzę słowo Maur, w mojej głowie pojawiają się całe strofy „Konrada Wallenroda” oraz zawarta w tym poemacie pochwała zdrady etosu rycerskiego, czyli użycia broni bakteriologicznej. Poemat naszego wieszcza mógłby być hymnem anarchistów i terrorystów, gloryfikuje bowiem zasadę cel uświęca środki, nawet kiedy będące owymi środkami czyny podłe nie prowadzą do celu i są tylko powodem do szatańskiego śmiechu.
Czy możemy mówić o jakimś okresie harmonii współżycia z mniejszościami religijnymi w społecznościach muzułmańskich? Wiemy o wkładzie uczonych pochodzenia żydowskiego do nauki arabskiej, z pewnością były okresy kiedy również zwykły człowiek nie żył przez cały czas w lęku. Przyzwolenie na prześladowania bywało zawieszane, głównie przez lokalnych władców, którzy czasem wysyłali wojsko, żeby przywołać do porządku nadmiernie podburzone tłumy.
Znany muzułmański poeta i prawnik, Abu Iszak, pisał o Żydach na krótko przed masakrą Żydów w Granadzie w 1066 r., w której rozwścieczeni muzułmanie zamordowali, jak się ocenia, pięć tysięcy Żydów:
Sprowadźcie ich z powrotem w dół, na ich miejsce i
Przywróćcie ich do najbardziej nędznej pozycji.
Dawniej kręcili się wokół nas w łachmanach
Okryci pogardą, upokorzeniem i szyderstwem.
Grzebali w stertach łajna, żeby znaleźć kawałek brudnej szmaty,
By służyła jako całun dla człowieka przy pogrzebie…
Nie uważajcie zabicia ich z zdradę.
Nie, byłoby zdradą pozostawienie ich, by szydzili.
(Martin Gilbert, In Ishmael’s House: A History of Jews in Muslim Lands, 2010, Yale University Press, pg. 49. Cytuję za artykułem Michaela Lumisha The Palestinan-Arab national sport)
To jeszcze jest okres rozkwitu muzułmańskiego renesansu i Grenada, podobnie jak Damaszek czy Aleppo, to samo centrum arabskiej kultury, gdzie owa „harmonia” była najbardziej wzorowa.
W tym samym artykule Michaela Lumisha znajdujemy inny cytat z rzetelnej historycznej pracy o sytuacji Żydów w krajach arabskich. Lumish przytacza fragment książki S. D. Goiteina Jews and Arabs: Their Contacts Through the Ages, o arabskiej tradycji kamienowania Żydów:
W minionych czasach – a w odległych miejscach także dzisiaj – było powszechnym zjawiskiem, że muzułmańscy chłopcy obrzucali kamieniami Żydów. Kiedy Turcy podbili Jemen w 1872 r., naczelny rabin Stambułu wyprawił posłannika do Jemenu, żeby dowiedział się, jakie zażalenia mają jemeńscy Żydzi wobec swoich sąsiadów. Wiele mówi to, że pierwszą rzeczą, na jaką poskarżyli się, było nękanie przez chłopców. Kiedy jednak gubernator turecki poprosił zgromadzenie miejscowych notabli, by położyli kres temu utrapieniu, wstał stary doktor prawa muzułmańskiego i wyjaśnił, że rzucanie kamieniami w Żydów jest prastarym obyczajem (po arabsku: Ada) i dlatego zabronienie tego jest bezprawne.
Nawiasem mówiąc, urodzony w 1908 roku brat mojej matki, Zbigniew Jasiński, opisywał mi jak na początku lat 20. w Poznaniu harcerze byli zachęcani do wybijania szyb w żydowskich domach, kiedy opowiedział o tym w domu wybuchła awantura, która, wraz całym łańcuchem innych wydarzeń, prawdopodobnie wiele lat później wpłynęła również i na moje życie. (Stanowcze reakcje nie muszą być zawracaniem w Wisły kijem, ani walką z wiatrakami.) Wracając jednak do owej harmonii; o Majmonidesie mamy znacznie więcej wiarogodnych informacji niż o świętym Jerzym, ale nauczanie Koranu nie ustało ani na moment i słowa o potrzebie nienawiści do niewiernych, a w szczególności do najpodlejszych z podłych, do potomków małp i świń, przekazywane były przez duchownych wszystkich odmian islamu i z pokolenia na pokolenie w rodzinach.
W cytowanym artykule Lumish zastanawia się nad pytaniem, dlaczego palestyńscy chłopcy tak kochają obrzucanie Żydów kamieniami. Ten artykuł nosi tytuł „Narodowy sport Arabów palestyńskich”. Arabowie w Egipcie, Syrii, Iraku, Arabii Saudyjskiej, Jemenie, Maroko są poszkodowani, gdyż nie ma tam już żadnych Żydów i trwająca XIV wieków tradycja została zniszczona. Odżywa w europejskiej diasporze i coraz częściej słyszymy o incydentach ataków na Żydów w europejskich miastach.
Oczywiście w Europie nie ma mowy o otwartym przyzwoleniu władz na prześladowania. To przyzwolenie jest w pewnym sensie pośrednie, wyrażone w obawie, aby nazwanie rzeczy po imieniu nie zostało uznane za islamofobię. Kiedy lęk przed ściganiem i ukaraniem przestępcy powoduje zawieszenie prawa, mamy do czynienia z pośrednim przyzwoleniem.
Przez dziesięciolecia w wielu krajach katolickich nie ścigano księży za seksualne molestowanie dzieci, przede wszystkim nie dając wiary ofiarom, odmawiając wszczęcia postępowania prokuratorskiego, pozwalając na dalszą pracę z dziećmi księżom karnie przenoszonym przez kurię z parafii do parafii. W pewnym sensie było to przyzwolenie władz na prześladowania dzieci przez kapłanów. Z szacunku dla religii? Z chęci uniknięcia zrażenia politycznego sojusznika? Z obawy przed posądzeniem o jakieś antyreligijne fobie?
Nazywanie rzeczy po imieniu było zawsze walką z wiatrakami, piewcy wspaniałych szat cesarza są zawsze w większości. Świeckie państwo ma gwarantować swobodę wyznania, nie może z szacunku dla religii gwarantować swobody popełniania przestępstw, nawet jeśli są one popełniane pod osłoną świątyni, czy z poduszczenia kapłanów. Tę walkę z wiatrakami trzeba prowadzić, nawet jeśli chwilami wydaje się być zawracaniem Wisły kijem. Poecie wydawało się, że święty Jerzy był szczęśliwy, bo z rycerskiego siodła mógł dokładnie ocenić siłę i ruchy smoka. Nie zgadzam się, smoka nie było, a lamenty pana Cogito nie zastąpią przynajmniej próby przeciwstawiania się przyzwoleniu na prześladowania Żydów, chrześcijan, homoseksualistów, czy muzułmanów, jeśli kiedyś byliby prześladowani, jak i tych muzułmanów, którzy faktycznie są straszliwe prześladowani już dziś przez innych muzułmanów.
Andrzej Koraszewski


Narzekając jednak na nieumiarkowania religii, myślę, że pomniejszamy konieczność szczególnej odpowiedzialności w postępowaniu tam gdzie religia spełnia tak ważną rolę, a my o tym wiemy, że łatwo prowadzić będzie do ekstremalizacji zachowań i przyzwolenia przemocy społecznej. To zaś niekoniecznie oznacza, że przemoc ta jest immanentnie z religią związana, natomiast jest związana z postępowaniem stron. To oczywiście uwaga wobec współczesnej polityki natomiast a propos smoków, nie wiedziałem, że poszło o źródełko, i to na pustyni, lecz tak czy inaczej podkładanie księżniczek wypchanych siarką to nie najlepszy sposób na budowę dobrosąsiedzkich stosunków, chyba, że smoczek desperat jakiś, albo lękliwy.
Czytam: „Świeckie państwo ma gwarantować swobodę wyznania”.
Ale też powinno gwarantować „swobodę wypowiedzi”. Dlatego Muzułmanin powinien móc wątpić na łamach prasy i w telewizji w boskość Jezusa, a Chrześcijanin móc przekonywać, że koszerne zabijanie zwierząt to barbarzyństwo. Ateista powinien móc w majestacie prawa wątpić w niepokalane poczęcie i sens zbawiania świata przez mękę na krzyżu. Zamiast tego mamy prawo zakazujące obrażania uczuć religijnych.
Tak też to było pomyślane przez ojców amerykańskiej konstytucji, która nadal jest wzorem prawnych zabezpieczeń swobody wyznania i swobody słowa. (W praktyce okazuje się, że nawet tak dobre zabezpieczenia nie gwarantują idealnej praktyki, w szczególności w czasach postmodernizmu i przewagi narracji nad literą prawa.)
nie mamy swobody wypowiedzi ? to już prędzej nie mamy swobody rozumienia 🙂
@PK A tu już wkraczamy na teren, z którym zupełnie sobie nie radzę. Od dłuższego czasu toczy się dyskusja o wolnej woli. Główne głosy to Sam Harris i Daniel Dennett. Obaj zgodziliby się, że z tą swoboda rozumienia jest gigantyczny problem i że stwierdzenie o jej braku jest prawdziwe. Zarówno nigdy nie posiadamy pełnej informacji, a co gorsza, nasz mózg przetwarza otrzymywane informacje w sposób tendencyjny. Muszę przyznać, że trochę się w tym wszystkim gubię, bo o ile idea wolnej woli jaką nam zafundowali teolodzy jest do kitu, to dalej mamy problemy z tym, co nazywamy poczytalnością (czyli zdolnością rozpoznania czynu i zdolnością wyboru) i z inteligencją, rozumianą jako zdolność uczenia się. Większość jest zdeterminowana przez dziedzictwo, inkulturację i przypadek, ale te właśnie czynniki wyznaczają szerokość marginesu samodzielnego myślenia. Kto wie, może najwięcej powiedzą nam kiedyś na ten temat ludzie zajmujący się sztuczną inteligencją. Tak czy inaczej, swobody rozumowania nie da się zadekretować, a swobodę słowa i swobodę wyznania tak.
@ AK trochę mi się ta wymiana zdań skomplikowała, komentarze wydaje mi się nie pojawiły się u mnie chronologicznie, stąd odpowiadałem najpierw na późniejszy.
Ma Pan rację – na ile ja sobie radzę, a także nie za bardzo, pojęcie wolnej woli jako przyczyny działania, w tym mentalnego, we współczesnej psychologii istotnie się komplikuje przede wszystkim ze względu na przyznanie znacznie większej niż uprzednio roli procesom obecnym w głębszych warstwach pod- a w zasadzie nieświadomości, jeszcze nie tak dawno, w psychologii behawioralnej na przykład, nie posądzanych np. o możliwość dochodzenia do rozwiązań problemowych czy o złożone przewidywania. Taka podświadomość pozostaje jednak adaptywna, adresowana także transparentnie poprzez warstwę świadomości, a więc nie zawsze mamy możność odnieść się refleksyjnie, do otrzymywanych bodźców. Stąd można by ryzykować model, że staje się nasza podświadomość medium w pewnym sensie ponad personalnym, jako, że kształtowanym społecznie. Świadomość ograniczmy zwykle do czubka tej konstrukcji i poważny kłopot z wolną wolą gotowy. Przez myśl mi przychodzi z przymrużeniem oka (warunkowanie historyczne..), że tak to z wolnej woli coś na kształt uświadomionej (oby) konieczności pozostanie, czyli nadzieja obrony wolności w przypadku/złożoności systemu.
Pięknie powiedziane z tą ciszą w bańce.
to nie tyle uwaga do powyższej wymiany zdań, co do naszej tendencji, naturalnej ?, do ulegania zamkniętym systemom światopoglądów, stąd potrzeba takich gwarancji o których piszecie, a gdzie są lepsze, gdzie gorsze to w tym sensie rzecz wtórna, parafrazując tezy artykułu poniżej w języku jego autora:
are we in the same bubble ? close enough ?
http://edge.org/conversation/latitudes-of-acceptance
I tu właśnie problem z tym, co nazywamy metodą naukową i zdolnością samodzielnego myślenia. Czy umiemy wyjść poza ową „bubble”? Metoda naukowa polega na ustawicznych próbach falsyfikacji hipotez. Czyli jak to obrazowo ujął Konrad Lorenz, prawdziwy uczony na śniadanie próbuje rozbić na kawałki swoją najbardziej ukochaną hipotezę. Zwłoka w publikacji głównego dzieła Darwina wynikała z niepewności, czy zrobił już wszystko by znaleźć dziurę w swoim rozumowaniu. Oczywiście w naukach społecznych jest to trudniejsze, prawie niemożliwe, wymaga dodatkowego dystansu do własnych wyników dociekań. Postmodernizm cofa nas w średniowiecze zamkniętych kręgów (zamiast murów stanowych podziałów i koligacji mamy kręgi towarzyskie z konformizmem narracji). Można od tego uciec płacąc myto, którym jest częsta utrata przyjaciół szukających wspólnoty we wspólnym wznoszeniu haseł. Wszystkie te „bubbles” cechuje duże natężenie wewnętrznych szumów, które zbyt często wydają się muzyką. Wybrałem pustelnię, żeby słyszeć ciszę.
tu akurat raczej jest kwestia gradacji:
przykłady podawane przez Ciebie (mogę?) nie powinny być kwalifikowane jako obrażanie (przez Prawo), natomiast np. teksty ” wyznawcy X to huje,a prorok (wstawić odpowiednio) to palant”, już były by durnym obrażaniem..
Diabeł – jak zwykle – w szczególach…
@PK
Swobody wypowiedzi nie mamy- to, co piszemy w internecie mogłoby być łatwo podciągnięte pod „obrazę uczuć religijnych”. Na szczęście polskie Władze są na tyle rozsądne, żeby nie wdawać się w bijatykę z Internautami, ale furtka prawna, żeby zamknąć Autora notki, Bogdana Misia, czy Hazelharda…
„furtka prawna jest” 🙂
dość daleko odeszliśmy, ja pierwotnie odniosłem się do niekonieczności przyznawania a priori racji związywania istoty religii z przemocą, choć pewnie, że to staje się prawdopodobnym skutkiem zamkniętego światopoglądu.
Ad. swoboda wypowiedzi w internecie, szczególnie się nie znam – odnieśliście się do amerykańskiego prawodawstwa, tylko sądzę, że w Stanach obraźliwy komentarz pod artykułem np. w sieciowym Washington Post mógłby wyrządzić redakcji więcej szkody prawnej niż u nas, ciągle mnie dziwi, że u nas sobie jeżdżą ad persona, widać można i np. Wyborcza się nie boi, że w sumie na jej łamach to się dzieje. Z KC, że akurat studiuję urywki: dobra osobiste – wolność, cześć, swoboda sumienia itd., można żądać zaniechania działania i usunięcia jego skutków chyba, że nie jest ono bezprawne (art.23, art.24), przy czym art. 6 – zasada Onus probandi, chroni także nas, takie podciąganie jak piszesz jest chyba dość nieoczywiste. No ale jak ktoś mnie nazwie np. idiotą to mu pewnie potrafię udowodnić, że się uprzejmie pomylił, dotąd nie nazwał, przynajmniej nic o tym nie wiem.
Nie ma Pan racji. Internetowe trolle równie swobodnie hasają w Stanach Zjednoczonych czy UK jak u nas. Ani obraza osobista, ani podżeganie do nienawiści nie powoduje sankcji prawnych, a z oskarżenia prywatnego bardzo trudno wygrać. Z tego też powodu wiele serwerów islamistycznych (otwarcie nawołujących do mordowania) znajduje się na terenie USA. Jeśli idzie o zwykłych nienawistników, to wystarczy poczytać blog Sama Harrisa, który czasem cytuje listy od czytelników. (Komentarze zamknął, żeby nie babrać się w tym wszystkim). Richard Dawkins kilkakrotnie zmieniał regulamin i tworzył różne zabezpieczenia. W dużych redakcjach typu „Guardian” mamy po prostu roje trolli i nienawistników, co przekreśla cały sens „debaty publicznej” w sieci. U nas Radek Sikorski próbował wojować przynajmniej ze skrajnym antysemityzmem w sieci. Przegrał z kretesem. (Wyborcza pod niektórymi artykułami zamyka możliwość komentowania.)
a ja sądziłem, że tamtejsze gazety lepiej dbają o własne strony komentarzy z obawy przed kłopotem prawnym ze strony potencjalnych poszkodowanych, no ale jeżeli można tam sobie bezkarnie siać nienawiść z dedykowanego serwera, to rzeczywiście, planetarny klops.
Nie za bardzo zostałem zrozumiany. Chodziło mi o to, że ściganie prawne za wytykanie nielogiczności Ewangelii jest także aktem agresji ze strony rządowej.
Cała sprawa obrazy uczuć religijnych jest klasycznym prawnym bublem. Ponieważ nie można dokładnie zdefiniować czynu karalnego,otwiera się puszkę z pandorą w pomidorach do zabawy dla rozochoconych autorów listów do prokuratur z opisem ich podejrzeń o możliwość popełnienia przestępstwa, zabaw prokuratorów i dylematów sędziów.
Oczywiście. Problem w tym, że każdy bubel prawny daje możliwość takiej interpretacji, że niewinny człowiek zostaje skazany. Dlatego dziwię się, że media temu problemowi tak mało czasu poświęcają.
i ja znalazłem furtę – Papieska Komisja Biblijna odnosząc się do dosłowności przekazu wprowadza pojęcie „sensu pełniejszego” definiowanego jako głębsze znaczenie tekstu, zamierzone przez Boga ale nie dość jasno wyrażone przez pisarza natchnionego. Czyż wytykanie nielogiczności nie będzie poszukiwaniem głębszego znaczenia, POSZUKIWANIEM – nie posadzą.