Jerzy Łukaszewski: Tato nie wraca; ranki i wieczory

legendy52015-05-07.

we łzach go czekam i trwodze;
Rozlały rzeki, pełne zwierza bory
i pełno zbójców na drodze
.

Wiersz Mickiewicza zaczyna się od stwierdzenia oczywistości, jaką był stan bezpieczeństwa obywateli w dawnych wiekach, a raczej jego braku, który to stan stworzył całkiem pokaźną literaturę piękną, bywał – jak widać – natchnieniem poetów i jest niemal całkowicie nieobecny w literaturze naukowej jeśli zażyczyć sobie całościowych opracowań.

A temat jest naprawdę frapujący i to z wielu powodów.

Po pierwsze, nawet pobieżny rzut oka na problem pokaże nam, że już na etapie klasyfikacji zjawiska zaczynają się schody. Przyczyny, formy, zasięg i cele są tak liczne i rozbieżne, że trudno sobie wyobrazić wrzucenie wszystkiego do jednego worka.

Po drugie szczupłość wiarygodnych źródeł styka się z ogromną ilością twórczości będącej raczej emanacją społecznego odbioru zjawiska, niż jego rzetelnym opisem. Dochodzi do tego, że prawdziwy obraz jakiejś postaci nie ma szans przebić się przez jej legendę.

Zacznijmy więc od legendy. Mało kogo zastanawia fakt, że literatura, nie tylko ludowa, zawiera tak liczne opisy praktyk rozbójniczych nie zawsze stawiając je w niekorzystnym świetle. Dotyczy to zresztą nie tylko literatury polskiej.

Jak to się dzieje, że w chrześcijańskim na wskroś narodzie tyle jest opowieści o bandytach nagminnie łamiących i piąte i siódme przykazanie, którzy grają rolę herosów godnych podziwu i naśladowania?

Czy poczucie krzywdy społecznej jest tu wystarczającym wyjaśnieniem? Widocznie tak, bo np. nagminnie spotykana kradzież doczekała się w dawnych wiekach nawet stosownego przysłowia: „ Okraść pana – nie grzech, okraść plebana – nie szkoda, okraść Żyda – zasługa”.

Mało tego – taka postawa doczekała się nawet politycznego wsparcia, gdzie tego rodzaju zdarzenia tłumaczono „klasowo” co miało być nie tylko usprawiedliwieniem, ale wręcz pochwałą.

Jeśli dodamy do tego częstą obecność w zbójeckich bandach „kapelanów” (na ogół zbiegłych mnichów) jak braciszek Tuck u Robin Hooda, spotykanych również w Polsce, tudzież odnotowane w źródłach dawanie przez zbójów na msze w rozmaitych intencjach, przed którymi datkami nie wzdragali się nie tylko wiejscy kapłani – obraz chrześcijańskiego społeczeństwa bardzo się nam skomplikuje.

Podobnie ma się rzecz z motywami, którymi kierowali się przestępcy. Na Podhalu bywało zbójnictwo procederem pozwalającym „dorobić” i wbrew obiegowym opiniom większość przypadków, to był „bandytyzm sezonowy”, w którym brali udział nie wyrzutkowie społeczeństwa, ale i gazdowie, ojcowie rodzin, właściciele gospodarstw.

Inną grupą byli bandyci zawodowi w puszczy sandomierskiej czy Borach Tucholskich. W tych ostatnich zjawisko istniało jeszcze w XX wieku, a konkretnie do końca I wojny, gdzie tworzyły się bandy złożone z dezerterów. Co ciekawe, XX wiek ze swoją powszechną edukacją nie był przeszkodą dla tworzenia się mitów i legend, jak te o Franciszku Kleinschmidtcie, o którym miejscowa ludność opowiadała, że potrafi zamieniać się w ptaki i zwierzęta, jest niewidzialny, a więc nie do schwytania. Kiedy ostatecznie Kleinschmidt zginął, miejscowi… nie uwierzyli w to. Mit okazał się silniejszy. W XX wieku.

Bywali złoczyńcy, których należy sklasyfikować jako „antysystemowych”. U źródeł ich wojny ze społeczeństwem nie leżała chęć zysku (a przynajmniej nie ona sama), a poczucie krzywdy i brak perspektyw jej naprawienia w istniejącym porządku prawnym.

Do takich ludzi należał m.in. Grzegorz Materna, kupiec gdański, z przełomu XV i XVI wieku, który nie mogąc doczekać się sprawiedliwości (lub tego co on uważał za sprawiedliwość) ze strony Rady Miejskiej, wypowiedział wojnę miastu. Zorganizował bandę, która terroryzowała kupców na szlakach wiodących do Gdańska. Być może sam się zdziwił, że uzyskał wsparcie u części szlachty kaszubskiej będącej w konflikcie z miastem, ale jest to udokumentowany fakt. Prowadził „działalność” lat kilka na całym Pomorzu (zdarzało mu się przekraczać nawet granice Marchii), a na dodatek bywał mile widzianym gościem u… biskupa kamieńskiego, który miał jakieś zadawnione anse w stosunku do nadmotławskiego grodu. Schwytany w Wielkopolsce zmarł nie doczekawszy procesu, ale na tym aktywność bandy się nie zakończyła. Pałeczkę przejął brat – Szymon Materna, który wsławił się tym, że trzykrotnie udało mu się podpalić przedmieścia Gdańska.

Sprawa bandy Maternów stała się nawet tematem negocjacji Rady Miasta z królem Kazimierzem Jagiellończykiem, który zalecał… dogadanie się ze zbójami. Tak właśnie się stało, miasto zaspokoiło pretensje Materny w 1508 roku i zapanował spokój. Jednak tylko do 1514 roku, gdy Materna ponownie „ruszył w pole” znów bez większego trudu zbierając liczną i dobrze uzbrojoną grupę.

Jeśli bracia Maternowie byli antysystemowi, to już XVII wieczny zbój Andrzej Ligęza był wprost produktem systemu, klasykiem warcholstwa szlacheckiego z podziwu godnym poczuciem bezkarności w niewydolnym systemie.

Potrafił zorganizować napad na miasto (Rzeszów), które w jego sporze ze stryjem Mikołajem udzieliło temu ostatniemu wsparcia. Po kilku dniach oblężenia zdobył zamek, który splądrował oddając miasto na pastwę swojemu żołdactwu. Nie poniósł w związku z tym żadnych konsekwencji, podobnie jak w przypadku napadu na kościół w poszukiwaniu swego wroga – brata szlachciury, którego zamordował po trzech dniach oblegania w zabarykadowanej zakrystii. Te trzy dni to m.in. biwakowanie w kościele, palenie w nim ognisk itd.

Podobnie działali bracia Fredrowie, którzy bez żadnych konsekwencji zamordowali w kościele Jana Orzechowskiego.

Pamiętniki opisują bandy szlacheckie z okolic Mławy, w których uczestniczyła szlachta … płci obojga. Sławne były biesiady kujawskie, na które „ tylko z testamentem trzeba się było wybierać”. Niezależnie od nich kujawska puszcza śleszyńska też była schronieniem licznych zbójów.

Znane z literatury (choćby z „Pana Tadeusza”) zajazdy szlacheckie były niczym innym jak bandyckim egzekwowaniem swoich rzeczywistych bądź mniemanych praw. Ciekawy przykład mentalności przedstawił pan Kmicic w „Potopie” mówiąc o swoich żołnierzach „niebożętach, co to raptem paru łyczków kańczugami po śniegu pognali, parę domów spalili i zaraz się hałas zaczął”. Skrzywdzone bidule.

Dość łatwo przechodzimy nad tym do porządku dziennego uważając te sprawy za swoisty „koloryt” czasów minionych, a sprawa jest i poważna i aktualna, bo dotyczy czegoś tak niezwykle istotnego jak stosunek obywatela do prawa państwowego, co może w sprzyjających warunkach stać się małym kamyczkiem uruchamiającym lawinę zmiatającą wszystko na swojej drodze, z państwem włącznie.

Jak to bowiem możliwe, że tyle przestępstw, tyle nieprawości uchodziło ludziom na sucho?

Bardzo prosto. Wystarczyło „podwiesić się” pod któregoś z magnatów, by pozostać nietykalnym. Drobna szlachta, że o hołocie nie wspomnę, dla własnego bezpieczeństwa stawała się klientami coraz silniej związanymi z patronem, nie bez konsekwencji dla całości systemu. Magnat dysponujący siłą zbrojną zdolną obronić klienta przed każdym sądem, nie robił tego przecież za darmo. Ceną były na ogół szlacheckie głosy na sejmikach i sejmach, co w efekcie przemieniało szlachecką demokrację w farsę.

Warto o tym pamiętać i dziś, bo nie jest powiedziane, że coś takiego nie może zajść w świecie nam współczesnym. Zaczyna się od rzeczy drobnych, niezauważalnych niemal, a kiedy zauważymy gnijące podstawy systemu, na ogół jest już za późno.

I niewiele ma to wspólnego z legendą o Janosiku, dość daleko odbiegającą od jego rzeczywistej historii i z opowiadaniem Karpińskiego, który w Stanisławowie był świadkiem egzekucji niejakiego Bajuraka idącego na miejsce straceń „ochotnie i grając na fujarce melodyjki”.

Mógł Morcinek zrobić z Szebesty Ondraszka, klasowego bohatera walczącego z uciskiem wyposażając go nadto w patriotyzm w opozycji do bezideowego Słowaka Jerzego Janosika (tak było w wersji Morcinka). Wszystko można.

Można zachęcać „rozp*** ten system!” i uchodzić za współczesnego bohatera ludowego budując swoją własną legendę dla wyłącznie własnej korzyści. Lud uwielbia bohaterskich zbójników, lud z rozkoszą zanurza się w mitach.

I nie przyjdzie mu do głowy, by z tych swoich zamiłowań wyspowiadać się przed plebanem będącym przecież strażnikiem dziesięciu przykazań, wśród których i siódme i piąte jest jednym z najprostszych i najmniej poddających się interpretacji.

A i sam pleban – wzór cnót i strażnik cudzej moralności nie za każdą myśl zgani, nie za każdy uczynek potępi. Miłość bowiem bliźniego zawsze bowiem stawia ponad prawem. Jakimkolwiek.

Tak czy owak, temat zbója polskiego kusi, by go wreszcie rzetelnie i całościowo opracować, bo przy bliższym spojrzeniu okazuje się być nie takim wcale marginesem, za jaki zwykle jest uważany.

Kupcze! Jedź w miasto, ja do lasu muszę;
Wy dziatki na ten pagórek
Biegajcie sobie, i za moją duszę
Zmówcie też czasem paciórek.

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email

7 komentarzy

  1. wejszyc 2015-05-07
  2. A. Goryński 2015-05-07
  3. Mr E 2015-05-08
  4. W. Bujak 2015-05-09
  5. Mr E 2015-05-13
  6. Mr E 2015-05-13
  7. j.Luk 2015-05-16
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com