– Lubię cię, choć jesteś zarozumiały – powiedziała Ania Augustyńska, gdy w drodze ze szkoły, goniąc się po chodniku, natknęliśmy się na jej matkę; jedno z nas musiało się potknąć, bo po chwili Ania leżała na ziemi, a ja na niej. Mieliśmy po 11 lat. Powiedziałem jej kiedyś, ze w moim słowniku „zarozumiały” to ktoś, kto posługuje się rozumem.
– Czy Maryś nie jest trochę zboczony?– To pytanie kierowniczki szkoły nie zrobiło najmniejszego wrażenia na mojej bezkrytycznej matce. Rodzice Ani zabronili jej wracać ze mną ze szkoły, w której zdarzało mi się na lekcji polskiego głośno ziewać z okrzykiem „nuuda”, a raz czytając na glos góralską opowieść rozbawiłem klasę, gdy zamiast „juhas”, przeczytałem „hujas”.
Ostatnio znalazłem na półce egzemplarz “Ferdydurke” z poprzedniej epoki introligatorskiej: po rozsypaniu się kartek każdy rozdział osobno umocniłem zszywaczem i wśród bezsennych nocy upajam się tym fajerwerkiem szkolnego zarozumialstwa – na nowo odkrywając pojedynki na miny, Syfona gwałcenie przez uszy, Galkiewicza niezachwycanie się Słowackim, Miętusa bratanie się z parobkiem, szukanie łydek u Młodziaków, ciągle to upupianie i przyprawianie gęby.
Na nocnym stoliku leży też książka innego mojego mentora Williama Saroyana, z którym łączy mnie jego świadomość ormiańskiej zagłady i wspólne doświadczenia dzieciństwa spędzonego w sierocińcu. We „Własnym życiu”, tak opisuje Saroyan swoje zarozumialstwo:
„Jak daleko w głąb czasu sięgam pamięcią, bylem egocentrykiem, miałem poczucie swojej sławy, osobowości, postawy, czy jak to zechcecie nazwać; odkąd siebie pamiętam bylem z siebie dumny, ze swego zdrowia, dobrego wzrostu i słuchu, bystrości umysłu i ducha, ze swego śmiechu i z samego faktu, że istnieję”.
Dedykuję ten cytat Ani Augustyńskiej. Która lubiła mnie, gdy mieliśmy po 11 lat.
Marian Marzyński


