2012-07-31. Publikujemy długi, ale pasjonujący i sensacyjny tyleż dla Rosjan, co i dla Polaków szkic prof. Aleksandra Lipatowa o tym, co z historią Rusi i Rosji potrafiła robić tzw. „polityka historyczna”. Dowiemy się, jak zrobiono legendę i świętego z Aleksandra Newskiego – który nie był Newski, a służył Mongołom i pacyfikował dla nich Ruś…
(zrezygnowaliśmy z odsyłaczy naukowych i wtrętu na bieżące tematy polskie; zmieniliśmy rosyjskie wersje imion rosyjskich postaci historycznych na znane polskiemu czytelnikowi wersje polskie)
„Przeszłość Rosji jest piękna – pouczał w czasach Mikołaja I najbliższy mu dygnitarz Jego Cesarskiej Mości, szef żandarmów hrabia A. Benckendorf – jej teraźniejszość wspaniała, a przyszłość przekracza to wszystko, co tylko może sobie przedstawić ludzka wyobraźnia. Oto kąt widzenia, pod którym musi być opisywana przez Rosjanina historia Rosji”.
Takie wytyczne polityki historycznej władzy rosyjskiej są absolutnie jasne i nie wymagają komentarza (jak to jeszcze trzysta lat temu stwierdził w „Nowych Atenach” ksiądz B. Chmielowski: „koń jaki jest każdy widzi”.) Pozostaje tylko podziwiać tych historyków rosyjskich, jak na przykład W.O. Kluczewskiego, którzy zajmowali się historią, opierając się na źródłach, nie zaś na wytycznych ideologii oficjalnej (…).
Z oczywistych powodów ograniczam się do materiałów rosyjskiej historii i rosyjskiej polityki historycznej, co może jednak ilustrować nie tylko rosyjski stan rzeczy.
Ostatnimi czasy w świecie naukowym i poza nim dużo się mówi o „polityce historycznej”. Spojrzenie na tę kwestię poprzez pryzmat ujmowania historii uwidacznia ten oczywisty fakt, że owa nowa zbitka językowa w gruncie rzeczy służy do określenia starej jak świat praktyki wykorzystywania historii dla kształtowania określonych postaw i poglądów. Z pragmatycznego punktu widzenia intencja ta jest całkiem zrozumiała, natomiast z logicznego punktu widzenia zdroworozsądkowe wątpliwości wywołuje sam sposób jej realizowania, gdyż w praktyce to się odbywa nie według lekcji historii jako takiej, lecz wedle wizji światopoglądowych lub doktryn politycznych, uznanych za słuszne i potrzebne w konkretnych państwach i w konkretnym czasie. Stąd równolegle w różnych kulturach narodowych ta sama historia Rodzinnej Europy (że posłużę się formułą Czesława Miłosza) uzyskuje różne naświetlenia, z których równolegle wyprowadza się różne wnioski dla każdej kolejnej teraźniejszości narodowej. Stąd również w obrębie każdej kultury narodowej kolejne reinterpretacje swojej własnej historii. Każda służy wysnuwaniu kolejnych, aktualnie potrzebnych wniosków, by kształtować kolejne wzorce dla kolejnej współczesności. Ilustruje to kazus Aleksandra Newskiego.
1. Rządy księcia według historii a dzieje kultu świętego i wzorca bohatera narodowego według „polityki historycznej” Cerkwi i państwa
Reprodukowany do dziś oficjalny obraz rosyjskiej historii i państwowotwórczy panteon jej wzorcowych postaci sięga początków samodzierżawia moskiewskiego. Konsekwentnie kontynuowano go, pogłębiano i aktualizowano w czasach Imperium Petersburskiego, totalitaryzmu radzieckiego oraz obecnej Federacji Rosyjskiej. Wymownym przykładem takiego ciągu wynajdywania i umacniania wirtualnej tradycji jest wykreowanie księcia nowogrodzkiego, zaś od 1252 roku – wielkiego księcia Moskwy, Aleksandra Jarosławicza (1220-1263), na świętego przez cerkiew i na standardowego bohatera narodowego przez państwo.
To był ten sam książę, który po zawarciu separatystycznego pokoju z Batu-chanem już nie brał udziału w walce Rusi z najeźdźcą: uzyskując poparcie Ordy walczył on z wrogim jej Zachodem. Został nie tylko wiernym poddanym i oddanym sojusznikiem Mongołów, lecz przeobraził się w krewniaka chana. W czasie, gdy Ruś krwawiła, tracąc swoją suwerenność, Aleksander wraz z synem chana, Sartakiem, nadcinając sobie dłonie, rytualnie zmieszali swoją krew i stali się pobratymcami.
W oficjalnej historii Aleksander Jarosławicz niezmiennie występuje jako Aleksander Newski. Rzekomo już współcześni nadali mu ten przydomek po mającym być słynnym zwycięstwie nad Szwedami w „wielkiej bitwie” (1240 r.) nad rzeką Newą. Tymczasem Nowogrodzki Pierwszy Latopis wspomina o tym zajściu jako nieznacznej potyczce przygranicznej, w której poległo 20 wojów nowogrodzkich, sam zaś oddział szwedzki po wycofaniu się na przeciwległy brzeg ostatecznie rozbiły miejscowe, ugrofińskie plemiona sojuszników Nowogrodu. W kronikach skandynawskich o tej „wiekopomnej bitwie” w ogóle brak jakichkolwiek wzmianek, natomiast Zarys historii ZSRR czasów stalinowskich patetycznie zaświadcza: „Zwycięstwo ruskiego narodu pod przywództwem naszego wielkiego przodka Aleksandra Newskiego już w XIII w. zapobiegło utracie przez Ruś wybrzeża Zatoki Fińskiej i pełnej blokadzie ekonomicznej”. „Ruski naród” tu został utożsamiony z „młodszą drużyną” (czyli podrzędną częścią przybocznego oddziału nowogrodzkiego księcia), zaś sam ów dowódca lokalny – z przywódcą całego wojska ruskiego, które jako takie naonczas w ogóle nie istniało. Ziemie plemion ugrofińskich – utożsamiono z ziemiami całej Rusi, potyczkę przygraniczną – z bitewnym zwycięstwem. Co do zapobieżenia „utracie” wybrzeża, to ono jakoś nie kojarzy się z całą dalszą dobrze znaną ekspansją Szwedów w tej części Bałtyku i z warownymi, zakładanymi tu ich grodami (właśnie na miejscu jednego z nich, wbrew rozpowszechnionej wersji – bynajmniej nie na pustkowiu, Piotr I założył stolicę imperium). Natomiast przydomek „Newski” został przydzielony Aleksandrowi Jarosławiczowi co najmniej dwa i pół wieku później – w końcu XV stulecia, kiedy wraz z wybiciem się na niepodległość zaczęło się wytwarzanie założycielskich i państwowotwórczych mitów Moskowii.
Również w czasach późniejszych i w sposób podobny – na fali mitologicznych zapotrzebowań i w nurcie ideologii mitotwórczej – zostało wyolbrzymione zwycięskie starcie młodego księcia nowogrodzkiego z Krzyżakami zimą 1242 r. na lodach jeziora Pejpus (Czudskoje oziero). O tej „decydującej bitwie”, „zjednoczonych siłach” Rusi, zwycięstwie ratującym narody „od niemieckiej niewoli”, o zagrożeniu „katolicyzacją Rusi, ostatecznym jej rozpadem, utratą narodowej samoistności” ani słowa w Latopisie Ipatjewskim, wzmianka dopiero o bitwie w Latopisie Ławrientjewskim i tylko dwa zdania w Pskowskim Pierwszym Latopisie. Nieco obszerniej o wyprawie swego księcia pisze tylko Nowogrodzki Pierwszy Latopis. I to nie dziwi, jeżeli uwzględnić, jakie to zagrożenie dla całej Rusi stanowiły siły Zakonu Inflanckiego, które liczyły razem około 100 rycerzy. Natomiast owe „zjednoczone siły Rusi” to tylko oddziały pskowskie i nowogrodzkie, które – jak podaje tenże Nowogrodzki Latopis Pierwszy – rabowały osady plemion bałtyckich (przodków Łotyszy i Estończyków). Na ich to ziemi ojczystej (która była kością niezgody pomiędzy Rusią pskowsko-nowogrodzką a jej krzyżackimi i szwedzkimi sąsiadami), nie zaś na ziemi ruskiej odbywało się starcie, w którym Bałtowie wraz z Niemcami walczyli przeciwko ruskim przybyszom (przy tym nie wspomina się, że u boku Aleksandra biła się konnica Batu-chana, z którym uprzednio był zawarł Aleksander układ separatystyczny, gdy tymczasem inni ruscy książęta jednoczyli się w wojnie z mongolskim najeźdźcą). Niemiecka kronika rymowana z końca XIII w. podaje, że w tym starciu na lodzie („liedowoje poboiszcze”) padło 20 rycerzy, a 6 trafiło do niewoli. Natomiast według Latopisu Nowogrodzkiego Pierwszego „Czudzi [w tym przypadku Bałtów – A.L.] padła ilość niezliczona, a Niemców 400, a 50 wzięto do niewoli i przyprowadzono do Nowogrodu” (przypuszcza się, że latopisarz podaje ogólną liczbę wojów, zaś autor kroniki uwzględnia tylko rycerzy). A więc to, co w oficjalnej wersji historii kwalifikuje się jako wspólna walka narodu ruskiego przeciwko zagrożeniu ze strony Zachodu, w rzeczywistości stanowiło walkę Nowogrodu i Pskowa z Krzyżakami i Szwedami o strefy wpływów na Wybrzeżu Bałtyckim. Przy tym Psków nieraz występował również jako rywal Nowogrodu oraz sojusznik rycerzy zakonnych.
Późniejszy – tworzony wraz z formowaniem się Państwa Moskiewskiego – mit pierwszych wiekopomnych zwycięstw nad „wrogim Zachodem” stał się jednym ze stereotypowych składników państwowotwórczej „polityki historycznej” – żywotnej i po dziś dzień aktualizowanej. Ówczesne wojny Moskwy z Rzeczpospolitą, Inflantami i Szwecją oraz współpowiązana z tym bezpośrednia konfrontacja rosyjskiego prawosławia z „łacinnikami” wymagały – zgodnie z duchem czasu, właściwych mu wyobrażeń i sposobów myślenia – podwójnego oparcia dopiero wytwarzanej idei państwowo-narodowej: historycznego i wyznaniowego. Stąd po Aleksandrze Jarosławiczu najpierw (za czasów Iwana III) powstaje jego „drugie wcielenie” – „Aleksander Newski”, zaś za Iwana IV Groźnego „wcielenie trzecie” – „święty Aleksander”. Wyniesienia na ołtarze dokonano w 1547 r., w bezpośrednim związku ze sporządzeniem w kręgu metropolity Makarego Księgi pokoleniowej (stiepiennaja kniga). Była to historia ziem ruskich przedstawiona według pokoleń dynastów rodu Ruryka – pocztu poprzedników pierwszego koronowanego cara Rosji. O prawdę historyczną przy tym nie dbano, gdyż pracy tej przyświecał zupełnie inny cel główny: niezaprzeczalne udokumentowanie świętości największych poprzedników Najjaśniejszego Pana Wszechrosji.
Co mogło stanowić uzasadnienie świętości Aleksandra Jarosławicza – protoplasty dynastów moskiewskich?
Krwawe czyny w obronie systemu mongolskiego wobec chrześcijan, którzy przeciwko temu systemowi masowo powstawali? Okrucieństwa wobec nielojalnych jego rozkazom chrześcijan? Zaświadczona przez latopisarzy opinia, że „nie po Bożemu” rządzi ten książę na Rusi chrześcijańskiej?
Jako jedyne logiczne uzasadnienie pozostają starcia z aktualnymi przeciwnikami Iwana Groźnego w teraźniejszości oraz – co z tym się wiąże – nieprzejednany antyokcydentalizm zarówno w sferze polityki (realizowanej w przeszłości według wytycznych Ordy), jak i w stosunku do papieskiego Rzymu. Rzecz znamienna: w tym samym czasie zwolennicy walki z Ordą, stawiając sobie za cel naczelny odzyskanie suwerenności (co było równoznaczne z uwolnieniem się spod władzy cywilizacyjnie obcej chrześcijaństwu), nawiązywali kontakty z Cesarstwem i kurią papieską oraz prowadzili bezpośrednie pertraktacje z zachodnimi sąsiadami. Natomiast Aleksander Jarosławicz (którego postawę polityczną oficjalna historiografia dotychczas ocenia jako jedynie słuszną w zaistniałych warunkach), uznając bezwarunkowo zwierzchnictwo swojego „cara” (jak wówczas na Rusi nazywano wielkiego chana), posłusznie realizował jego wolę. Serwilizm tego wielkiego księcia uzyskał wymiary absolutnej służalczości zarówno osobistej (poniżające godność chrześcijanina poddanie się chańskim – pogańskim – ceremoniałom dworskim i obyczajom poddańczym), jak politycznej (bezwzględne i okrutne tłumienie licznych powstań ruskich, zaświadczone przez latopisarzy bestialstwa wobec niepokornych, twarde utrzymywanie Rusi w karbach narzuconego przez Ordę systemu).
Nastroje niepodległościowe i powiązane z nimi nadzieje na wsparcie Zachodu cechowały nie tylko część elit, ale również patrycjat miejski. Szczególnie wpływowe i silne prozachodnie ugrupowania działały w republikach Nowogrodu i Pskowa. W takiej to sytuacji przybyło do wielkiego księcia poselstwo papieża Innocentego IV. Przedstawione propozycje nawiązania kontaktów dla zawarcia układu przeciwko Ordzie spotkało się z ostrą ripostą chrześcijańskiego wykonawcy woli chana.
Wbrew narastającym na Rusi chrześcijańskiej nastrojom antymongolskim Aleksander konsekwentnie przestrzegał poddańczej, narzuconej przez Ordę – antyzachodniej – opcji orientalnej. Po dziś dzień w historiografii oficjalnej pokutuje traktowanie tego księcia jako obrońcy Rusi przed niemieckim i papieskim zagrożeniem, co nie opiera się na żadnej bazie źródłowej i odzwierciedla tylko następujące po sobie, aktualne potrzeby ideologii i kolejne wymagania propagandy.
Zakon rycerski (Kawalerów Mieczowych – przyp. redakcji) nie miał, a ze względu na swoje możliwości – choćby nawet i chciał – nie mógł mieć, żadnych planów zagarnięcia całej Rusi, żadnej wizji „Drang nach Osten” i „katolicyzacją Rusi” (jak to się utrzymuje w niedawno wydanej przez Instytut Historii Rosyjskiej Akademii Nauk Historii Rosji). Chodziło tylko i wyłącznie o ziemie ludów bałtyckich i pskowsko-nowogrodzkie sąsiedztwo. A więc był to konflikt Zakonu nie z całą Rusią księstw dzielnicowych, lecz z republikami Pskowa i Nowogrodu. Stąd Aleksander Jarosławicz – naówczas książę nowogrodzki – bronił bynajmniej nie „całej Rusi” (która akurat wtedy przeżywała nie rzekome „zagrożenie niemieckie”, tylko realny najazd mongolski), lecz granic zachodnich Nowogrodu i Pskowa oraz ich strefy wpływów na wschodnim wybrzeżu Bałtyku. I nie zdarzyło się tu za sprawą młodego księcia nic zasadniczo nowego: on tylko kontynuował politykę, którą uprawiano już przed nim i która będzie dalej uprawiana po nim.
Kolejny aspekt nadal żywotnego mitu „wrogiego Zachodu” to Cesarstwo i Papiestwo.
Otóż zarówno pierwsze, jak i drugie były zainteresowane we wspólnej z Rusią walce przeciw zagrożeniu ze strony obcej dla całej Europy cywilizacji – wojowniczej i zaborczej. Tak było za czasów mongolskich, tak będzie za czasów potęgi tureckiej. O tym mówią zachowane dokumenty minionych czasów. Natomiast – oprócz domniemanych przypuszczeń i wysuwanych na ich podstawie nie znoszących sprzeciwu sądów arbitralnych – nie ma żadnych świadectw źródłowych o rzekomych pokusach czy wręcz złowieszczych planach ówczesnego Rzymu względem ruskiej Cerkwi prawosławnej, tak samo jak nie ma żadnych świadectw o działaniach Aleksandra na rzecz prawosławia.
Historycznym paradoksem, uznano za świętego i szerzono kult kogoś, kto zalał krwią Ruś chrześcijańską, tę, co nie chciała być Rusią Mongolską. Trwało to nadal i po czasach krwawego Iwana Groźnego. Aktualizowany zgodnie z kolejnymi potrzebami ideologii kult był wykorzystywany przez system, który upaństwowił Cerkiew. Zapatrzony w Zachód Piotr I rozkazał (1724 r.) przenieść prochy Aleksandra do nowej stolicy Imperium. Cześć, oddawaną zaprzysięgłemu antyokcydentaliście ze strony zdeklarowanego (i zawziętego) okcydentalisty, tłumaczy potrzeba umotywowania (a poprzez to utrwalenia w umysłach) „historycznego prawa” do ziem nadbałtyckich, świeżo zdobytych na Szwecji. Stąd dzień zawarcia pokoju ze zwyciężonym sąsiadem (30. 08. 1721 r.) pierwszy imperator Rosji ogłasza świętem czci dla Aleksandra Newskiego. Stąd bierze początek jego kult już jako orędownika Ziemi Ruskiej, rozpowszechniany i utrwalany w świadomości powszechnej przez „politykę historyczną” państwa i upaństwowionej już Cerkwi. Tak powstaje czwarte wcielenie Aleksandra Jarosławicza. W tym to nurcie kolejnej rozbudowy mitu powstaje w Petersburgu Ławra Aleksandro-Newska – jeden z czterech największych klasztorów w Imperium. Tuż po śmierci (1725 r.) Piotra I wdowa po nim – cesarzowa Katarzyna I (z domu Marta Skowrońska) ustanawia order świętego Aleksandra Newskiego jako najwyższe odznaczenie za zasługi wojenne. Decyzją córki Piotra, cesarzowej Elżbiety, w 1753 r. zrobiono srebrny relikwiarz, w którym złożono doczesne szczątki księcia, i wprowadzono w obrządek cerkiewny coroczną procesję od Katedry Kazańskiej do klasztoru pod wezwaniem św. Aleksandra Newskiego. W początkach XX w. imię świętego księcia otrzymała ulica i zaułek pierwszej stolicy Rosji.
Po przewrocie bolszewickim (1917 r.) panteon standardowych postaci z czasów caratu, zamieniony na poczet bohaterów rewolucyjnych, zaczyna jednak (poczynając od lat 30.) wracać do łask totalitarnego reżimu. Wiąże się to z ideologicznymi potrzebami stalinowskiej koncepcji wielkomocarstwowej. Internacjonalistyczne hasła rewolucji światowej zamienia się na patriotyczne hasła narodowo-imperialnego socjalizmu i na tej to fali „klasowo obcy” książę znów zostaje postawiony na piedestale jako mąż opatrznościowy, bohaterski obrońca kraju i pogromca „niemieckich psich rycerzy” (1). W 1938 r. S. Eisenstein nakręcił głośny w świecie film „Aleksander Newski”. Jego scenariusz (o pierwotnym tytule „Ruś”) zgodnie z wymaganiami ideologii lat 30., odnowionej przez Stalina, przedstawiał tradycyjną wersję historii oficjalnej, a w jej świetle tradycyjny wizerunek głównego bohatera i tradycyjną wersję jego zasług. Wybitny historyk M.N. Tichomirow określił fabułę filmową jako „szyderstwo z historii”. Wstrzymany w związku z nagłym zbliżeniem pozycji towarzysza Stalina i parteigenosse Hitlera film wszedł na ekrany dopiero w 1941 r. po napaści Niemiec nazistowskich na ZSRR i został odznaczony Nagrodą Stalinowską. W 1942 r. ustanowiono order Aleksandra Newskiego jako jedno z najwyższych odznaczeń wojskowych.
Następnie z ofiar, zebranych przez Rosyjską Cerkiew Prawosławną, wyprodukowano samoloty eskadry lotniczej imienia tego księcia. W czasach powojennych odsłonięto kilka jego pomników, a jego imię nadano ulicom różnych miast.
Oficjalny kult Aleksandra Newskiego egzystuje po dziś dzień. Utrwalany w świadomości zbiorowej poprzez wiedzę podręcznikową, kontynuowany stereotypami historiografii oficjalnej, rozpowszechniany przez ideologię państwowotwórczą, nadal kształtuje on pamięć społeczną i ukierunkowuje świadomość narodową. Natomiast jako przykład przejawu pozaoficjalnej – niezależnej i swobodnej myśli historycznej, narodowej i obywatelskiej – można przytoczyć sąd następujący: „Hańbą rosyjskiej świadomości historycznej, rosyjskiej historycznej pamięci jest to, że Aleksander Newski stał się niepodważalnym pojęciem dumy narodowej, stał się fetyszem, stał się sztandarem nie sekty, nie partii, a tego samego narodu, którego los historyczny on okrutnie zniekształcił… Aleksander Newski bez cienia wątpliwości był zdrajcą narodowym”.
Logikę tego ostrego i jednoznacznego w swej ocenie sądu można zrozumieć, uprzytomniwszy sobie, że właśnie wówczas, tuż po najeździe mongolskim, wytypowany przez Ordę ruski namiestnik, dławiąc polityczną opozycję i liczne żywioły powstańcze, dokonał zdecydowanego wyboru między Wschodem i Zachodem na rzecz tego pierwszego, czyli na rzecz historycznie, politycznie, wyznaniowo, kulturowo i obyczajowo obcej cywilizacji. Tym samym została definitywnie przerwana – świadomie i okrutnie zniszczona – własna tradycja Rusi Kijowsko-Nowogrodzkiej – jej dzieje, jej kultura (w tym kultura polityczna), samo jej poczucie własnego suwerennego bytu i istota odczuwania tożsamości własnej. W rezultacie uległ radykalnej zmianie sam wektor rozwojowy całej Europy Wschodniej. W perspektywie prowadziło to nieuchronnie do uformowania zmongolizowanej despocji moskiewskiej, która uzyskała swój kształt doskonały za rządów Iwana Groźnego. Tak Ruś – według aforystycznego ujęcia współczesnego myśliciela G. Gaczewa – stała się ofiarą Rosji.
2. Mongolskie oblicze władzy moskiewskiej
Dzieje mitologizacji postaci i spraw Aleksandra Jarosławicza (i bynajmniej nie tylko jego) odzwierciedlają zarówno historię, jak i samą istotę sytemu władzy rosyjskiej (2). Gwałtowna, oderwana w swej samoistności od własnego narodu tworzyła ona dlań fałszywych idoli, aby tym samym, składając im hołdy, czcił on ją samą, ślepo podporządkował się jej autorytetom, posłusznie wyznając wiarę w jej zasady jako wartości najwyższe. Poprzez taki zabieg przemoc władzy miała być uzmysławiana jako troska patriarchy o własne dzieci (3), jej gwałty – jako surowe, ale sprawiedliwe karcenie ojcowskie, jej okrucieństwa – jako konieczny warunek istnienia i prawidłowego funkcjonowania rodziny (4), a więc i patrymonialnego państwa (5). Tak państwowość moskiewska od zarania swych dziejów motywowała i legitymizowała właściwy jej zmongolizowanej, samodzierżawnej istocie sposób sprawowania władzy, maskując swoją prawdziwą tożsamość poprzez wykreowanie w świadomości poddanych (również z pomocą coraz bardziej zniewalanej Cerkwi) swój wirtualny obraz (6).
Okrucieństwo Ordy przekładało się na okrucieństwa jej wasali moskiewskich i ich bezwzględność wobec niepokornej ludności chrześcijańskiej Rusi. Dla niej Orda była wroga i obca, natomiast dla nich – sojusznicza i swoja (7).
Do naszych dni przetrwała Opowieść o niewidocznym mieście Kitieżu: na wieść o zbliżaniu się Mongołów mieszkańcy wznieśli modły do nieba, prosząc o ratunek od gwałtów i poniżenia. Pan Bóg ich usłuchał: na oczach zdumionych wrogów przy dźwiękach dzwonów i śpiewów cerkiewnych miasto ukryły wody jeziora. Według legendy na tym do dziś istniejącym jeziorze czasami słychać modlitewne śpiewy i bicie dzwonów, donoszące się z głębin.
Otóż istniał przekaz, że w pierwotnej wersji nadeszła nie Orda, lecz wojsko moskiewskie. Później państwo ocenzurowało ten wątek.
Legenda ta jest obecna w świadomości rosyjskiej i kulturze ludowej po dziś dzień. Znany reżyser niemiecki W. Herzog w swym dokumencie Dzwony z głębi. Wiara i przesądy w Rosji (1993) sfilmował pełzających po lodzie ludzi, wierzących, że przez tafle zobaczą ukryte w głębinie miasto.
3. Paradoks bogoojczyźnianej mitologii: zwycięzca Ordy w cieniu pacyfikatora Rusi
Postrach ruskich chrześcijan, Aleksander Jarosławicz, osamotniony we własnym rodzeństwie (w opozycji znaleźli się jego bracia: Andriej, który znalazł schronienie w Szwecji, Jarosław, oraz syn Wasilij) stanowił pierwsze doskonałe wcielenie absolutnej ugody z najeźdźcą. Ten wybitny sprawca mongolizacji kultury politycznej Rusi, rygorystyczny wykonawca nakazów chana, których realizacja miała swym skutkiem wyobcowanie ruskiej władzy z ruskiej ludności, za sprawą państwowej i cerkiewnej ideologii Moskwy usunął w cień pierwszego zwycięzcę Ordy, wielkiego księcia Dymitra (1359-1389). Ten autentyczny bohater walki o godność Rusi, dowódca, który zszedł z konia i walczył jak zwykły woj, własnym przykładem zagrzewając do walki i dodając wiary w zwycięstwo nad dotychczas niezwyciężonym wrogiem, uzyskał przydomek „Doński” po wielkiej bitwie na polu Kulikowym nad Donem (1380).
Dymitr Doński został kanonizowany dopiero w 1988 roku. Dlaczego Cerkiew, tak szybko obdarzając swymi względami krwawego pacyfikatora Rusi chrześcijańskiej, tak długo ociągała się z uznaniem autentycznych zasług walecznego księcia, który uzyskał błogosławieństwo samego Sergiusza Radoneżskiego (chyba największej postaci w staroruskim poczcie świętych) i powszechne uznanie współczesnych oraz potomnych? Najprawdopodobniej przyczyną był ostry zatarg wielkiego księcia (Dymitra) z ruską hierarchią cerkiewną, wywołany jego decyzją osadzenia na stolcu metropolitalnym Michała – swojego spowiednika, a zarazem wysokiego dygnitarza (stróża pieczęci wielkoksiążęcej, co odpowiadało godności kanclerskiej na Zachodzie). A więc w stosunkach z Cerkwią ten władca wyprzedzał swój czas historyczny: dopiero po ukształtowaniu się i umocnieniu państwowości już rosyjskiej – czyli po upływie prawie półtora stulecia – Cerkiew rosyjska zaczęła ulegać państwu rosyjskiemu, którego uosobieniem był car-samodzierżca.
Konkluzja
Wykorzystywanie historii przez czynniki wobec niej zewnętrzne oznacza pozbawienie jej istoty jako nauki, ponieważ tworzy z niej surogat, zmienia w rodzaj umiejętności stosowanej, czyli rzemiosła, a nie dyscypliny poznawczej. Każda nauka dąży do poznania obiektywnego, natomiast historia (jak zresztą każda nauka humanistyczna w ogóle), podporządkowana jakiejkolwiek presji, czy w jakikolwiek sposób związana z czynnikiem wobec niej zewnętrznym, wytwarza nie wiedzę obiektywną, lecz świadomość wobec niej fałszywą, gdyż uzależnioną od czynników sensu stricto pozanaukowych i im służącą. Dobitną tego ilustracją są podręczniki historii powstałe w różnych okresach albo nawet w tym samym czasie, tyle, że reprezentujące różne opcje światopoglądowe i partyjno-polityczne.
Taka historia, zreinterpretowana czy wręcz zmanipulowana, przestaje być nauką, gdyż nauka jest tożsama w samej sobie. Taka jej tożsamość jest stała i niezmienna wobec zmienności czasów państwowo-społecznych czy partyjno-politycznych. Natomiast każda historia zmanipulowana, służąc wyznaczonym jej przez czynniki zewnętrzne celom, zmienia swoją tożsamość tylekroć, ilekroć zmienia się powołująca ją do życia opcja światopoglądowa i polityczna. Stąd pytanie: czy taka historia na dłuższą metę służy swym celom, nawet jeżeli są one formułowane jako etycznie szlachetne i narodowo słuszne?
Podporządkowanie historii celom (treść których zmienia się wraz ze zmianami na górze) prowadzi ku uszlachetnieniu, uwzniośleniu jednych („właściwych” – z punktu widzenia dysponentów władzy duchowej czy politycznej) i zaciemnianiu, deprecjonowaniu czy wręcz potępianiu innych („niewłaściwych”). Ale te „właściwe” i „niewłaściwe” mogą się nawzajem wymieniać w zależności od zmian ideologii panującej. Taka ciągle zniekształcana wizja własnej przeszłości nie może kształtować społeczeństwa obywatelskiego i osobowości spełnionych. Poczucia obywatelskiego nie można wymagać, sankcjonując je prawnie czy utrzymując restrykcyjnie. Może natomiast do niej wychowywać właśnie historia uzmysławiana pozaideologicznie, czyli właśnie poprzez jej własne lekcje – nie zaś poprzez lekcje ideologicznie reinterpretowanej i politycznie prostowanej wizji dziejów kraju i narodu. Stąd pytanie zupełnie retoryczne: czy to nie historia jako nauka powinna kształtować wizje światopoglądowe, programy rządowe, doktryny partyjno-polityczne w XXI wieku po bolesnych doświadczeniach dawnej i całkiem niedawnej przeszłości?
„Historia nie nauczycielka, lecz nadzorczyni życia – stwierdził jeszcze wiek temu nasz wybitny historyk W.O. Kluczewski – niczego nie uczy, a tylko karze za nieznajomość lekcji”.
Od pradawnych czasów tkwi w pamięci zbiorowej owo „historia est magistra vitae”. Ale ciągła praktyka naginania historii do potrzeb tej czy innej racji stanu, systemu rządów, partyjnej propagandy, nadal prowadzi ku temu, że władza, która panuje nad ludźmi, i ci z ludzi, którzy ślepo i posłusznie przejmują jej wskazówki, nadal następują na te same grabie. Staje się tak, ponieważ wytwarzana na podstawie historii zmanipulowanej fałszywa świadomość jest pozbawiona krytycznego myślenia, które kształtuje historia naukowa. Sęk w tym, że realna historia, reinterpretowana według kolejnych, bieżących potrzeb, traci nie tylko swój wymiar realny, ale i właściwą mu wielką (a stąd pouczającą) perspektywę, którą zastępuje perspektywa kurza. Z samej swojej istoty i swoich ograniczeń poznawczych ta reinterpretowana historia wytwarza myślenie ahistoryczne, które prowadzi ku wizji ograniczonej przez narosłe w dawnej i niedawnej przeszłości stereotypy i uprzedzenia. A to już nie tylko definitywnie odcina od nowoczesności XXI wieku, ale i z powrotem prowadzi w ślepy zaułek dawnych zaszłości, błędów i zapaści.
W taki starodawny sposób współczesna „polityka historyczna” wyklucza wysnuwanie lekcji z historii, która według mądrości antycznych protoplastów dzisiejszego europeizmu ma być magistra…
Przypisy:
(1) Nota bene: jest to kolejny wymysł „polityki historycznej”, która w odpowiednich momentach używała straszaka niemieckiego. W żadnym źródle dawnej Rusi nie da się znaleźć tej zbitki językowej, która za sprawą bogoojczyźnianej ideologii i państwowotwórczej mitologii stała się obiegową.
(2) Jednocześnie to w sposób wyczerpujący charakteryzuje obsługujący władzę nurt historiografii rosyjskiej określany jako „szkoła państwowa”.
(3) Stąd owe ludowe określenie samowładcy „car ojczulek” („car batiuszka”).
(4) Wszystkim niegodziwościom są winni obcy – ci z poza rodziny – owi „bojarowie”. Ojczulek car o tym nie wie, a jak się dowie, to winnych ukarze i sprawiedliwość przywróci.
(5) Stąd owo ludowe określenie — „matiuszka Ruś”. Od zarania swych dziejów po dzień dzisiejszy system rosyjski skutecznie – poprzez nauczanie, propagandę, naukę oficjalną –utożsamia w świadomości społecznej ziemię ojczystą z władzą państwową, ojczyznę z systemem politycznym, kraj z rządem, patriotyzm z uwielbianiem głowy państwa.
(6) To historyczne doświadczenie w sferze manipulacji świadomością społeczną przyjęli i poprzez gigantyczny aparat propagandowy w sposób mistrzowski rozwinęli bolszewicy, stosując to same słownictwo patrymonialno-rodzinne: „dziadek Lenin”, „nasz ojciec, nauczyciel i przyjaciel Stalin”, KPZR – „nasza rodzinna partia”, ZSRR – „rodzina narodów”, albo Kraj Rad — „Ojczyzna Matka”.
(7) Był to typowy przejaw ówczesnego myślenia politycznego ruskiej elity władzy, odbicie ówczesnych wyobrażeń o wspólnocie interesów lokalnych i ponadlokalnej racji stanu. Analogią w podobnych zapatrywaniach na ówczesnym Zachodzie (uwzględniając oczywiście różnice cywilizacyjno-kulturowe) był stosunek lenników do swojego seniora, dzielnic wasalnych do dzielnicy senioralnej. Przy tym istotna i zasadnicza różnica polegała na tym, że na Zachodzie były to prawno-polityczne układy przedstawicieli wspólnej cywilizacji, natomiast na Rusi Mongolskiej było to bezwzględne podporządkowanie podbitych przedstawicieli jednej cywilizacji żądaniom, interesom i woli cywilizacyjnie innych zdobywców ze wszystkimi wynikającymi stąd konsekwencjami w zakresie polityki, sfery ekonomiczno-gospodarczej, kultury i samej tożsamości narodowej.
Aleksander Lipatow


Przyznam szczerze, że nie wiele wiedziałem dotąd o ciemnej stronie historii Rusi i Rosji. Wiedziałem mgliście o okupacji mongolskiej ale nie o zdrajcach chrześcijanach…Bardzo ciekawy tekst. Gratulacje dla autora
*Świetny tekst choć dla mnie ciekawy nie tyle historycznie, bo „od jarłyku do samodzierżawia” historia Rosji jest mi znana, co raczej metodologicznie. Jednak pewne mechanizmy polityczno – ustrojowe powtarzają się „bez względu na kontynent i kontekst” jak mawiał prof. Sczaniecki. Swoją drogą – tekst profesora Lipatowa to rzadki w nauce naszego wschodniego sąsiada przykład i odwagi i obiektywizmu naukowego, na dodatek podszytego tą kapitalną, smutną acz dobrotliwą rosyjską ironią. Na dodatek koresponduje niejako, świetnie uzupełniając teksty red. Bratkowskiego o Nowogrodzie.
*Wartoby w tym kontekście przypomnieć nieudaną próbę narodowej heroizacji Kostki Napierskiego, który nie był polskim Spartakusem’ lecz okazał się agentem szwedzkim. .
*Tekst bardzo interesujący. Mam tylko drobną uwagę techniczną. Przy czytaniu na komputerze kłopotliwe jest korzystanie z przypisów. Trzeba zjechać do dołu, a potem znaleźć miejsce w którym przerwaliśmy czytanie. Czy nie można by tych przypisów umieścić z prawej strony głównego tekstu na wysokości objaśnianego szczegółu ? Miejsce jest.
Znakomita pozycja! Teksty Bratkowskiego i ten są oświecające. Wychodzi na to że inwazja mongolska to największa katastrofa cywilizacyjna w dziejach świata. Do dziś boleśnie odczuwana choćby poprzez to czym jest teraz Rosja.
Przydało by się nawiązanie do konsekwencji takiego myślenia: Euroazjatyzmu i historiozofii Lwa Gumilowa wielkiego apologety jarzma Ordy nad Rusią, jako tej która rzekomo ocaliła rosyjską osobność.