Na przełomie stycznia i lutego 1946 roku, w powiecie Bielsk Podlaski, oddział Pogotowia Akcji Specjalnej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, dowódca, kapitan Romuald Rajs ”Bury”, zastępca, porucznik Kazimierz Chmielewski ”Rekin”, wykorzystał w charakterze furmanów kilkudziesięciu miejscowych chłopów, Białorusinów, a następnie trzydziestu rozstrzelał. Towarzyszyła temu masakra ludności białoruskiej w kilku wioskach. W jej trakcie zabito 47 – 58 osób, a w tym 16 dzieci, wśród których były niemowlęta. Pięć osób zmarło później z ran. Rannych było 28 – 35 osób. Domy spalono, dobytek zniszczono i zagrabiono.
Nie był to izolowany incydent, tyle że ten akurat jest dobrze udokumentowany. Oddział wykonywał otrzymany 20 września 1945 roku rozkaz Komendanta Okręgu NZW Białystok, majora Jana Szklarka ”Kotwicz”, nakazujący pacyfikację części powiatu bielskiego, mającą mieć charakter ”odwetu na wrogiej ludności do sprawy konspiracyjnej”. W czasie kilku miesięcy od otrzymania tego rozkazu do masakry ”furmanów” (tak się ją określa) dokonywano więcej takich akcji. Palono domy z żywymi ludźmi, ci którym udało się wyrwać ginęli od kul. Kryterium; Białorusini, prawosławni. Oddział kpt. Rajsa nie był zapewne jedynym, którego dotyczył ten rozkaz. (Edmund Dmitrów: ”Polsko-białoruski konflikt pamięci wokół tzw. sprawy furmanów”, część większej całości pt. ”Wiek Nienawiści”, publikacja Instytutu Historii PAN i IPN)
Te zbrodnie tylko skalą różnią się od ludobójstwa dokonywanego przez UPA. Taki sam cel; wygnanie, tam Polaków, tu Białorusinów. Takie same metody. Czy w ramach kolejnego Dnia Żołnierzy Wyklętych ktokolwiek wspomni ”Burego” inaczej niż jako bohatera, rycerza bez skazy i zmazy? Ewentualnie z pomniejszaniem i pokrętnym wytłumaczeniem tego co zrobił. I czy tak trudno zrozumieć Ukraińców z kultem Bandery i UPA ? Mamy tysiąc lat specyficznej historii z tłumem bohaterów do wyboru, podczas gdy Ukraińcy, choć wywodzący się z tysiącletniej Rusi, rozpoczęli stawanie się świadomym, odrębnym narodem na przełomie XIX i XX wieku i dopiero teraz się ten proces zamyka. Nie maja wiele wzorców i bohaterów, a potrzebują.
Ani wyznawcy kultu UPA, ani czczący Żołnierzy Wyklętych nie uważają, że należało mordować i palić. Jedni i drudzy albo nie wiedzą jak było naprawdę i nie dopuszczają myśli, że mogło być inaczej niż się i daje dowierzenia, albo wypierają tę wiedzę ze świadomości. I ci Żołnierze i UPA stają się ikonami, przedstawianymi według ustalonego szablonu, przedmiotem kultu, który ma co prawda jakiś związek z minioną rzeczywistością, lecz luźny i wypaczony.
Tyle słów wstępu do artykuł, którego można nie czytać. Powtarzam go od kilku lat w okolicy Dnia Żołnierzy Wyklętych. Bez większych zmian, bo to co było już się nie zmienia. Czasem wychodzą na jaw nowe fakty, a zmienia się interpretacja. Przeważnie w zależności od aktualnych potrzeb.
A teraz cytuję siebie, z minimalnymi zmianami.
Straszne czasy
Od ściany do ściany. Kilkadziesiąt lat oszczerstw i kłamstw. Nic tylko ”reakcyjne podziemie” i ”bandy leśne”. Najmniejszej próby zrozumienia i kłamstwo ciążące na wielu rzez wiele lat po ich śmierci, przeważnie tragicznej.
Nie jest prawdą odwrócona klisza peerelowskiej propagandy. Nic tylko ”Żołnierze wyklęci” i nadal niechęć zrozumienia i dowiedzenia się jak było naprawdę.
Raczej więc nie było to ”antykomunistyczne powstanie – 1944 – 1963 (sic !)” -, lansowane aktualnie przez politykę historyczną. Czy też historię upolitycznioną, bo to na jedno wychodzi. Powstanie, a mieliśmy ich niemało, musi mieć jakiś cel, plan działania, jakieś kierownictwo i podporządkowaną mu strukturę. A generał Leopold Okulicki, Niedźwiadek, ostatni mianowany przez rząd RP na emigracji, komendant Armii Krajowej, rozwiązał ją. Nie przewidywał dalszej walki. Kolejne podziemne struktury; NIE oraz Ruch Oporu Bez Wojny i Dywersji Wolność i Niezawisłość (to była pełna i wiele znacząca nazwa struktury rozpoznawanej jako WIN) miały na celu pracę, powiedzmy formacyjną, kształtowanie świadomości i początkowo naiwną kalkulację na polityczny sukces. WIN przejął jednak oddziały podlegające rozwiązanej Delegaturze Sił Zbrojnych na Kraj. Nie obejmował całości podziemia, w którym ważne miejsce zajmował odrębny nurt narodowy – NSZ i nie tylko. Coraz liczniejsze stawały się też samodzielne oddziały partyzanckie, działające z inicjatywy swoich dowódców.
Nie była to również, jak głosiła – nie cały czas – propaganda PRL, wojna domowa. Z tych samych powodów. Cel, plan, kierownictwo i strukturę w pełnym wymiarze miała tylko jedna strona, władza, nazywająca siebie ludową. A do wojny potrzeba dwóch. Ruch partyzancki wydaje się najtrafniejszym określeniem. Ono nie wartościuje. Nie pasowało do ”reakcyjnych band” i nie mieści się w obowiązującym dzisiaj kanonie Żołnierzy Wyklętych, cokolwiek by ten dwuznaczny termin miał znaczyć. Żaden z tych terminów nie sprzyja spokojnemu opisowi dramatycznych wydarzeń pod koniec wojny i w ciągu kilku lat po niej.
Belka w oku własnym…
…oczywiście jest niewidoczna. Lewicowy ”Przegląd” pisał parę lat temu o Leśnych jakby był organem ZBOWID-u. Rozumiem, że gromka i zaślepiona apoteoza Żołnierzy Wyklętych wywołuje odruch sprzeciwu. Dla apologetów to oczywiście rycerze bez skazy i zmazy. Ale od mądrego felietonisty ”Przeglądu”, Bronisława Łagowskiego, którego zdanie szanuję nawet kiedy się z nim nie zgadzam, można było oczekiwać, że potępiając podziemie, zastanowi się nad tym co tych ludzi spychało do lasu.
Otóż wielu z nich nie widziało innego wyjścia, a niektórzy go naprawdę nie mieli. Władza wielu zmuszała do tego kroku. Z głupoty i bezmyślności, ale też w ramach rozmyślnej prowokacji. By ich w lasach wyłapać i wybić, bo tym się musiało skończyć. Niedawni żołnierze podziemia z lat okupacji nie byli w Polsce bezpieczni. Groziło im więzienie, tortury, śmierć. Ucieczka do lasu była ratunkiem na jakiś czas. Były amnestie i chyba większość z nich korzystała. Ale i one nie gwarantowały spokoju. Władza każdego mogła oskarżyć, że znów konspiruje i niejednokrotnie robiła to.
A na co liczyli leśni ? Jakie robili plany kiedy partyzantka wydawała się im jeszcze nie tylko aktem rozpaczy ?
Z jedenastu polskich powstań, od Konfederacji Barskiej do Warszawskiego tylko jedno, Wielkopolskie, odniosło zamierzony sukces. W pozostałych nie sprawdziły się kalkulacje, ale za każdym razem ktoś coś myślał, planował, kalkulował z większa czy mniejszą – przeważnie mniejszą – dozą realizmu. Powstanie Warszawskie okazało się błędem, lecz było pomyślane jako element trwającej wojny światowej, w której klęska Niemiec była już przesądzona. Polska ze swym legalnym rządem i ze swymi siłami zbrojnymi, których częścią była Armia Krajowa, stanowiła jakiś element sił sojuszniczych i chciała zająć mocną pozycję w obozie zwycięzców.
Nie udało się, bo nie mogło się udać, lecz można zrozumieć władze cywilne i wojskowe RP, które wtedy nie były o tym przekonane, widziały jakaś szansę i chciały ją wykorzystać. Ale już w parę miesięcy później, ci którzy reprezentowali polską myśl polityczną powinni sobie zdawać sprawę, że walka zbrojna z nowym zaborcą i jego krajowym reżimem nie ma żadnej przyszłości. Oficerowie, którzy szli ze swymi oddziałami do lasu też musieli sobie zdawać sprawę, że nie pobiją armii ZSRR i sił reżimowych. Na co zatem liczyli ? Bo przecież nie na to, że wywołają narodowe powstanie, które po pierwsze – było zupełnie nierealne, a gdyby nawet –zostałoby utopione we krwi. Liczyli na III wojnę światową. Na to, że Zachód, uzbrojony w bombę atomową, rozpocznie wyzwolicielską wojnę przeciw Sowietom, bo przecież nas nie zostawi w ich władzy, no a my wszak musimy wziąć udział.
Miałem dziesięć lat gdy skończyła się wojna. Zostałem harcerzem i w krakowskim Lasku Wolskim ćwiczyliśmy, tak zwane podchody, szykując się do wojny o wyzwolenie Lwowa i Wilna. Jak na swój wiek byłem dość uświadomiony i osłuchany. Zdawałem sobie sprawę jak powszechna jest niechęć do nowych władz. Jaka pogarda otacza ”demokratów”. Bo władza przedstawiała się nawet nie jako lewicowa, lecz właśnie demokratyczna. I to wystarczyło, by zohydzić słowo ”demokratyczny”. A jednocześnie pamiętam wybuch entuzjazmu na wiadomość o zakończeniu wojny, które przecież nie było już zaskoczeniem. Poza Laskiem Wolskim, z własnej chłopackiej inicjatywy, odgrywało się długo jeszcze wojnę z Niemcami.
Dojrzewa już trzecie pokolenie urodzone po wojnie. I nie dziwi, że dla większości ludzi, którzy jej nie pamiętają, jest ona schematem kształtowanym przez aktualne nasilenie propagandy polityczno-historycznej. Propagandę tę jednak prowadzą politycy, historycy, dziennikarze, którzy nie wiedzą, czy nie chcą korzystać z wiedzy o tym jak było naprawdę. Ich oceny wyglądają tak jakby nie zdawali sobie sprawy, że armia sowiecka wkraczała do Polski walcząc z Niemcami, którzy jeszcze mordowali w Auschwitz przez długie miesiące i którzy już nie mogli mordować na Majdanku. Że władza, choć z mandatu Sowietów, choć wredna, była jednak polska i następowała po latach okupacji niemieckiej. Że chociaż podczas okupacji była Delegatura Rządu RP i była Armia Krajowa, to jednak realną władzę decydującą o życiu i – jak najdosłowniej – o śmierci, sprawowali niemieccy okupanci. Dominującym uczuciem przy końcu wojny była pomimo wszystko – ulga. Terror sowiecki i nowej władzy nie był powszechny, nie stwarzał, w przeciwieństwie do okupacji niemieckiej, zagrożenia wolności i życia dla wszystkich.
Dla jasności pozwolę sobie powtórzyć to co pisałem wielokrotnie w wielu miejscach; w skali historii i w skali świata, jeśli mierzyć czasem trwania, zasięgiem, liczbą ofiar i tworzeniem utopii gospodarczej, komunizm był/jest o wiele większym nieszczęściem od nazizmu. Polska była ofiarą obu totalitaryzmów, ale dla nas akurat niemiecka okupacja w ciągu sześciu lat okazała się większym – jeszcze większym ? a tak ! – nieszczęściem niż prawie pół wieku sowieckiej dominacji i rodzimy realny socjalizm. W momencie zakończenia wojny było nas na dawnych/nowych ziemiach polskich, od Zbrucza do Odry o 9 milionów mniej niż w Drugiej Rzeczpospolitej, z czego dwie trzecie straciło życie. Jedna trzecia majątku narodowego była w ruinie, a gospodarka i życie społeczne znajdowały się w stanie prawie całkowitej dezorganizacji.
Reakcja narodu była taka sama jak po najeździe tatarskim, rajdach husytów, Potopie, oraz zniszczeniach i przemieszczeniach I wojny światowej i wojny z bolszewikami. Nadrzędnym imperatywem stała się odbudowa mniej więcej normalnej egzystencji, niezależnie od tego co myślano i mówiono o nowej władzy. Tylko ona mogła zorganizować odbudowę kolejnictwa i wszelkiej infrastruktury, aparatu oświaty, służby zdrowia i … wymiaru sprawiedliwości. I owszem! Była rozbuchana przestępczość kryminalna, były ogromne zaległości w sprawach cywilnych. I do tego realnie wykonywana władza musiała zorganizować zagospodarowywanie Ziem Odzyskanych – takie było przez lata nazewnictwo – a w tym masowe przesiedlenia. Na tym odcinku struktury podziemne akceptowały współpracę z władzą i nie przypadkowo wicepremier Władysław Gomułka zrobił się jednocześnie ministrem ziem odzyskanych, licząc na jakieś poparcie z tego tytułu.
Miliony ludzi przemieszczały się w różnych kierunkach. Ruch z Kresów na Ziemie Odzyskane, a z nich Niemców do Niemiec nie był jedyny. Wracały setki tysięcy z obozów niemieckich i sowieckich, z frontów, które nie były porównywalne z obecnymi misjami w Iraku i w Afganistanie.(I jakoś nikt nie leczył ”urazów stresu bojowego”; jest taki oddział w szpitalu MON, na Szaserów w Warszawie, ni traumy poobozowej.) Trzeba było na nowo urządzać się w życiu, nadrabiać stracone lata. Powszechna niechęć do nowej władzy nie przejawiała się w powszechnej chęci dawania jej zbrojnego oporu. A bardzo szybko zaczęli się pojawiać beneficjenci nowego systemu. I to na masową skalę. Każda władza zawsze znajduje chętnych do uczestnictwa w jej aparacie. Ale nie tylko o nich chodziło.
Brali, nie kwitując
Symbolem elegancji pozostawał jeszcze długo po wojnie, nawet znoszony, przedwojenny garnitur z bielskiej, a jeszcze lepiej z angielskiej, wełny, lecz dla milionów ludzi sytuacja życiowa stawała się lepsza nie tylko w porównaniu z okupacyjną, lecz również z tą sprzed trzydziestego dziewiątego roku.
Inteligencja wyszła z wojny zdziesiątkowana. Mordowali ją celowo obaj okupanci, ginęła na frontach i w podziemiu, a po wojnie wielka jej część nie chciała i nie mogła wrócić do kraju. Ktoś musiał zastąpić tych ludzi i była to droga szybkiego awansu dla tych, którzy nie widzieli dla siebie takiej perspektywy przed wojną.
Tu dygresja, wydaje się, nieodzowna. Możemy, nie popełniając błędu, w skrócie, jednym zdaniem powiedzieć, że w latach 1795 – 1918 Polska nie miała swojego państwa i była rządzona przez zaborców. A przecież były znaczące obszary jakiejś państwowości – Księstwo Warszawskie, Królestwo Kongresowe – i autonomii – Galicja . Zapewne więc kiedyś okres 1944 – 1989 da się opisać jednym ogólnym zdaniem. Jednakże nie naruszając ogólnej w sumie negatywnej oceny tego okresu, należy w nim wydzielić różne podokresy, przy czy czym różnice między nimi były dla wielu ludzi różnicą miedzy życiem i śmiercią. Dosłownie.
Otóż w tym pierwszym okresie, do 1947 roku, włącznie, była to dyktatura bezwzględna, lecz jeszcze nie totalitarna. Nie było mowy o komunizmie, nie wymuszano ideowych deklaracji, nie było kultu Stalina, nie słyszano jeszcze o realizmie socjalistycznym, nie atakowano otwarcie Kościoła, raczej nawet kokietowano go, zapowiadano, że kołchozów w Polsce ma nie być, prywatną inicjatywę zachęcano i jednocześnie prześladowano w ramach walki ze spekulacją, lecz nie było jeszcze niszczącej ją programowo bitwy o handel.
W takich warunkach nawet przedwojenni inteligenci biorąc się do, koniecznej wszak, pracy jeszcze mogli uważać, że tylko odbudowują kraj, a nie deklarują się politycznie i nie budują nowego ustroju. Nie pracowali dla władzy, której nadal nie szanowali i nie lubili. Zaczadzenie ideologiczne, osławione ”ukąszenie heglowskie” u jednych i zwykły oportunizm u innych, następowało po 1947 roku, gdy było jasne, że już klamka zapadła. Trzeba też pamiętać o licznych rzeszach zajmujących wakujące inteligenckie stanowiska. Ci ludzie też mogli nowej władzy nie lubić, lecz wiedzieli, że jej zawdzięczają swój awans.
Przedwojenna Polska była krajem ogromnego strukturalnego bezrobocia i biedy na niewyobrażalną dziś skalę. Przy końcu wojny bieda była per saldo większa, lecz szybko zaczęło się okazywać, że nie ma bezrobocia. Przedwojenna klasa robotnicza też była zdziesiątkowana przez wojnę, a nowy ustrój degradował ją przy programowej apoteozie. W pierwszych latach broniła się, wybuchały strajki, później starannie przemilczane. Lecz szybko została ona zdominowana przez napływ pracowników z przeludnionych wsi i przez tych miastowych, którzy dawniej nie mogli liczyć na stałe zajęcie. Nie wydaje się by ci ludzie kiedykolwiek – jeśli nie liczyć tak zwanego aktywu robotniczego, czyli wszelkich działaczy – stali się entuzjastami nowego systemu. Nie byli jednak oparciem dla zbrojnego podziemia.
Jego obecność była powszechnie odczuwalna. Wywoływała bardzo różne uczucia. Nienawiść, strach, irytację, zrozumienie, sympatię. Lecz nawet ona nie przekładała się na czynne poparcie leśnych, a tym bardziej na napływ ochotników do lasu. Po straszliwej wojnie, serii klęsk, po stratach i cierpieniach brakowało chętnych na udział w beznadziejnym przedsięwzięciu, nawet jeśli skądinąd uważało się je za słuszne. Coraz mniej jednak tak uważało. Również w lasach.
Jedna bomba atomowa…
…i wrócimy wnet do Lwowa. Co ta bomba przy okazji rozwali jakby nikogo nie obchodziło. Dziś się może wydawać, że to już wtedy był gorzki żart i figura retoryczna. Ale byli tacy, którzy wierzyli. Szczególnie w lasach.
Początek zimnej wojny datuje się od przemówienia Winstona Churchilla w Fulton, w USA, 5 marca 1946 roku, kiedy wprowadził pojęcie żelaznej kurtyny, rozciągniętej od Szczecina nad Bałtykiem do Triestu nad Adriatykiem. Ale to był dopiero opis podziału Europy. Natomiast rozgrywka Wschód – Zachód zaczęła się parę miesięcy później.
W roku 1946 Stalin podobno miał wylew i Wiaczesław Mołotow przejawił własną inicjatywę. Podział Niemiec na dwa państwa nie był jeszcze do końca przesądzony i Mołotow dał do zrozumienia, że nie jest też przesądzona granica na Odrze i Nysie i że można by ją zrewidować na korzyść Niemiec, lecz tylko proradzieckich, rzecz jasna. W odpowiedzi amerykański sekretarz stanu James F. Byrnes wygłosił 6 września przemówienie w Stuttgarcie, w którym z grubsza powiedział to samo, odwracając sytuację. Pozycję miał o tyle słabszą, że Zachód miał swoje strefy okupacyjne na zachodzie Niemiec i był oddzielony od obiektu przetargu – granicy polsko – niemieckiej, a linia Odry i Nysy była kontrolowana przez ZSRR. Bać trzeba się więc było protektora, który dopuszczał możliwość przehandlowania naszych granic, ale w Polsce nagłośniono przemówienie Byrnesa. Pamiętam jakiś wiec protestacyjny, gdzieś na Dolnym Śląsku i wrzeszczącego na nim generała. Chyba nazywał się Zawadzki, ale nie Aleksander, lecz jakiś inny. Władza dostała do dyspozycji straszak niemiecki, którym posługiwała się do drugiego upadku Gomułki. A jeszcze nawet w stanie wojennym.
Z punktu widzenia tzw. obozu londyńskiego, podziemia w kraju i harcerzy z Lasku Wolskiego napięcie między niedawnymi sojusznikami mogło doprowadzić do kolejnej wojny ludów, takiej jak ta, o którą modlił się Mickiewicz i która przyniosła Polsce wolność w roku 1918. Jej perspektywa uzasadniałaby prowadzenie walki partyzanckiej gdyby wybuch miał nastąpić niebawem. W dłuższej perspektywie jednak praktyczne by były raczej przygotowania w ścisłej konspiracji i praca wywiadowcza na rzecz zachodnich sojuszników. Do tej taktyki usiłowano przystąpić, w kraju i na Zachodzie, kiedy ruch partyzancki był już rozgromiony, lecz pozostała po nim konspiracja była infiltrowana i wręcz prowadzona przez bezpiekę. Skończyła ona tę grę, inscenizując spektakularną wpadkę tej konspiracji, kompromitację części emigracji politycznej oraz wywiadów USA i Wielkiej Brytanii. Ale to był późniejszy skutek, w roku 1953 – tzw. afera Bergu.
Zaraz po wojnie dość sprawnie jeszcze funkcjonował ”Londyn” przez co należy rozumieć ówczesną emigrację polityczną. Ministrowie, generałowie zdążyli już byli poznać Zachód od strony politycznej i możliwości wojennych. Mogli i powinni byli wiedzieć, że Zachód też łapał oddech po morderczej wojnie, cieszył się pokojem, bezpieczeństwem, liczył poniesione straty i martwił się o przyszłość. W dodatku wąsaty uncle Joe, jego Russia i Red Army (już zresztą w tym momencie Sowiecka a nie Czerwona) cieszyli się jeszcze dość powszechną sympatią, jako niedawni sojusznicy. Komuniści współrządzili w Francji, byli wielką siłą polityczną we Włoszech. Pomysł, że demokratyczne rządy Zachodu podejmą wyniszczającą wojnę ze swoim wielkim i potężnym sojusznikiem w interesie małego, kłopotliwego sojusznika był czystą abstrakcją.
Zresztą już w przemówieniu w Fulton Churchill powiedział, że sowiecki ekspansjonizm nie znaczy, że Moskwa chce wojny. Amerykańska, a potem natowska strategia zawarta została w słowie cointaiment – powstrzymywanie, odpychanie. Wojna Wschód – Zachód w Europie, na podobieństwo obu wojen światowych, stawała się możliwa raczej na skutek błędu, wypadku przy pracy. Obóz niepodległościowy jednakże przewidywał jej wyzwolicielski charakter, ale nie chciał brać pod uwagę niszczycielskich skutków jej przebiegu dla Polski i tego, że główną stawką w tej rozgrywce mogła być nie Polska a Niemcy.
W lasach nad Narwią partyzanci mogli sobie takie rozważania darować. Lecz ministrowie i generałowie ? Może myśleli, że zbrojne podziemie w Polsce, którym przecież nie kierowali, jakoś podbudowuje ich pozycje, czy zachęca Zachód do interwencji. Generał Anders wybuch powstania w Warszawie uznał nawet nie za błąd, ale za zbrodnię. Realistycznie oceniał jego szanse. A po wojnie, kiedy to miał wrócić na białym koniu, nie wzywał by zaprzestać przelewania polskiej krwi w beznadziejnej walce. Liczył na trzecią światową. Zwrócił się do Waszyngtonu z propozycją odbudowy polskiej armii na Zachodzie, mającej brać udział w trzeciej wojnie światowej, na którą liczył. Ale to było w roku 1950 kiedy zbrojne podziemie w Polsce praktycznie nie istniało już od dwóch lat.
Klęska
Aleksander Fadiejew, sowiecki pisarz i działacz na odcinku kultury, zostawił po sobie jedną naprawdę dobrą książkę. To ”Klęska”, z której po latach zapamiętałem tę jedną scenę. Wojna domowa, Daleki Wschód czy Syberia. Czerwoni partyzanci, padający z głodu i ze zmęczenia, lokują się w obejściu chłopa, Koreańczyka. Szukają pożywienia i znajdują przemyślnie schowane prosię. Gospodarz, jego żona i dzieci, zrozpaczeni i przerażeni, błagają dowódcę by je zostawił. To jest jedyne ich pożywienie na zimę. Dowódca jest przybity. Święcie wierzy w szlachetne cele rewolucji. Jest przekonany, że walczy o lepsze życie dla takich właśnie ludzi. Wie, że nie mają oni niczego innego do jedzenia i jednocześnie wie, że za chwilę każe zaszlachtować prosiaka. Jego ludzie zjedzą jeden posiłek i będą w stanie przemaszerować jeszcze kawałek.
Realista oceniający ten opis zapewne uznałby za mało realną jedynie rozterkę dowódcy.
Tyle się pisało, pisze i będzie pisać o partyzantce, o wszelkich aspektach jej działania, stosunkowo niewiele uwagi poświęcając jej czynnościom kwatermistrzowskim. Partyzanci przede wszystkim stale potrzebują jedzenia. Potrzebny im bywał transport; konie i wozy. Muszą nieraz uzupełnić garderobę i obuwie. Czasem przenocować w jakimś obejściu. Zapewnić w nim bezpieczeństwo rannym i chorym. To wszystko może im zapewnić jedynie teren, na którym akurat działają. Czyli praktycznie chłopi.
Polska wieś w okolicach 1945 roku znajdowała się w dość specyficznej sytuacji. Z jednej strony, żywność była, niekiedy dosłownie, na wagę złota. Może dlatego, że brakowało jej również na wsi. Mężczyźni poszli do wojska w trzydziestym dziewiątym i daleko nie wszyscy jeszcze wrócili. Młodzież płci obojga była wywożona na roboty do Reichu. Przez Polskę w okresie kilku lat dwukrotnie przewalił się front z milionowymi armiami. Różnie się to nazywało, przeważnie kontygenty, lecz ściągała je bezwzględnie władza niemiecka, a po niej i polska. Wieś była ograbiona, pozbawiona środków produkcji i nie bardzo miał kto produkować.
I na tym tle należy rozpatrywać zaopatrywanie partyzantek, bo było ich kilka. Armia Krajowa, Narodowe Siły Zbrojne, Bataliony Chłopskie. To te większe znane i uznane. Do tego wiele różnych, lokalnych i wędrujących oddziałów, z różnie nazywających się organizacji podziemnych. Samodzielne grupy uciekinierów z gett i z obozów dla jeńców sowieckich. Z czasem pojawiała się Gwardia, potem Armia Ludowa. W miarę zbliżania się frontu nadchodziły oddziały partyzantki sowieckiej. Już później, w południowo wschodnich rejonach zjawiły się wypierane z Ukrainy oddziały UPA.
Działania partyzantów powodowały wysyłanie oddziałów karnych Wehrmachtu, wszelakich sił policyjnych, pacyfikacje. Obie strony wymuszały informacje, powoływały szpiegów i szukały szpiegów przeciwnika. Karano za udzielanie informacji i wszelakiej pomocy to Niemcom, to partyzantom. Postępowanie było przyśpieszone, kary okrutne i natychmiastowe. Pobicia, zabójstwa, gwałty. Konfiskaty, czyli rabunki. Do tego nieraz na jednym terenie pojawiały się partyzantki walczące przeciw sobie nawzajem. Plagą też były liczne bandy rabunkowe, programowo bardzo brutalne. Niekiedy podszywały się pod znane struktury. Te, dopóki były centralnie dowodzone, starały się niezbyt skutecznie utrzymywać jakiś porządek. Było to trudne. Skład osobowy wielu terenowych oddziałów niekoniecznie przypominał młodzież z warszawskiej AK.
Chłopi też nie byli zwolennikami nowej władzy. Reforma rolna nie dotyczyła wszystkich, raczej bezrolnych i robotników rolnych niż gospodarzy. Nie budziła na wsi powszechnego entuzjazmu. Ale też niekoniecznie budziła entuzjazm kontynuacja partyzantki już po odejściu Niemców, kiedy wymęczona wieś najbardziej liczyła na dawno oczekiwany spokój. Chłop publicznie wybatożony za wzięcie ziemi z reformy nie stawał się zwolennikiem leśnych.
Partyzantka tego okresu stawała się coraz bardziej wędrowna. Na autentyczne poparcie łatwiej może liczyć partyzantka lokalna. Nie bytuje ona w lasach, czy w górach, lecz składa się z miejscowych, którzy w dzień robią w swych gospodarstwach, a od czasu do czasu skrzykują się, wygrzebują ukrytą broń i ruszają na akcję. Taka przetrwała na zachodniej Ukrainie do lat pięćdziesiątych. – Automaty tam dadzą czy brać swoje ? – pytali w popularnej sowieckiej anegdocie tamtejsi rekruci na zebraniu informacyjnym. Ale oddział, który przychodził z Wileńszczyzny na Mazowsze, czy z Wołynia w Lubelskie miał problemy. Lokalna władza przeważnie nie składała się z przysłanych z Moskwy emisariuszy. To miejscowi szli do lokalnej milicji czy nawet powiatowego UB, zajmowali stanowiska w urzędzie gminnym. Krewni, sąsiedzi traktowali ich nieraz jako swojaków na urzędzie, co to mogą ostrzec, pomóc, czy przymknąć oczy. Dla partyzantów byli to zdrajcy wysługujący się sowietom, członkowie komunistycznej władzy, których należy likwidować. Tym słowem często się określało zabójstwo.
Nurt narodowy w partyzantce za wrogów uznawał nie tylko przedstawicieli władz lecz również mniejszości narodowe. Zabijał więc Białorusinów – patrz wstęp – i Żydów. Nie tylko tych z UB i z PPR, ale jak leci, choćby wyciąganych z zatrzymywanych pociągów.
Partyzanci w większości mieli za sobą lata walki, wyrzeczeń, niebezpieczeństw. Przed sobą zaś nie widzieli szans na pomyślne wyjście. Wokół siebie odczuwali coraz większe niezrozumienie, niechęć i zdradę. W coraz większym stopniu zdawali sobie sprawę, że są już zwierzyną łowną, a nie stroną konfliktu. W takich warunkach w ludziach rodzi się brak współczucia dla innych, zaciekłość i okrucieństwo. Podobnie było po stronie władzy, która też słusznie czuła się zagrożona.
Były to czasy kiedy łatwo się zabijało. Jeden z nielicznych już ”wyklętych” opowiadał w rozmowie z dziennikarzem z okazji nowego święta, że trudno mu było strzelać do polskich żołnierzy, ale nie miał żadnych oporów jeśli chodziło o ubeków i ruskich. Do UB raczej nie brali na siłę. Kto tam szedł wiedział, że się naraża. Z żołnierzami sprawa wydaje się bardziej skomplikowana. Również z sowieckimi. W trzydziestym dziewiątym Armia Czerwona po prostu najechała Polskę, działając wspólnie i w porozumieniu z Niemcami. W latach 1944 i 1945 armia ta zniewalała Polaków, lecz jednocześnie ratowała przed Niemcami. ”Ocaliliście, ale nie wyzwoliliście” – formuła Jerzego Pomianowskiego najlepiej oddaje charakter ówczesnej sytuacji.
Żywotnym i realnym – co ważne – interesem Polaków było jak najszybsze zwycięskie zakończenie wojny z Niemcami. Każdy jej dzień oznaczał nowe ofiary. A Stalin już się tak bardzo nie śpieszył. Swój udział w Niemczech miał już umówiony z zachodnimi sojusznikami, a po drodze realizował podporządkowanie sobie Polski i innych krajów. Dlatego nie wykorzystał Powstania Warszawskiego dla przyspieszenia marszu na zachód. Dlatego rozprawiał się z partyzantami AK na Wileńszczyźnie i na Wołyniu, którzy zamierzali być i już bywali – choćby w Wilnie – sojusznikami w walce przeciw III Rzeszy. Polacy w wielu miejscach nawiązywali stosunki, czy nawet krótkotrwałe współdziałanie z sowieckim wojskiem, lecz napadani, bronili się, unikając nierównej walki gdzie mogli, Ale też kiedy mogli atakowali. W dawnym ZSRR ciągle nie rozumieją dlaczego niewdzięczni Polacy zabijali swoich wyzwolicieli.
Pierwsza Dywizja, Pierwszy Korpus, a na terenach podległych PKWN była już Pierwsza Armia. Znalazło się w niej i walczyło sporo akowców, choć niebezpieczeństwo groziło im nie tylko ze strony Niemców lecz również kontrwywiadu polskiego i sowieckiego. Formowano Drugą Armię i planowano sformowanie też trzeciej. Nie wyszło na skutek kolosalnej dezercji. Wielka część dezerterów znalazła się w lesie. Można ich zrozumieć, mają teraz swe święto. A co z tymi, którzy zostali, przełamywali Wał Pomorski, forsowali Odrę i Nysę, zdobywali Berlin ?
Już wkrótce jakaś ich część, wcielona do Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i pozostająca w szeregach WP walczyła ze swymi niedoszłymi towarzyszami broni.
Ernest Skalski



Każda długotrwała wojna zostawia za sobą rozpieprzone społeczeństwo. I morze krwi, i pokolenia niesprawiedliwie pokrzywdzonych, i chaos nie do ogarnięcia.
I jeszcze tylu domaga się sprawiedliwości. I prawa.
Jechałam przed chwilą autobusem 128, który ma krańcówkę przy Trębackiej u zbiegu Focha (tam, gdzie ma stanąć pomnik katastrofy lotniczej). Zwykle pusty autobus był pełen starszych i średnio starszych ludzi. Niektórzy mieli flagi polskie. Jechali pod Grób Nieznanego Żołnierza. Z oblicz sądząc niektórzy pasażerowie autobusu jako Żołnierze Wyklęci byli całkiem nieznani… Na pl. Piłsudskiego stały dość liczne grupy z flagami. W autobusie słyszałam komentarze: „teraz jest nasza uroczystość, ta w południe była reżimowa”. „Wtedy świętowały resortowe dzieci, teraz my, prawdziwi”, „A Bronek na niej nie zasnął?” Itd., itp. Ten dzień to kolejne święto państwowe, które dzieli. Trawestując porzekadło: „przeżyliśmy Utrwalaczy, przeżyjemy i Wyklętych”. Z białoczerwonymi opaskami na rękawach dołączyli do nich dyżurni ze słynnego namiotu na przeciw Pałacu Prezydenckiego. Zagrzewali do boju lecącymi z głośników pieśniami partyzanckimi. Boju o Pałac Prezydencki. Z kombatantem Jarosławem Kaczyńskim na czele i Andrzejem Dudą przemawiającym dla niepoznaki w jego imieniu.
Ładny kawałek historii, poleciłbym do lektury obowiązkowej specjalistom z IPN. Niech rozwijają poszczególne wątki,
a jest co. Zwłaszcza ci najmłodsi co wiedzą wszystko z lektur.
Dziś IPN potwierdził znalezienie kości Danuty Siedzikówny, 18 letniej dziewczyny zamordowanej przed komunistyczne żołdactwo. Zapewne ona nie rozumiała złożoności świata, może jej intencje przynależności do żołnierzy wyklętych były romantyczne. Może…. Ale z losów takich ludzi tworzy się legendy, takie jak Emilia Plater 100 lat wcześniej,
Obiema rękami podpisuję się pod realpolitik, ale starcie komunistów z leśnymi partyzantami nic z realpolitik nie miało wspólnego.
W każdej wojnie łatwiej o zbrodnie. Łatwo znaleść przykłady etycznego postępowańia pojedynczych żołnierzy wermachtu oraz czynów haniebnych dokonywanych przez jednostki z AK. ale to nie zmienia oceny kto miał rację i która formacja walczyła o Polskę, a która przeciw niej.
Wśród komuńistów zdarzali się ludzie porządni, a wśród żołnierzy wyklętych bandyci. Ale ci pierwsi służyli obcemu najeźdźcy, zaś ci drudzy walczyli przeciwko niemu,
Można psychologizować, że polski żołnierz w 1939 podający swojej artylerii parametry ostrzału skutecznego wobec linii niemieckich przy świadomości, że sam zginie, miał depresję. Może… Ale tak tworzone są legendy.
Realpolitik to zimne planowanie i skuteczna strategia. Jednym z jej środków są legendy, bo to one tworzą historię „powszechną”.
Głupota polityczna przywódców powoduje najwięcej niepotrzebnych ofiar, nie jest jednak usprawiedliwieniem bandytyzmu i ludobójstwa. Niezapłacone przez III Rzeczpospolitą udokumentowane rekwirowanie mienia przez WP w 1939r. wobec zadośćuczynień dla Niemców którzy dobrowolnie opuścili Polskę w czasach PRL zakrawa na propagowanie bandytyzmu wojennego.
Wojna skończyła się 70 lat temu. Zmarłym i poległym
hołd przyjęło się oddawać listopada, nie marca. Wyklęci,
Lot 10.04.10, Biały Namiot, Łączka, Pilecki, ekshumacje, doły śmierci, Panny Wyklęte. Likwidacja pomników, stawianie słusznych. Jak wydzieranie kart z encyklopedii. Rekonstruktorzy, marsze katyńskich cieni, kibole-patrioci. Histo(e)ryczny rewizjonizm prawicowy.
I, coś (hasło z FB) dla pokrzepienia serc: Cały świat przeprasza polską prawicę za Oscara dla Idy. (!)
Errata: 1 listopada.
Właśnie taka narracja doprowadza mnie do opadu rąk: że wyzwolenie spod okupacji niemieckiej było „obcym najazdem” a ci którzy mordowali chłopów, bo mieli czelność wziąć „panską ziemię” z reformy rolnej – „walczyli o Polskę”. I owszem walczyli, aby na powrót dostać swoich niewolników i by znów jakiś głupawy Wieniawa mógł wzjez∂żać na koniu do Adrii. PRL okazał się korzystny dla 90% Polaków. Teraz przedstawiany jest inaczej, bo Amerykanie przywrócili do wladzy owe „tradycyjne” 10%, które zatrudniło historyków i prokuratorów do przepisywania historii. Łajdackie to, ale cóż począć, kiedy moi rodacy są, należy to powiedzieć, w swej masie raczej głupi i pogrążeni w ignorancji.
Tekst długi a przez swoją zawiłość oddający złożoność rzeczywistości okresu 1939-1945 i całego okresu 1945-1989. Jak się dobrze przyjrzeć, to zawiłość losów ludzkich towarzyszy Polakom od wieków i pewnie potrwa jeszcze trochę. Agresja Rosji na Ukrainie nie pozwala wykluczać, że mogą nastepowac rozmaite nawroty takiej „zawiłosci” także i u nas. Chociaż lepiej byłoby aby ta „zawiłość” dotyczyła już tylko badań historycznych.
Historia młodej bohaterki
Danuta Siedzikówna urodziła się 3 września 1928 roku. W wieku 15 lat z siostrą Wiesławą złożyła przysięgę AK. Następnie odbyła szkolenie sanitarne. Po wkroczeniu Armii Czerwonej w 1944 r. została kancelistką w nadleśnictwie Hajnówka.
W 1945 r. wraz z pracownikami nadleśnictwa została aresztowana przez NKWD-UB za współpracę z antykomunistycznym podziemiem. Z konwoju uwolnił ją patrol wileńskiej AK Stanisława Wołoncieja „Konusa”, podkomendnego mjr Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. W oddziale „Konusa”, a potem w szwadronach por. Jana Mazura „Piasta” i por. Mariana Plucińskiego „Mścisława” pełniła funkcję sanitariuszki. Krótko jej przełożonym był por. Leon Beynar „Nowina”, znany później jako historyk i publicysta Paweł Jasienica.
Na przełomie 1945-46 z dokumentami na nazwisko Danuta Obuchowicz podjęła pracę w nadleśnictwie Miłomłyn w pow. Ostróda. Wiosną 1946 r. nawiązała kontakt z ppor. Zdzisławem Badochą „Żelaznym”, dowódcą jednego ze szwadronów „Łupaszki”. Do lipca 1946 r. służyła tam jako łączniczka i sanitariuszka, uczestnicząc w akcjach przeciw NKWD i UB. W czerwcu 1946 r. wysłano ją do Gdańska po zaopatrzenie medyczne.
20 lipca 1946 r. aresztowana przez UB i osadzona w więzieniu w Gdańsku. Po ciężkim śledztwie 3 sierpnia 1946 r. skazana na karę śmierci przez gdański Wojskowy Sąd Rejonowy.
„Powiedzcie babci, że zachowałam się jak trzeba”
Akt oskarżenia zawierał zarzuty udziału w związku zbrojnym mającym na celu obalenie siłą władzy ludowej oraz mordowania milicjantów i żołnierzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Zarzucono jej m.in. nakłanianie do rozstrzelania dwóch funkcjonariuszy UB podczas akcji szwadronu „Żelaznego” w Tulicach pod Sztumem.
W grypsie z więzienia przesłanym siostrom napisała: „Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba”. Zdanie to – według historyków – odnosi się nie tylko do śledztwa, ale też odmowy podpisania prośby o ułaskawienie. Prośbę taką do prezydenta Bolesława Bieruta skierował za nią obrońca. Bierut nie skorzystał z prawa łaski.
Danutę Siedzikównę zabił 28 sierpnia 1946 r. strzałem w głowę dowódca plutonu egzekucyjnego z KBW. Wcześniejsza egzekucja z udziałem żołnierzy się nie udała. Żaden nie chciał zabić „Inki”, choć strzelali z odległości trzech kroków.
Wraz z „Inką” zginął – również skazany na śmierć – ppor. Feliks Selmanowicz, ps. Zagończyk. Jako ochotnik uczestniczył on w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 r. W czasie II wojny był on m.in. żołnierzem 3. oraz 5. Wileńskiej Brygady AK mjr. „Łupaszki”, gdzie pełnił funkcję zastępcy dowódcy plutonu. Został aresztowany w lipcu 1946 roku.
POWYŻSZY OBRAZ ZBRODNI – TO NIE WYRWANY Z KONTEKSTU PRZYPADEK. MOGĘ PODAĆ INNE, TAKŻE Z RODZINNEGO KALENDARZA
Polacy nie odzyskali wolności po wkroczeniu do Polski Armii Czerwonej.Władza gładko przeszła z rąk okupacyjnych władz niemieckich w ręce dowództwa Armii Czerwonej.
Później ta władza została oddana zaufanym polskim komunistom.To z nimi,polskimi komunistami,z łaski Stalina nowymi władcami Polski,walczyli żołnierze powojennego podziemia.
Dzisiaj wiemy,że ich walka była skazana na niepowodzenie. Za polskimi komunistami stały tysiące sowieckich doradców cywilnych,wojskowych,NKGB.Dzisiaj to wiemy a wówczas?
*
Prawda,ci-nazywani dzisiaj żołnierzami wyklętymi-nie byli bez skazy.Ale oni walczyli o wolność Polski,walczyli zabijając tych,którzy poszli na służbę u nowego okupanta.
Taka jest wojna…
„walczyli o wolność Polski,walczyli zabijając tych,którzy poszli na służbę u nowego okupanta” – i to się nazywa walką z okupantem? W ten sam niemal sposób PiS walczy niby z niepolskim rządem i państwem (kondominium)!
Dziękuję Erneście za mądry tekst. Nie ma nic gorszego niż polityka historyczna zamiast historii.
@Jerzy Klechta. Ja też mogę podać pryzkłady z własnej rodziny, choćby mojego dziadka, plk. „Leonarda”, Leonarda Żaczkowskiego. Wprawdzie przezył, ale niewiele brakowało. Ernest Skalski nie twierdzi, że takich tragicznych postaci nie było, tylko że historia nie jest tak prosta i gładka jak kora mózgowa twórców polityki historycznej.
Jeśli chodzi o wygrane powstania to były cztery: dwa wielkopolskie (1806 i 1918), jedno śląskie (1920) i powstanie sejneńskie (23-28 sierpnia 1919) przeciwko Litwinom. Pozdrawiam
Panowie a słyszeliście o akcjach partyzantki żydowskiej i radzieckiej, które ze sobą współdziałały?
*
Zbrodnia w Koniuchach – masakra dokonana 29 stycznia 1944 przez partyzantów żydowskich i radzieckich (Litwini i Rosjanie) na co najmniej 38 polskich mieszkańcach (mężczyznach, kobietach i dzieciach – najmłodsze miało 2 lata) we wsi Koniuchy. Nie jest znana dokładna liczba ofiar, ale szacuje się ją na 38-130 osób. Oddział żydowski biorący udział w ataku na wieś liczył 50 ludzi, a połączone oddziały rosyjsko-litewskie około 70 osób (wśród tych trzech grup najliczniejsi byli Żydzi). Według jednego z napastników, Chaima Lazara, celem operacji była zagłada całej ludności polskiej łącznie z dziećmi jako przykład służący zastraszeniu reszty wiosek.
W powojennych opracowaniach, na podstawie m..in. relacji żydowskich uczestników ataku na wieś (np. Izaaka Chaima i Chaima Lazara) często podawano informacje o zamordowaniu wszystkich polskich mieszkańców wsi Koniuchy. Wiadomo to ponieważ Żydzi po wojnie się tym chwalili. Informacja stwierdzająca, że wymordowani zostali wszyscy polscy mieszkańcy wsi Koniuchy pojawiała się także w ówczesnych meldunkach struktur Polskiego Państwa Podziemnego.
Dowodzący masakrą Genrikas Zimanas (litewski komunista) po wojnie został uznany za bohatera, władze Polski Ludowej przyznały mu Virtuti Militari. Odznaczenia nigdy mu nie odebrano. To była jedna z wielu tego typu akcji radzieckich i żydowskich partyzantów wymierzonych w polskie wsie. Była też chociażby masakra polskich mieszkańców wsi Naliboki przez oddziały radzieckich partyzantów 8 maja 1943. Oddziały radzieckich partyzantów pod dowództwem Pawła Gulewicza z Brygady im. Stalina i z oddziałów „Bolszewik”, „Suworowa”, w tym grupa składająca się z osób narodowości żydowskiej, zamordowały ok. 128 polskich mieszkańców miasteczka podejrzewanych o przynależność do AK (przeważnie mężczyzn, ale także dzieci i kobiety).
Ciekawe czy powstanie jakiś film w stylu Pokłosia albo Idy :)
Za chwilę się dowiem, że Żydzi podstępnie mordowali SS-manów i założyli Ku Klux Klan razem z Murzynami i Eskimosami.
Dzięki PO budżet IPN-u rośnie jak na drożdżach, więc gloryfikacja „Burego”,”Ognia ” i im podobnych dopiero rozkwita.
Skoro Wielka Trójka zatwierdziła Polskę jako radziecką strefę wpływów, to dlaczego nie walczono z armiami USA,ZSRR czy Wlk. Brytanii ?
„Ernest Skalski” – Syn oprawców z KBW, czy pożyteczny idiota? Ręce opadają… Komuniści wypuścili z więzień morderców i bandytów w zamian za podszywanie się pod żołnierzy konspiracji. Warunki, żywnościowe się poprawiły… Nie dla mojego dziadka który został wysłany na sybir. Niemcy też zdobywali Rosję… Co z tego… Mamy im za to dziękować, że na okupywali, wsadzali do więzień, mordowali… A może pomnik im postawmy. Trudno się odnieść do wszystkiego tak Pan miesza…
a teraz poważnie proszę o konkretny przypis/y do tego fragmętu bo to chyba trzeba zgłosić do prokuratury:
„Na przełomie stycznia i lutego 1946 roku, w powiecie Bielsk Podlaski, oddział Pogotowia Akcji Specjalnej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, dowódca, kapitan Romuald Rajs ”Bury”, zastępca, porucznik Kazimierz Chmielewski ”Rekin”, wykorzystał w charakterze furmanów kilkudziesięciu miejscowych chłopów, Białorusinów, a następnie trzydziestu rozstrzelał. Towarzyszyła temu masakra ludności białoruskiej w kilku wioskach. W jej trakcie zabito 47 – 58 osób, a w tym 16 dzieci, wśród których były niemowlęta. Pięć osób zmarło później z ran. Rannych było 28 – 35 osób. Domy spalono, dobytek zniszczono i zagrabiono”
Jest Pan zdrajcą i sprzedawczykiem, a za takie oszczerstwa powinien Pan być ścigany. Ci ludzie jeszcze żyją, a Pan już wymazuje pamięć o nich i manipuluje faktami.