Marian Marzyński: Pałac ślubów

marzynski 32015-01-18. Jesienią 1961 roku klub książki i prasy w Sopocie zaprosił mnie na odczyt o Gwinei. Gdy po prelekcji zacząłem pakować gwinejskie przezrocza i już miałem wychodzić, zauważyłem siedzącą w ostatnim rzędzie dziewczynę; trzymała na kolanach znany mi ciężki wentylator produkcji ZSRR. – Przyszłam, żeby go panu oddać – powiedziała Grażyna.

Pół roku wcześniej targałem ten wentylator na polski frachtowiec, który mnie i mojego operatora filmowego zabierał w afrykańską podróż, najpierw do Casablanki, a potem do Konakry, stolicy Gwinei. Wybrałem trasę przez Casablankę, bo tam w odwiedziny znajomych udawała się Krystyna, z która mieliśmy dzielić kabinę na MS „Gdynia”: ona, uciekinierka od męża, znanego warszawskiego architekta i ja, 6 lat od niej młodszy 24–latek. Grażyna odprowadzała na statek mojego operatora z wdzięczności za to, że sfotografował makiety wnętrz promu do Szwecji, jej dyplomowy projekt na architekturze.  Tuż przed wejściem na trap, odrywając oczy od całującej mnie Krystyny, zerknąłem na żegnająca się z operatorem piękną Grażynę…

Po powrocie do Gdyni, żeby nie ciągnąc ciężkiego wentylatora do Warszawy operator zostawił go u Grażyny. Musiał to być jakiś mój plan na przyszłość. – Zupełnie zapomniałem o tym wentylatorze – mówiłem Grażynie, gdy z klubu książki i prasy szliśmy na kolację do sopockiego Grand Hotelu, po której na poddaszu kamienicy przy Świętojańskiej 90 łączący nas sowiecki wentylator spoczął na jej komodzie, obok gipsowej maski Nefretete.

grazynaKupiłem trzy bukiety kwiatów w dniu, w którym Grażyna miała odwiedzić mnie w Warszawie. Ukryty za rogiem budynku Dworca Gdańskiego śledziłem telewizyjnego kolegę, który dostarczając jej pierwszy bukiet, miał ją przeprosić za moje spóźnienie; po kilku minutach, z drugim bukietem, podszedł do niej inny kolega, tłumacząc moje spóźnienie przedłużającym się programem. A wtedy, z trzecim bukietem, wkroczyłem ja, telewizyjny showman. Był to mój drugi rok w nowonarodzonej, czarno–białej telewizji, Poprzednio prowadziłem dziennik radiowy „Wiadomości z kraju i ze świata”, a jeszcze wcześniej studiowałem dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim.

Żeby znów zobaczyć Grażynę, tematów szukałem na Wybrzeżu. Wiosną 1962 roku zrobiłem reportaż telewizyjny z przybycia do Gdyni transatlantyku „Batory”, który na pierwsze po zimnej wojnie odwiedziny „starego kraju” co miesiąc przywoził polskich emigrantów z Ameryki. Grażyna malowała napisy z nazwiskami krewnych, których szukali pasażerowie „Batorego”. Jeden z nich tak mi powiedział: „Jestem jak stary słoń, który wraca do miejsca swojego urodzenia i tam umiera”. Nie mieliśmy wtedy pojęcia, że jak oni kiedyś będziemy polskimi emigrantami w Ameryce.

Noce spędzaliśmy na Świętojańskiej pod okiem Nefretete. Czasem przydawał się nam sowiecki wentylator. Któregoś wczesnego ranka, ktoś przekręcił klucz w zamku.

– To moja matka – powiedziała zrywając się w panice z lóżka i zarzucając na siebie szlafrok Grażyna. –  Nie przyjmuj się, przewróć się na drugi bok i śpij. Nie mogłem jednak ignorować matki dziewczyny, którą kochałem i tak rzekłem: – W czym mogę Pani pomoc? Na co matka Grażyny: – Jak można być tak nieodpowiedzialnym mężczyzną i żyć bez ślubu z młodą dziewczyną? – A jak można być nieodpowiedzialną matką odmawiającą zaufania dorosłej córce? – odpowiedziałem pytaniem. – Czy nie zdaje sobie pani sprawy, że w ten sposób szybko ją pani straci?  – Ja znam mężczyzn i swoje wiem – rzekła matka Grażyny.  W kawalerce nie było gdzie się schować przed widokiem mojego gołego ciała, wiec żeby nie zaostrzać sytuacji, powiedziałem: –Jestem niewyspany, jak się rozbudzę, chętnie z panią porozmawiam. Matka wyszła, a Grażyna tak zareagowała na jej wizytę:  – Mam już dosyć tych kontroli, zrobimy jej na złość i nigdy nie weźmiemy ślubu.

Pałac ślubów otworzył swoje podwoje w marcu 1963, w dawnym Pałacu Branickich na rogu Nowego Światu i Smolnej.  Kilka młodych par zgodziło się na transmitowanie ich ślubów w moim reportażu telewizyjnym na żywo. Grażyna już od roku mieszkała w naszym dwupokojowym domku fińskim na Górnośląskiej 45. Rodzice oddali nam większy frontowy pokój.  Nasze życie na kocią łapę nie tylko im nie przeszkadzało, ale co niedzielę matka podawała nam do lóżka moje ulubione śniadanko: dwa jajka na miękko, mleko z miodem i dwie chrupiące kajzerki. Myślałem wtedy o matce Grażyny z jej porannym kluczem otwierającym studio miłosne Nefretete. Jak długo będziemy ją karać za te wizytę?

Gdy przygotowywałem reportaż z Pałacu Ślubów przypomniały mi się trzy bukiety kwiatów z Dworca Gdańskiego. Co by było, gdybym umówił się z zaprzyjaźnionym kierownikiem pałacu, że któregoś dnia, na kilka minut przed zamknięciem biura, bez dokumentów i obrączek, Grażyna i ja pojawimy się u niego, a on w tajemnicy, bez świadków – da nam ślub? – Bez świadków się nie da – zareagował kierownik, więc postanowiliśmy, że świadkami będą sekretarka i woźny urzędu. – A jaką Avę Marię zagrać? – zapytał kierownik – Gunoda czy Szuberta? – Gunoda, odpowiedziałem i pojechałem kupić dwa bilety do kina Atlantic na film włoski “Rocco i jego bracia”.

W następny poniedziałek w drodze do kina Atlantic wjeżdżając w Nowy Świat skręciłem w prawo, na podwórze pałacu. – Bierzemy ślub, powiedziałem Grażynie, która nie mogła powstrzymać śmiechu jeszcze po tym jak otworzyły się wrota i zabrzmiała Ave Maria Gunoda.  Po powrocie z kina zadzwoniliśmy do jej matki: – Wzięliśmy ślub! – A wesele? –  Nie będzie, ślub był w tajemnicy, powiedziała Grażyna, utrzymując resztki rewanżu.

Rok później urządziliśmy w domku fińskim kolację z winem. Przed podniesieniem kieliszków powiedzieliśmy rodzicom, że od roku jesteśmy małżeństwem. – Znów te twoje dowcipy, Marianku – rzekł ojczym. Na szczęście w Polsce Ludowej ślub pieczętowano w dowodach osobistych. Położyliśmy je na stole, a wtedy rodzice uściskali nas i jeszcze raz podnieśliśmy kieliszki z winem.

Marian Marzyński

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com