Stefan Bratkowski: Atlantyda, tak niedaleko (9)18 min czytania

()

2012-08-26

O prawdziwych znaczeniach tajemniczych słów

Zaczynamy, jak należy, od początków. Na północy przyszłej Rusi, na przyszłej Wielkorusi, nad Ilmenem, nad rzekami Wołchowem, Łowacią i Mstą pierwotnie żadnych Słowian nie było. Najstarsze warstwy ich grodzisk na tym terenie pochodzą z VII – VIII stulecia. Dopiero zresztą nie tak dawno zaczęto owe grodziska rozkopywać – jeszcze w latach pięćdziesiątych Piotr Nikołajewicz Trietiakow, archeolog doprawdy kompetentny, narzekał, że ani grodzisk, ani osiedli rolniczych Słowienów nadilmeńskich po prostu nie badano. Sprowadzili się tutaj dopiero, jak wiemy od archeologów, w VI wieku – a sprowadzili się nie wiedzieć czemu, bo tu w epoce europejskiego chłodu panował ziąb ostrzejszy niż gdziekolwiek tam, skąd przyjść mogli. Przesuwali się ze swym osadnictwem gdzieś chyba z podobnych obszarów, gęściej może zasiedlonych, wypychani ze swych siedzisk przez pobratymców, wręcz wyganiani… Ich imię plemienne pozwalało na śmiałe domysły: skoro dotarli nad górny Dniepr z przyszłej Wielkopolski Radymicze i Wiatycze, może podobnie osiedli nad Ilmenem wielkopolscy straszni Lędyce, Lędzianie? Ale to, jak i w przypadku Polan, raczej zbliżone tylko źródło plemiennego imienia. Nic bowiem nie wskazuje, by ci „Lendzaninoi” greckiego zapisu, „Lędzianie”, przyszli z jakichś odległych terytoriów. W otoczeniu obcych ludzie zdolni porozumiewać się ze sobą wspólnym „słowem” nazwali się „Słowienami”. Dopiero tu – jak to zdefiniował Nestor. Nazwali tak siebie też nie na długo.

Co ich ciągnęło na północ? Piotr Iwanowicz Laszczenko w roku 1949 otrzymał nagrodę stalinowską I stopnia za „Historię gospodarczą ZSRR”. Zaczął ją, co naturalne, od czasów przedhistorycznych. Ale pozwolił Słowienom przecisnąć się przez nie.

Obowiązująca teoria marksistowsko-leninowska wymagała, by szukali ziemi do uprawy. Jako – rolnicy. Wprawdzie Borys Griekow sam przytoczył w swojej „Rusi kijowskiej” wszystkie argumenty dokładnie sprzeczne z takim ich powołaniem, ale wnioski wyciągał, i on, i wielki (naprawdę wielki!) historyk, Michaił Mikołajewicz Tichomirow, słuszne. Ciekawe, że ani jeden, ani drugi nie powołali się na ściśle „rolnicze” imię Słowienów: „lęda”, późniejsza „ljada”, oznaczała w gospodarce żarowej wykarczowane pole, użyźnione popiołem ze spalonych, ściętych drzew, gotowe do zasiewu. Słowienie „Lędzanami” byli co najmniej do połowy X wieku, zanim ich wojenna elita nie uznała rolnictwa za brudne zajęcie.

Słowienie ani rusz nie chcieli pilnować się radzieckiego marksizmu. Gdyby się znali na rolnictwie, wybraliby zachodnią stronę wzniesienia Wałdaju, której żyźniejsza gleba rokowałaby jakieś warte zachodu plony. Ale oni chyba tego nawet nie wiedzieli. Żyli przede wszystkim z hodowli i z lasu, jak ich tutejsi sąsiedzi i poprzednicy. Niełatwo przychodziło tu znaleźć do karczunku i wypalenia jakiś kawałek puszczy mniej podmokły. Większych obszarów
dostatecznie suchych w ogóle nie było. Tu powstało pojęcie „syrosieku”, czyli, gdyby to przetłumaczyć na polski – „mokrosieku”, wilgotnego gruntu uprawnego po ściętych i wypalonych krzewach i borach.

Nowogród Wielki, jak pisał Laszczenko, „często musiał przywozić zboże z innych ziem”. Ja pewien jestem, że – z małymi wyjątkami – zawsze. A co najmniej od czasu, gdy mieszkańców tego regionu zrobiło się za dużo jak na możliwości własnego rolnictwa, nie znającego płodozmianu. Nieurodzaje na tych jałowiejących ziemiach, zanim wycięto nowe syrosieki, oznaczały głód, mąka z żołędzi wystarczyć nie mogła. Kiedy, jak później, podczas najazdów tatarskich, nie można było sprowadzić zboża z południa lub wschodu, żywiono się mchem, igliwiem sosnowym, korą lipową i liśćmi wiązu (zjadłszy już wszystkie konie, psy i koty). Czy naprawdę zdarzało się ludożerstwo? Nie bardzo w to wierzę; w nieodległej puszczy można było jednak polować, zastawiać sidła i pułapki, łowić tam ptaki, a w rzekach ryby. Przy braku mąki ceny zboża rosły szybciej niż ceny chleba. Jak przypuszczam, dlatego, że mąkę na chleb stale uzupełniano tutaj mąką ze startych żołędzi, nie tylko w okresach głodu…

Tym bardziej podziwiać wypada zaradność ludzką – encyklopedia rosyjska zna hasło „siennaja muka”, mąka… z siana. Mamy opis całej technologii! Jakość tej mąki, iście nowogrodzkiej, zależała od rodzaju trawy, terminu zżęcia i sposobów suszenia, a najlepiej było kosić dla niej trawy „bobowe”. Wzbogacała ją więc domieszka – bobu. Ta najstarsza jadalna roślina strączkowa naszej części świata lubi akurat gleby wilgotne, ot, jak znalazł dla „syrosieków”, uprawnych półmokradeł pogorzeli na ziemiach nowogrodzkich. Dziś taką mąką, bogatą w białko i witaminy, wzbogaca się pasze bydła, nierogacizny i ptactwa domowego; wtedy uzupełniano nią i mąkę z żyta.

Ja w ogóle w to rolnictwo nowogrodzkie nie bardzo wierzę – wbrew opiniom czcigodnego prof. Walentina Janina, wbrew, tym bardziej, całej galerii historyków sowieckich, którzy musieli zainstalować tu porządny feudalizm, a bez rolnictwa tego się zrobić nie dało. Gospodarka żarowa utrzymała się tu po wiek XIX, a w technice upraw Słowienie nowogrodzcy ze swoją sochą pozostali tak zacofani, że łatwo dedukować, skąd na pewno – nie pochodzili.

Na pewno nie przybyli z południa przyszłej Rusi, ta bowiem dość wcześnie orała pługiem; więc na pewno i samego Nowogrodu nie zasiedlił żaden „kniaź kijowski”. Wprawdzie według XIX-wiecznego znawcy języka rosyjskiego, Władimira Iwanowicza Dala, można „przypuścić, że Słowianie ilmeńscy oddzielili się od Słowian Naddnieprza i przynieśli ze sobą na północ południowe narzecze”, ale my dziś wiemy, że nie tylko ci wschodni, ale wszyscy Słowianie mówili wtedy językami bardzo do siebie zbliżonymi (dopiero w VIII wieku zaczną się one różnicować). Nie było to więc żadne „południowe narzecze”, jeno wspólne wszystkim, z różnymi, lokalnymi odrębnościami. Ci z północy zaś najwidoczniej od paruset lat nie utrzymywali bliższych kontaktów z cywilizacją południa i nie wiedzieli, co daje w uprawie roli pług z jego odkładnicą w porównaniu nawet z radłem, nie mówiąc o sosze…

Nie bardzo wiedzieli, co pług, a co radło, także i historycy deklarujący swój marksistowski kult „historii kultury materialnej”, jak się to oficjalnie nazywało. Ani wielki Borys Griekow, ani cytowany wyżej Piotr Laszczenko nie odróżniali pługa od radła! Laszczenko pisał o „starodawnym pługu-radle” (!), Griekow nazw obu narzędzi używał wymiennie.

Tymczasem radło jedynie podcinało warstwę gleby i korzenie chwastów, nie odkładało skiby, wzruszało więc tylko ziemię; orało się po pierwszej orce drugi raz poprzecznie, z reguły – kilka razy; potem brona rozbijała bryły, często zaś robiło się to i ręcznie, grabiami i kijami.

Co dawał pług, można było wyczytać u nieocenionego, „starego” Grahama Clarka, wielkiego archeologa od gospodarki prehistorycznej: lemiesz, odwracając skiby, umożliwia przesuszanie podglebia, wydobywa dla siewu nie wyjałowioną warstwę ziemi. Pierwsi nim orali Celtowie, sądząc po danych archeologicznych – alpejscy. Od nich przejęli pług sąsiadujący z nimi Germanie. Jego nazwa celtycka, wedle Pliniusza z I w. po Chr., „plaumorati”, zawierała ten sam indoeuropejski rdzeń, co nasze „oranie”, który być może został u nas po dosyć rozległej obecności Celtów. Germanie nazwali pług słowem „pflug”, pochodnym raczej od uprawy, czyli pielęgnowania, od opieki nad czymś, słowem bliskim dzisiejszemu pflegen (pielęgnować, doglądać), nie od kołka – „plog” z długim „o”, jak chciał Brueckner (kołek akurat kojarzyłby się z sochą, nie z pługiem). „Plog” pozostał w Szwecji pługiem, a kołkiem, czopem – „plugg”. Niemcy nie wymyślali osobnych terminów dla składników konstrukcji – Słowianie dla każdego mają inne słowo, pewnie po elementach radła, któremu po zetknięciu z pługiem przyprawiali odkładnicę, choć samą nazwę pługa wzięli od Germanów (nie byłoby „płużycy” ani „radła płużnego” bez kontaktu z pługiem).

Jeżeli nasi domniemani kuzyni, Radymicze, a zwłaszcza Wiatycze, ojcowie Moskwy, naprawdę przywędrowali z terenów przyszłej Wielkopolski, powinni byli zabrać ze sobą pług lub chociaż pomysł odkładnicy. Radymicze, jak doszedł Borys Rybakow na podstawie materiału z ich kurhanów, starali się zająć najżyźniejsze połacie czarnoziemu. Wedle Griekowa pług byłby tu jak znalazł. I zgadza się: Nestor pod rokiem 981 informuje, że Włodzimierz narzucił Wiatyczom dań „od pługa” – choć wszyscy dokoła przez wieki jeszcze orali sochami. Nestor znał pług, wiedział, czym się różni od radła, i choć wcześniej daninę dla Światosława określił jako płaconą „od radła”, tym razem specjalnie zaznaczył, że Wiatycze ojcu Włodzimierza, Światosławowi płacili „od pługa”… Słowienie najprawdopodobniej żyli przedtem gdzieś wśród błot, lasów i bagien, oddaleni od postępów rolnictwa. Gdyby to byli wielkopolscy Lędzianie, powinni by już orać pługiem.

Nauczywszy się wytapiać żelazo, mocowali Słowienie na rylcach swoich soch „narogi” z żelaza, soszniki – jak i Czudź ze Starej Ładogi w VIII wieku. Nadal jednak – i potem przez wieki całe – orali nie pługami, a takimi wyrąbanymi z drzew gałęziami. Te właśnie tereny ugro-fińskie, bałtyjskie i północno-słowiańskie były ojczyzną sochy dość szczególnej: rosochatej. Niezastąpiona „Kultura ludowa Słowian” wielkiego polskiego etnografa, Kazimierza Moszyńskiego, wiąże twórców sochy z puszczą:

„W okolicach leśnych, gdzie dokoła mieszkańców >rośnie na drzewach cały szereg gotowych form<, gdzie obfite są kształty >samourodzone<, jak mówią nasi chłopi, lud w wysokim stopniu wyzyskuje te formy dla swoich celów. Wiemy, iż taki np. Poleszuk, przechodząc przez las, a nie mając nic lepszego do roboty, zawczasu wypatruje sobie na drzewach jarzma, motyki, części sochy, itp.”

I tu przytacza Moszyński anegdotę, jak to leniwy chłop, wypatrzywszy wśród gałęzi dębu przyszłe jarzmo dla wołów, a nie będąc pewny, czy będzie pasowało, przyprowadził, żeby sobie zbędnej roboty nie zadać, wołu pod drzewo, podciągnął go do góry i przymierzył do gałęzi. Od wieków, jak widać, wyobrażano sobie, że chłop się nie przepracowuje, bo wszystko mu ziemia sama daje i wszystko dlań samo rośnie…

Socha nie była słowiańska, także i ta jednorylcowa; Słowianie mieli radło. Sochę wśród nich znali właśnie tylko Słowianie północno-wschodni, wśród nich i część przyszłych Polaków z takiego skraju swego osadnictwa. Jej miano jest raczej ugro-fińskie, niż pierwotne indo-europejskie, bo Finowie jedyni mają dziś słowo jej pokrewne – „saha”, piła (socha „kroi”, „piłuje” grunt). Gdyby wzięła się z gockiego „hoha”, pług, znaliby to słowo na południu Rusi słowiańscy sąsiedzi Gotów – a nie znali. Litwini swoją „szaka”, gałąź, wzięli albo od szepleniących Krywiczów, albo razem z prasłowa indoeuropejskiego (Aleksander Brueckner cytuje indyjskie „sakha”, gałąź). Czyli że Słowienie, jeśli już, od Czudzi tutaj uczyli się rolnictwa.

Doceńmy tę rosochatą, czudzką sochę. Była inteligentnym pomysłem: nie jeden, ale dwa szpikulce pruły glebę. Niemniej tylko się nimi spulchniało ziemię, rozdzierając ją zaciosanymi rosochami; nawet żelazne soszniki nie odwracały skib jak odkładnice u lemieszy pługów. Teza, że pług nie nadawał się do gospodarki żarowej, wzięła się chyba stąd, że jej wyznawcy naukowi nie bardzo wiedzieli, po co się w ogóle ziemię orze i bronuje. Otóż robi się to po to, by umożliwić krążenie wody i powietrza w glebie, podczas gdy warstwa popiołu łatwo się zlepia, wiążąc drobinki pyłu…

Przodkowie wszystkich owych leśnych rolników Europy odkryli przed wiekami, co daje pogorzel, ruski „pał”, „ogniszcze”, spalenie, zwykle w sierpniu, drzew ściętych i wykarczowanych wiosną, a wyschniętych przez lato. Gleba z popiołem, dobroczynnym, naturalnym nawozem potasowym, za pierwszym razem dawała wręcz podobno 50 do 80 ziaren z jednego wysianego ziarna, zamiast kilkunastu do dwudziestu paru w normalnych zbiorach na czarnoziemach Ukrainy. Ale to przesada. Dawała, nawet proso, 25 do 30 ziaren. Pszenicy czy żyta – znacznie mniej.

Borys Griekow, który już u Dregowiczów chciał widzieć „wyższe formy gospodarki żarowej”, wyczytałby u etnografów, że na północnych krańcach Wielkorusi jeszcze z końcem XIX wieku uprawiano „pały” jak przed tysiącem lat, zaś rosyjski specjalista od geografii historycznej, Władimir Siergiejewicz Żekulin powiada, że na ziemi nowogrodzkiej aż po lata trzydzieste XX wieku!

Rosyjski „Encikłopiediczeskij Słowar” z końca XIX wieku podawał, że nadal wtedy orano sochami i że uprawiano „pał” pięć, sześć lat pod rząd. Pierwotnie notabene „pał” był „koriełą”, od Karelów, którzy słowiańską północ tego nauczyli. Potem „pritierieba”, ziemia wytrzebiona z drzew, przetrzebiona, trzebież po naszemu, miała zarastać lasem z powrotem; po kilkunastu latach można go było ciąć znowu. „Laulaje”, ludowi bardowie fińscy, przez wieki śpiewali w owych pieśniach, zebranych w „Kalevalę”, jak to robił jej główny bohater, Vaeinaemoeinen. Żekulin przytacza całe bogate słownictwo tej gospodarki, opisuje fazy robót, aż po obsianie „liadiny”. Gospodarka dwupolowa? Trójpolówka? A po co? Puszcz tu nie brakowało…

Nie było to wielkie rolnictwo. Nawet siły wołów, mocniejszych od koni, racjonalnie wykorzystać nie umiało. Czudź orała wołami w jarzmach przyrożnych, Bałtowie także. Przez całe stulecia – jeszcze u Wincentego Pola, czyli w XIX wieku, na Litwie „wół za rogi orał”. Słowienie sami też niczego więcej nie umieli.

Nie doszli nad Newę, nad jeziora Newo i Onegę, najstarsze ślady należą tam do Czudzi. Dziś identyfikujemy ją z protoplastami Estończyków, ale w rzeczywistości Nowogród Wielki zwał tak wszystkie plemiona ugro-fińskiej północy, przede wszystkim zaś – najbliższych sąsiadów, Wotów, Wodź. Przeplatały się z nimi tu i tam osady rozmaitych Bałtów – nazwanych tak łącznie, jak wiemy, przez naukę; oni sami nie wiedzieli, że są „Bałtami”. Miejsca dla nikogo tu nie brakowało, choć nie brakuje, po dziś dzień, najrozmaitszych zagadek – bo „Czudzią” ani przodkowie Estów, ani żadne też inne plemiona ugro-fińskie same siebie nie nazywały.

Żeby wyjaśnić źródło tego imienia, iście ekwilibrystycznych łamańców intelektualnych dokonywał wielki Max Vasmer, autor nieocenionego słownika etymologicznego języka rosyjskiego. Ten uczony niemiecki, do czasów bolszewickich profesor uniwersytetu petersburskiego, wiedział doprawdy wszystko i trudno znaleźć języki indo-europejskie, których by nie znał. „Czudzi” nie dał rady. Odwoływał się do słów gockich i… lapońskich. Jego słuch, o paradoksie, nie odnotował, jak brzmią następne zaraz hasła w jego własnym słowniku – „czużdyj” i „czużyj”. Cytował wprawdzie, że rosyjskie „czudo” to po polsku „cudo”, a „czużdyj” i „czużyj” to polski „cudzy”, a jednak nie odgadł, że Czudź w języku Słowienów, którzy nie „mazurzyli”, nie obracali dźwięku „cz” w „c”, oznacza po prostu „cudzych” – dokładnie tak samo, jak dawni, łatwo porozumiewający się ze sobą Czesi i Polacy określili swoich dalszych, bo germańskich sąsiadów, „Niemcami”, „niemymi”, z którymi nie można się porozumieć.

Jak siebie zwała sama Czudź? Nie jest to bez znaczenia, bo dzisiejsi Wielkorusi są co najmniej w połowie (!) potomkami zruszczonych, rozmaitych plemion ugro-fińskich. Czudź należała do kręgu najbliższych partnerów i przyjaciół Nowogrodu. Pytanie, co to była za Czudź?

Nie „Estowie”. Choć już Tacyt w I wieku po Chr. wspomina jakichś „Estów”, nigdy nie istniał taki naród, ani nawet plemię. „Estowie” oznaczali tych ze wschodu – w nomenklaturze Zakonu Kawalerów Mieczowych i Duńczyków. Jeśli „Estowie” pojawiają się w niektórych pieśniach fińskiej „Kalevali”, świadczy to jedynie, że datować należy te akurat pieśni najwcześniej na wiek XIII. U Foote’a i Wilsona, autorów przeglądowego dzieła „Wikingowie”, tajemniczy „Kołbiagowie” to ma być od „kylfingr”, od „kolfr”, specjalnie oznakowanego drewnianego kija, po którym się rozpoznawali członkowie organizacji, zwani w Bizancjum XI wieku „kolpiggami”. Nasz Brueckner wyprowadzał ich imię od „Kolbe”, pałki. Cóż, cała ugrofińska północ Rosji pełna jest nazw Kołb, Kołbino, Kołbinskij. Na późniejszej nowogrodzkiej bierieście nr 389 mamy Aleksego Kołbińca i mamy w Nowogrodzie późniejszą rodzinę Kołbińców. Jest w Szwecji, nad jeziorem Maelaeren kilkanaście kilometrów od Vaesteras, siedziby biskupstwa, bardzo stare miasteczko Kolbaeck.

Mam jednak niespodziankę dla dzisiejszych Estończyków – wiem, jak się nazywali i jak się powinni nazywać we własnym języku. Pomogła mi rozwiązać zagadkę – wiedza naszych wspaniałych arabistów. Z początkiem XIV wieku arabski encyklopedysta, Szams ad-Din ad-Dimaszki, pisał o pewnym ludzie, zwanym „Kieliabij”. Żył on na brzegach morza Wariażskiego razem z Wariagami i Słowianami! Mogłem dzięki temu skojarzyć XI-wiecznych Kołbęgów, Kołbiagów, z latopisowym, XIV-wiecznym imieniem Samsona Kołybanowa oraz imieniem „bogatyra” bylinnego z dalekiej Północy, przyjaciela i towarzysza bojów Ilii Muromca, Samsona Kołybanowicza, który być może dostał imię owego rzeczywistego Samsona z latopisów. Obu wreszcie skojarzyłem z „Koływan”, wielowiekową, staroruską wersją nazwy Kalevanlinna, „twierdzy Kalevanów”, czyli późniejszego Tallina, w źródłach notowanej już w X wieku.

Nieśmiertelny dla Finów Elias Loennrot, ojciec „Kalevali”, który ją zestawił z fińskich ludowych pieśni-baśni, wyznawca ludowej przeszłości Finów, dobierał teksty, świadczące o takiej przeszłości różnych synów Kalevy, zarówno kowala, jak rolnika-czarodzieja. Dla Estończyków bohaterem ich eposu narodowego jest inny, za to waleczny wojownik, syn Kalevy, „Kalevipoeg”. Epos też uskładano, wzorem Loennrota, z pieśni ludowych i sag. Kaleva jednak nie był spokojnym, wiejskim gospodarzem, ani żadnym wodzem, wybitnym i zwycięskim. Był mitologicznym ojcem Kalevanów, wszystkich swoich „synów” – bogiem błyskawicy, jak białoruski Perun i skandynawski Thor. Zachował się po dziś dzień we współczesnym słowie fińskim „kalevantuli”, oznaczającym błyskawicę bez grzmotu.

Kalevanowie nie stronili od wojaczki, wśród bylin „Włodzimierzowych” mamy bardzo wczesną starinę o Kolibanie-bohaterze, na pewno nie o szekspirowskim Kalibanie z „Burzy”. Mówili językiem Czudzi, Wotów, nie mogli operować w swym narzeczu niemiecką „pałką” (Kolbe), ani staro-nordyckim „kolfr”. W VII i VIII wieku wznosili solidnie umocnione, ale drewniane grodziska; Kalevanlinna była „twierdzą Kalevanów”, nie Kalevy. Imieniem „Kalevipoeg” archeologia estońska ochrzciła w naszych czasach powtarzający się pewien typ grodu. Mieli przed czym się chronić, gród w Rouge, na południu Estonii, od VIII do XI wieku napastnicy spalili sześć razy! I choć możemy włożyć między bajki rzekomego „szwedzkiego króla Ingwara”, który około roku 600 najechał wybrzeża estońskie, poniósł klęskę i zginął, to z morza nieśli Danowie śmierć i zniszczenie po wielekroć, podobnie jak i wojny między plemionami.

Na terenie dzisiejszej Estonii i północnej Łotwy znajduje się specyficzne ślady pochówków w wieloosobowych, rodowych grobach, ogradzanych na powierzchni prostokątami z wielkich Głazów. Dopiero od VI wieku układano je bez specjalnego geometrycznego porządku. Do II wieku po Chr. ci nieznani poprzednicy ugrofińskich mieszkańców ciała swych zmarłych grzebali, w późniejszych wiekach palili uroczyście na stosach. Także – Karelowie, którzy nauczą Słowienów gospodarki żarowej i być może od niej wywiedli swe ugro-fińskie imię jako „hodowcy bydła” („karja” po fińsku to „bydło”, a „Karjala” to Karelia). Dla mnie to imię brzmi zagadkowo – bo skąd ten rosyjski „karlik” i polski „karzeł”? Przecież nie od Karola? Ani od skandynawskiego „karl”, mężczyzna, co oznaczało kawał chłopa? Czy przypadkiem ci Karelowie nie byli w poprzedniej wersji „Łopami”, „karłami”, których imię i ziemie przejęło plemię ugrofińskie? Nad Ładogą siedziała Iżora („Isae” po fińsku to „ojciec”, zaś „rae” to „grad”). Archeologom Iżorę od Karelów odróżnić dość trudno, w ich mogilnikach pochówki ciałopalne dość długo sąsiadowały z pogrzebanymi ciałami. Czyli że wszyscy zmieniali wiarę dość zasadniczo… Tę pierwotną uchowali na terenach dzisiejszej Estonii i Łotwy aż po wiek XIII. Na ziemi nowogrodzkiej, o ile wiem, owych kamiennych mogilników się nie spotyka – czy przybyli tu wcześniej Wotowie porzucili dawne obyczaje? I dlaczego? Żebyż to wiedzieć… A może nikt mogilników, jeśli były, jeszcze nie zdążył opisać? Archeolog Sofia I. Koczkurkina przekopywała północne ugrofińskie mogilniki, te Karelów, dopiero w latach siedemdziesiątych XX wieku…

Nadal wszystko przed archeologami. Jeśli nie wszystko, to bardzo dużo.

(cdn)

Stefan Bratkowski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.