Piotr Topiński: Ekonomika przyrody – suszenie Żywiecczyzny13 min czytania

()

wiśniaII2015-05-02.

1000 km kwadratowych powierzchni, ponad tona wody spada na każdy metr kwadratowy mojego powiatu. Program „ochrony jeziora żywieckiego” zakłada jak najszybsze pozbycie się tej wody, przesłanie jej Małopolsce wraz ze wszystkimi kłopotami. Autorzy projektu mało świadomi, że wraz ze spuszczeniem wody pozostaną kolejne kłopoty i tworzone będą kolejne koszty, ale póki co, z dumą podkreślają, że podatników UE kosztowało to już  (na razie) ponad miliard a kolejny miliard jest już “w drodze”. Ogłoszono bowiem III fazę  projektu “ochrona wód Jeziora Żywieckiego”. Ów miliard to suma znacznie zaniżona, bo kolejne miliardy schowane są w systemach odwadniania dróg, rowów odwadniających…wszystkich, dość kosztownych urządzeń, tyle, że to pieniądze już z innego paragrafu. Choć Żywiecczyzna jest dość mokra to źródła nie są przecież niewyczerpywalne. Wody już jest coraz mniej, bo lasów coraz mniej. Zbocza gmin Rajcza, Ujsoły rażąco wylesione. Wariactwu wyrąbywania jeszcze się oparły lasy Jeleśni.

Z drugiej strony to fajny interes, w wysuszenie obszaru władujemy kilka miliardów, ożywimy przedsiębiorczość, zniszczymy lasy i środowisko a potem, z tego samego powodu Unia Europejska da kolejne miliardy na likwidowanie skutków tego pomysłu …bo wody zacznie brakować! Ale przecież się kręci!

Beskid Żywiecki i Mały zaopatruje w wodę dwa sztuczne jeziora przegrodzone dwiema zaporami: w Tresnej, tworzącej jezioro żywieckie, o którego ochronie tyle wrzawy i w Porąbce gromadzącej już od niemal stu lat wodę w jeziorze Międzybrodzkim. W sumie, przy maksymalnym napełnieniu obydwu jezior, można tam zgromadzić 0.1 km3  wody. To mniej niż spływa z lasów naszego obszaru w intensywne deszcze i wówczas stąd właśnie zalewane są wsie i miasteczka poniżej. Kolejny raz polecam swoją prezentację na ten temat:

Ale… to już nie sprawa naszych ale Małopolskich samorządów. Niech się martwią!

1000 km2 z czego 15% to las, ostrożnie przyjmijmy, że w lesie na każdym km2 znajduje się 200 tys ton biomasy (w liściach, korzeniach, krzewinkach, żuczkach i mrówkach) z czego 60% to woda. Lasy zajmują na Żywiecczyźnie 15% powierzchni, więc 150 km2 x 120 000 ton = 18 000 000, z czego połowa jest uwiązana na ok. 2 dni a druga połowa krąży w ekosystemie. Z prostego rachunku wynika więc, że co najmniej 9 mln ton wody dzień w dzień lata luzem nad Żywiecczyzną. Tylko 9 mln i tylko w lasach i tylko jednego dnia a lasów szczęśliwie przybywa bo padło gazdowskie rolnictwo więc i zakrzaczeń na polach coraz więcej. Tak więc wody krążącej w małych cyklach wodnych,  szczęśliwie może przybywać.

Z liczb przytoczonych w pierwszym zdaniu tego tekstu wynika, że niemal sto milionów ton wody, którą mogą zatrzymać dwa jeziora, to nie jest licząca się skala. Katastrofa zwykle, póki co, co kilka lat, następuje w  końcu czerwca, w letnie deszcze. Tradycyjnie pomiędzy św. Janem a św Piotrem. Na każdy metr kwadratowy spada wówczas kilkadziesiąt cm i jeśli poleje na całym obszarze, wówczas dwa jeziorka o ograniczonej pojemności nie mogą mieć, dla bezpieczeństwa doliny, większego znaczenia (też już o tym pisałem: Prywatne: Piotr Topiński: Lokalne sposoby na lokalny klimat)

Znaczenie ma las, bo tam się woda zatrzymuje, stamtąd paruje i tam wsiąka i się skrapla.

Woda w górskich lasach jest kumulowana przez rośliny w trakcie deszczy, mgieł, śnieżyc i szybko uwalniana w drobnych, niewielkich cyklach wodnych. Zieleń się rozwija, akumuluje coraz więcej i coraz więcej wody a czym więcej jej krąży w tkankach, tym więcej jest uwalnianej i zaopatrującej źródła wszystkich rzek biegnących do samego morza. Dojrzałych lasów mamy coraz mniej, w lasach coraz mniej starodrzewia, coraz mniej poszycia, którego biomasa powinna się bardziej liczyć w tym bilansie. Tym większą wagę powinno się przykładać do zatrzymania wody w przestrzeni lasu (i nie tylko lasu) poprzez odpowiednie jej organizowanie. Woda, zanim dotrze do potoku, powinna się zatrzymać w jarach, kałużach, bajorkach, zagłębieniach gruntu, leśnych torfowiskach. Powinna!!! Czyszczenie leśnych i polnych jarów, prostowanie i obetonowywanie potoków jest działaniem sprzecznym z podstawową wiedzą o tworzeniu się powodzi, o bioróżnorodności ekosystemów, o ekologii w ogóle  …i powszechnym.

Słowacy, Czesi, Norwegowie, Austriacy, Szwajcarzy już to wiedzą, już wdrażają: gdzie można kopią dołki, grodzą jary i potoczki. My kombinujemy gdzie by tu jeszcze postawić kolejną zaporę, wydać kolejne pieniądze, chwalić się rekordowymi wydatkami. To akurat idzie dobrze, w mojej wsi w codzienne odprowadzenie jednego metra3 ścieków “zainwestowano” milion złotych, przy okazji zdrenowano znaczny obszar. Na szkoleniach sugeruję, że jeżeli koszt utylizacji 1 m3 ścieków przekracza 10 tys zł, można podejrzewać działania korupcyjne. A tu dla moich samorządów milion to sukces! Aż dziw, że nie zainteresował się tym sam Guiness, że nie wspomnę o miejscowej prokuraturze.

Gazda, któremu woda zalewa chałupę ma dwie możliwości przeciwdziałania: albo pójdzie w górę, gdzie las i gdzie nie ma zabudowań i tak zorganizuje przestrzeń by woda się tam zatrzymała i do niego nie dopłynęła, albo przekopie rowek przez swoje obejście, by woda nie zdążyła się rozlać, zatopić piwnic, by spłynęła jak najszybciej …i zalała sąsiadów poniżej. Sąsiedzi poniżej robią to samo, wody pędzi coraz więcej i coraz szybciej, bo “sąsiadów poniżej” przybywa równie szybko jak wody a każdy z nich ułatwia wodzie spłynięcie do tych jeszcze poniżej. Czym więc dalej od zalesionych gór, tym możliwości zatrzymania wody coraz mniej. Radośnie rosną budżety “zabezpieczeń przeciwpowodziowych”.

Czym wyżej wodę zatrzymamy, tym lepiej, bo porządkowanie leśnej przestrzeni pod kątem zwiększenia możliwości retencyjnych lasu wychodzi najtaniej i daje najlepsze efekty.  Pokazywałem już w którymś z poprzednich tekstów film edukacyjny o tym, z powodzeniem mi służący w trakcie wykładów i seminariów

Materiał został nakręcony na Słowacji, ale podobne projekty działają w Czechach, Norwegii i krajach alpejskich. Nie u nas! choć las na tym tylko zyskuje zarówno od strony czysto produkcyjnej jak i w sferze pozaprodukcyjnej.

Czym niżej wodę spuścimy tym mniejsza szansa, że w “cyklach obiegu wody” wróci ona do nas. Nie doceniamy małych, lokalnych cykli obiegu wody, licząc na ten wielki, globalny. To złudzenie!  jak się nie zadba o te małe, ten duży nie tylko nie pomoże ale jeszcze narobi kłopotów. Polecam prezentację z grudnia 2014 na ten temat:

Jeziora Żywieckiego nie trzeba będzie czyścić, bo wyschnie!   …a potem trzeba będzie zwracać unijne pieniądze z powodu wydania pieniędzy na czyszczenie jeziora, którego już nie będzie:)

Mamy promocję III fazy programu “czyszczenia jeziora Żywieckiego”,  …w celu rozwoju turystyki :), ma to polegać na “uregulowaniu” całej zlewni tego jeziora. “Projekt zakłada wzmocnienie brzegów rzek i regulacje koryta “ a wszystko dla “promowania dostosowania do zmian klimatu, zapobiegania ryzyku i zarządzania ryzykiem oraz ochrona środowiska naturalnego i wspieranie efektywności wykorzystania zasobów.” Gdyby autorzy projektu zechcieli się zapytać przyrodników, okazałoby się, że we wszystkich punktach programu skutki mogą być całkiem odwrotne.

Problem polega oczywiście na braku dyskusji. “Inwestorzy” organizują spotkania, bo lista obecności “konsultacji społecznych” musi być załącznikiem do sprawozdania, ale unikają zapraszania osób mających inne zdanie. Dopiero, jeśli się zdarzy wielkiej rangi awantura zaczyna się porządkowanie. Kosztowne i niepotrzebne, jak było nad Rospudą, jak dzisiaj jest, w mniejszej skali, na Pilsku (Prywatne: Piotr Topiński: Pożegnanie Pilska) ,jak będzie przy projekcie Odra-Łaba-Dunaj zakładający przekopanie Europy w poprzek. Rzecz polega na tym, że koncepcje inżynierów i przyrodników w tej samej sprawie się nie spotykają albo spotykają się dopiero w boju (Piotr Topiński: Kanał Odra-Łaba-Dunaj)

To największy problem “inwestycyjny”… bowiem strony, które wcale nie muszą byś wrogo do siebie nastawionymi “stronami” stają się nimi dopiero wówczas gdy jest zbyt późno, gdy wydatki na projekty zaczynają się liczyć i są argumentem za kontynuowaniem inwestycji. Niekiedy pozostaje kosztowne gruzowisko, jak w “zabudowie górnej Wisły”, którego sprzątnięcie znowu wymaga wielkich pieniędzy i jak to sprzątanie, nie jest już inwestycją a odbyć się musi z kieszeni podatników. Starannie organizowane debaty dla osiągnięcia sukcesu technicznego nie mają nic wspólnego z całościowym przedyskutowaniem pomysłu, w szerokim gronie, przed jego zaprojektowaniem.

Pamiętam spotkanie sprzed bardzo wielu lat w tej sprawie. Inżynierowie wówczas przekonywali, że nie ma się co przejmować, że to co zniszczyli są w stanie zreperować. Spotkanie wówczas prowadził redaktor Maciej Iłowiecki z Polityki i zgodna opinia była, że NIE, nie da się. Wówczas dyskutowano nad zdewastowaniem doliny Biebrzy przez meliorantów. Chyba żeśmy o tamtych dyskusjach okresu przemian zbyt łatwo zapomnieli. Przede wszystkim zapomnieliśmy o atmosferze dyskusji.

Przecież nie musi być tak fatalnie! Jestem przekonany, że z Pilska można było zrobić perełkę turystyczną i to nie tylko zimową. Że program kanalizowania Żywiecczyzny mógłby kwitnąć i służyć rozwojowi całego Regionu. To wymagałoby jednak debaty na którą, jak się okazało, nie było miejsca, nie przewidziano czasu. Wójtowie musieliby spotykać się z osobami o innych poglądach i jeszcze wsłuchać się w argumenty. Zbyt ciężka to ofiara!

Żywiecczyzny po jej wysuszeniu inżynierowie nie reinkarnują. Nie ma ani na jeziorze, ani na dopływach ani jednego kąpieliska i nikt się tego nie spodziewa, woda w jeziorze śmierdzi i póki jeszcze płynie, będzie śmierdzieć a brzegi są tak zaśmiecone, że ładnie to wygląda tylko na fotografii. Bardzo ładnie na dalekich planach i pod słońce. Śmieci się przydają, bo po wezbraniach, latami pokazują jaki poziom woda osiągnęła.

Jezioro “czyści” firma zajmująca się wybieraniem z dna kamieni i sprzedawaniu go dla celów budowlanych. To niezły interes, tyle że z czyszczeniem nie ma nic wspólnego a nawet przeciwnie. Wydobywanie większych i mniejszych kamieni z dna powoduje ciągłe uruchamianie osadów i nie przeciwdziała “zamulaniu” jak to określają autorzy “III fazy”, bo muł właśnie tam zostaje, jest rozpraszany w zbiorniku i powoduje wtórne zanieczyszczenie jeziora. Kamienie się przydają i podnoszą wskaźnik przedsiębiorczości mojego regionu. Pomysły czyszczenia jeziora również nie były przedmiotem dyskusji. Samorządy wiedzą najlepiej a w swej wiedzy nie przeszkadzają im nawet o ,kilka poziomów rozsądniejsze programy czyszczenia podobnego jeziora prowadzone przez sąsiadów na Orawie, oddalonego o ok 50 km.

Pomysł “uregulowania” rzek Żywiecczyzny jest w swej istocie zapowiedzią stałych dostaw kamieni dla tego przedsięwzięcia. Czym rzeki “lepiej” uregulowane tym woda pędzi szybciej i raźniej, tym większa dostawa kamieni, żwiru, piasku… również mułu, tyle, że muł nie generuje przychodów, więc w projekcie jest pomijany a w jeziorze rozpraszany. Właśnie dzięki regulowaniu potoków, porządkowaniu leśnych jarów, systemom odprowadzania wody z dróg, po każdym deszczu wody spływa coraz więcej, coraz szybciej, niesie ze sobą coraz więcej, coraz większych kamieni. Będzie jeszcze szybciej! Dla tego kamieniarskiego biznesu każde wezbranie to woda na młyn! Niestety to też powoduje wypłukanie koryt rzek, które dzisiaj bardziej już są kanałami niż rzekami. W mojej wsi potok płynie ok 3 a miejscami 4 metry niżej niż płynął pół wieku temu a w 2010 roku w czasie letniej, kilkudniowej ulewy wyrył dno o kolejny metr a to oznacza także, że poziom wody w studniach o ok tyle też się obniżył. To dla samorządowców okazja do popisywania się planami wodociągowania obszaru a dla mieszkańców okazją do poszukiwania winnych. Poczucie winy nas samych nie dotyczy!

O wiele boleśniejsze skutki, w ten sposób sterowanego obniżania się poziomu wód podskórnych widać w wysychających lasach i ogólnym ograniczaniu bioróżnorodności. Przy takich różnicach poziomu wód, kałuże wysychają w kilka dni a nie jak przedtem w kilka tygodni a to niesie za sobą znaczne ograniczenia dla rozrodu żab, traszek (a mamy tu traszki, które są zanotowane w Czerwonej Księdze i za chwilę będziemy o tym mówili w czasie przeszłym). Ale też wszelkie plany rozwoju regionu zakładają, że będziemy żyli z turystyki. Regulacja rzek przeczy temu zadaniu, bo ogranicza  możliwości regeneracji lasu, rozrodu i wychowywania młodych. Las staje się nudny i przestaje być atrakcją dla turystów. A mamy tu jeszcze głuszce, wilki, niedźwiedzie, gniewosze. Turystę czymś trzeba zwabić, na pewno system skanalizowanych dróg i zabetonowanych potoków nie jest specjalną atrakcją.

Problem projektów dotyczących powstawania powodzi, szczodrze finansowanych bądź z konieczności, strachu, strategii przeciwpowodziowych dotyczy rzek. W sieci film “dajmy przestrzeń rzece”. Programy zabezpieczeń przeciw powodziom przewidują budowę zbiorników, progów, sezonowe wykorzystanie polderów, … jesteśmy chyba ostatnim krajem tej części Europy, gdzie nie dba się o źródła, o miejsca powstawania fali powodziowej. W górach! To najtańsze wyjście, najskuteczniejsze i sprawdzone u naszych sąsiadów. Nie tylko słowackich, bo podobne programy już funkcjonują na Ukrainie.

Klucz do racjonalnego gospodarowania zasobami wodnymi jest w lesie. Znaczenie lasu, jego wodochłonność można by jednak znacznie poprawić, gdyby leśnicy lepiej się kontaktowali z gospodarzami wód a Ci z włodarzami gmin i jeszcze, żeby taki zespół wzajemnie szanował wiedzę i umiejętności pozostałych członków zespołu. Niewyobrażalne!

Moja wieś z trzech stron otoczona przez góry. Pasmo kilkunastokilometrowe ułożone w podkowę a w niej, co kilkadziesiąt metrów – jar. Jarami, wiosną spływa woda z topniejącego śniegu, stoki porastają przylaszczkami, zawilcami, fiołkami …robi się pięknie. Las się zieleni, chłonie coraz więcej wody, coraz jej więcej ucieka i jar wysycha. W niektórych miejscach jar jest zaopatrywany przez leśne źródełka skąd stale ciurka nim 3 do 10 litrów wody na sekundę. W początkach czerwca przychodzą burze, kilkudniowe “kapuśniaczki” i na kilkuset metrowym odcinku z 3 litrów na sekundę robi się niekiedy 3 m3 na sek. Wezbrania trwają kilka godzin i nie ma miejsc spowalniających tworzącą się falę powodziową. Jarów jest dużo, łączą się w większe, te dalej się łączą z kolejnymi i woda dewastuje brzegi, mosty, drogi. III faza projektu “oczyszczenia jeziora żywieckiego” zakłada (i to jest ogłoszone drukiem), że zrobi co może, by wody spływało jak najwięcej i niosła jak największą energię, by szkody były duże, bo wówczas Komisja Europejska da pieniądze na infrastrukturalne inwestycje zabezpieczające przed powodzią. Da też na wodociągi, na wiercenie w skale ujęć z wód plioceńskich, bo wody kiedyś musi zabraknąć i nietrudno będzie przekonać mieszkańców, że to wina nieuchronnych zmian klimatycznych. Komisja Europejska doda więc forsy jeszcze raz a potem jeszcze kilka razy.

Bardzo przyjemny program!

Piotr Topiński

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

One Response

  1. andrzej Pokonos 02.05.2015