Ernest Skalski: Pyrrus świętuje

stos trupy2015-05-10.

Obejrzeliście defiladę, odsłuchaliście Putina, to poczytajcie co wnikliwi i przyzwoici Rosjanie piszą o cenie odświętowanego właśnie zwycięstwa. (Co kursywą – napisane przeze mnie – Ernest Skalski) 

Porządnej statystyki strat wojennych ZSRR nie ma. O żonglowaniu danymi jest pierwszy przytoczony tutaj artykuł.

W historiografii najczęściej spotykało się dotychczas informację, że po stronie sowieckiej zginęło 12,5 milionów żołnierzy i  10,6 milionów cywilów. Straty niemieckie to 4,633 miliony żołnierzy i 2,7 miliony cywilów. Norman Davies podaje, że  80 procent zabitych w niemieckich siłach zbrojnych przypada na Ostfront. Czyli zginęło na nim  3,7 milionów. Łatwo podliczyć, że na jednego zabitego żołnierza Rzeszy przypada 3,4 zabitych żołnierzy ZSRR. Inny brytyjski historyk, Max Hastings podaje, że walcząc z ZSRR zginęło trzy czwarte niemieckich żołnierzy, a zabici żołnierze radzieccy to 95 procent strat osobowych całej koalicji. Porażająca to statystyka. Ale są też zupełnie inne dane. Wywracają one do góry nogami całą wiedzę o wojnie Niemiec z ZSRR.

Pisze Paweł Szabanow, dziennikarz, historyk z miasta Wołogdy.

Cena zwycięstwa

Próba nowego spojrzenia na straty Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej.

Kolejna, siedemdziesiąta rocznica zwycięstwa w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej przyniosła mętną falę topornej propagandy oraz zdumiewające odkrycie – okazuje się, że nasze straty wcale nie były  takie duże.

Obok oficjalnej wersji – około jedenastu milionów poległych żołnierzy – pojawiły się twierdzenia, że nasze straty były nawet mniejsze od strat Wehrmachtu.

I że to nie my zasypaliśmy Niemców stosami trupów, a oni nas. Nie wiadomo tylko, jak to się stało, że piątego dnia wojny niemieckie czołgi podeszły pod Mińsk.

Podawane  dzisiaj oficjalne liczby bezpowrotnych strat (zabici, zmarli, zaginieni):

Komisja Kriwoszejewa (Grigorij Kriwoszejew, generał-pułkownik, historyk wojskowości Rosji i ZSRR- e.s.) – 8,7 miliona zabitych (razem z jeńcami wojennymi 11,994 miliona, 2001 r.);  Maksudow (właść. Aleksandr Babienyszew, dawny dysydent, demograf, historyk, socjolog, uniwersytety USA i Kanady- e.s.) – straty niższe nawet nieco od oficjalnych – 11,8 miliona  (1977-93);  Timaszew (nie udało się ustalić o którego T. chodzi – e.s.) – 12,2  miliona  (1948). Stalin ogłosił, że Związek Radziecki stracił siedem milionów ludzi. Ilu wśród nich było cywilów, o tym kazano nie mówić. Tylko że bardzo trudno ukryć szydło w worku.

W 1959 roku przeprowadzono spis powszechny, którego wyniki opublikowała oficjalna prasa.  I natychmiast stało się jasne, na ile oficjalne liczby różnią się od rzeczywistych.

Do zdemaskowania prymitywnego szalbierstwa Stalina wystarczyła najprostsza arytmetyka: przewaga kobiet nad mężczyznami (rok urodzenia 1939 i wcześniej) sięgnęła astronomicznej liczby 21,9 miliona. W momencie poprzedniego spisu ludności, przeprowadzonego właśnie w 1939 roku, wynosiła ona 7,2 miliona. Do tego wszyscy wiedzieli, że w czasie wojny zginęło również mnóstwo kobiet.

Chruszczow mówił już o dwudziestu milionach zabitych.

Dziewiątego maja 1990 roku w gazecie „Izwiestia” ukazał się artykuł Michaiła Siergiejewicza Gorbaczowa  „Lekcja z wojny i zwycięstwa”, w którym pojawiła się informacja, że Związek Radziecki stracił w tamtej wojnie dwadzieścia siedem milionów ludzi.

Kilka miesięcy później, we wrześniu 1990 roku, w ramach programu przygotowywania i wydawania Ksiąg Pamięci, w Wszechzwiązkowym Instytucie Naukowo-Badawczym Dokumentoznawstwa i Archiwistyki  utworzono (za pieniądze Radzieckiego Funduszu Pokoju) centrum komputerowe, które miało opracować zautomatyzowaną bazę bezpowrotnych strat sił zbrojnych ZSRR w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.  Do początku 1995 roku do banku danych wprowadzono około dziewiętnastu milionów nazwisk czerwonoarmistów.

A potem… Potem wahadło wychyliło się w drugą stronę i opublikowano – patrz wyżej, red. -dane komisji Kriwoszejewa… Wydawałoby się, że przez siedemdziesiąt lat od zakończenia wojny można było policzyć straty. Wystarczyło pójść do archiwum i… Acha, chwileczka…

Po pierwsze, do wojskowych archiwów nie wpuszczają z ulicy. A po drugie… Tylko jednego dnia, 13 kwietnia 1990 roku, na rozkaz generała-pułkownika Dmitrija Wołkogonowa (w ZSRR aktywny ideolog w aparacie politycznym wojska, za pierestrojki krytyczny historyk tego okresu, wydawany w Polsce, z marną opinią w Rosji, zm. 1996 – e.s.) w Instytucie Historii Wojskowości spalono siedem ton wojskowych dokumentów z 1941 roku. Tylko 10 czerwca 1991 roku na rozkaz generała armii Mahmuda Garejewa (generał armii, w 1995 założyciel i prezes Akademii Nauk Wojskowych, autor wielu prac, z Putinem odbiera defilady – e.s.) w Sztabie Generalnym Sił Zbrojnych ZSRR spalono pięć ton dokumentów z tego samego okresu. Uzasadnienie: brak miejsca. Przez pół wieku było miejsce, a potem nagle go zabrakło.

„Nie  ma czego odtajniać – nie ma już żadnych papierów. Obawiam się, że wszystko zostało zniszczone. W 1941 na Kremlu przez kilka dni palono dokumenty. Nawiasem mówiąc, w 1991 też”. (dziennik telewizyjny „Wiesti” 5 października 2000 roku). Powiedział to człowiek dobrze zorientowany w sytuacji – były członek Politbiura KPZR, Aleksandr Nikołajewicz Jakowlew (aktywny współpracownik Gorbaczowa w czasie pierestrojki – e.s.).

Niszczenie dokumentów  odbywa się nadal i przebiega według bardzo prostej zasady – w miarę odtajniania. Przez długie lata dokumenty leżą i nikt do nich nie zagląda, bo są tajne! Tajemnica państwowa! Nie podchodź! A potem nagle je odtajnią, przeczytają i – o rety! Przecież to nikomu nie potrzebny chłam (skoro nikt o niego wcześniej nie występował). Leży od kilkudziesięciu lat i tylko miejsce zajmuje! Więc zgodnie z procedurami – spisać na straty, zniszczyć! Spalić!

Tym sposobem udało im się już wiele dokonać.

Dlatego TERAZ bardzo trudno ustalić, dokładnie i na podstawie dokumentów, ilu żołnierzy i dowódców Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej straciliśmy w tamtej wojnie. Można jedynie oszacować skalę fałszerstwa.

Wiadomo, że nie tylko nie policzyli wszystkich zabitych, lecz nawet nie wszystkich pochowali – do dziś w  GRANICACH MIAST Petersburg i Rżew (przypominam, bo wstrząsające Ernest Skalski: Wojna Stalina, święto Putinae.s.) walają się niepogrzebane kości naszych żołnierzy. A ile jest w Rosji miejsc, gdzie pole bitwy zostało po prostu zaorane?

Przykład Stalingradu

W latach 1969 – 1975 mieszkałem w Wołgogradzie i już wtedy interesowałem się naszymi stratami wojennymi – i porównywaniem strat. Wiedziałem, jak skandalicznie wygląda u nas liczenie, nawet nie poległych, ale żyjących jeszcze uczestników wojny.

Według oficjalnych danych łączne – z rannymi, red. – straty stanu bojowego wojsk radzieckich w bitwie o Stalingrad wyniosły 1 129 619 ludzi (w tym bezpowrotne – 478 741 ludzi).

A w rzeczywistości…

Pierwsza i ostatnia próba ustalenia rozmiarów naszych strat w bitwie o Stalingrad miała miejsce na początku lat sześćdziesiątych. Jewgienij Wuczeticz (rzeźbiarz, autor monumentalnych historycznych pomników – e.s.)  chciał umieścić na kurhanie Mamaja nazwiska wszystkich żołnierzy i oficerów, którzy polegli pod Stalingradem. Sądził, że zasadniczo rzecz biorąc, jest to możliwe i zwrócił się do mnie o pomoc w sporządzeniu pełnej listy nazwisk. Ochoczo przystąpiłem do dzieła, tym bardziej, że komitet obwodowy (partii – e.s.) zwolnił mnie z wszelkiej innej roboty. Pognałem do archiwum w Podolu, do Biura Strat Sztabu Generalnego Ministerstwa Obrony. Generał-major, który nim wówczas kierował powiedział mi, że to samo zadanie zlecił im wcześniej sekretarz Komitetu Centralnego Kozłow.(Froł Kozłow, w szczytowym okresie kariery, pierwszy wicepremier i drugi sekretarz partii, faktyczny człowiek nr.2 we władzach, prawa ręka Chruszczowa, przewidziany przezeń na następcę. Udar przerwał jego karierę w 1963 r. – e.s.)

Po roku pracy Kozłow wezwał generała do siebie i zapytał o wyniki. Kiedy dowiedział się, że już doliczyli się dwóch milionów poległych, a roboty zostało jeszcze na wiele miesięcy, oświadczył „Wystarczy!”. I pracę przerwano. Zapytałem więc generała: „W takim razie, ilu ludzi straciliśmy pod Stalingradem, choćby w przybliżeniu?”. Odparł „Ja panu tego nie powiem”.

JEŚLI  W  CIĄGU  ROKU  NALICZYLI  DWA  MILIONY  ŻOŁNIERZY  POLEGŁYCH  POD  STALINGRADEM,  A  ROBOTY  ZOSTAŁO  JESZCZE  NA  WIELE  MIESIĘCY  =  TO  PRZYJMUJĄC,  ŻE  „WIELE” OZNACZAŁO  CO  NAJMNIEJ  PÓŁ  ROKU  =  I  BIORĄC  POD  UWAGĘ TEMPO  PRACY  (dwa miliony zabitych rocznie)  =  WYCHODZI,  ŻE  W CIĄGU  PÓŁTORA  ROKU  POWINNI  DOLICZYĆ  SIĘ  TRZECH MILIONÓW  ZABITYCH  ŻOŁNIERZY  (bez cywilów i ofiar przymusowej mieszkańców miasta ewakuacji na rozkaz Stalina) – [stwierdził] były dyrektor Muzeum Obrony Carycyna – Stalingradu, Andriej Michajłowicz Borodin.

To znaczy, że bezpowrotne straty Armii Czerwonej pod Stalingradem były CZTEROKROTNIE (chyba błąd, wychodzi 6,27 razy – e.s.) wyższe od oficjalnych!  A i to tylko według dokumentów, które zostały odnalezione.

Także liczby podanej przez Kriwoszejewa w żadnym razie nie można uznać za wiarygodną, a to dlatego, że w bazie danych Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej na Pokłonnej Górze znajduje się ponad dziewiętnaście milionów nazwisk żołnierzy poległych i zaginionych w czasie wojny, a daleko jej do tego, żeby była pełna. Dla oszacowania stanu danych: z pięciu tysięcy poległych, których szczątki w połowie lat dziewięćdziesiątych znaleźli śledczy telewizyjnej stacji Rossija, około trzydziestu procent nie figurowało w archiwach Ministerstwa Obrony i nie trafiło do komputerowego banku danych.

Borys Sokołow (historyk wojny i literatury, filolog i kytyk literacki – e.s.) mówi o 27,1 milionach poległych żołnierzy i dowódców i osobiście byłbym skłonny przyjąć tę liczbę za wiarygodną, ale …Wielkość naszych strat Borys Sokołow WYPROWADZIŁ metodą szkolnych ”zadań o basenie”: w 1941 ZSRR miała tyle a tyle mieszkańców (209 milionów), a po wojnie, pod koniec 1945 roku, według SZACUNKÓW Centralnego Urzędu Statystycznego zostało 167 milionów. Z tego wynika, że łączne straty wśród żołnierzy i cywilów wyniosły czterdzieści dwa miliony ludzi.

Istnieje cała masa innych wyliczeń, których autorzy, stosując tę samą metodę (było tyle, zostało tyle),  doszli do innych wyników, ale… Ani Sokołowowi, ani innym oficjalnym „liczajłom”, którzy w ten sposób otrzymali o wiele niższe liczby niż on, nie można wierzyć właśnie ze względu na zastosowaną przez nich metodę. Wprowadzali mnóstwo dodatkowych czynników – obniżenie liczby urodzeń, podwyższenie śmiertelności wśród ludności cywilnej, niepewność danych spisu ludności…

Czy w takim razie da się chociaż w przybliżeniu oszacować nasze straty w tej strasznej wojnie? Czy istnieją wiarygodne źródła, które musieliby uznać zarówno zwolennicy wersji Kriwoszejewa, jak i Sokołowa?

Sądzę, że znalazłem takie źródła, które po starannym przeanalizowaniu i prawidłowej interpretacji podanych w nich liczb pomogą nam, jeśli nie ustalić dokładne rozmiary strat, to w każdym razie naocznie uzmysłowić sobie szalbierską technikę ich zaniżania. I w źródłach tych wyraźnie widać ślady zatajania strat.

A mianowicie:

Księga Pamięci nikolskiego rejonu w obwodzie wołogodzkim (Wołogda, 1993).

Wymienione w niej liczby są wiarygodne, ponieważ zestawiono je na podstawie:

  1. Dokumentów z Centralnego Archiwum Ministerstwa Obrony.
  2. Dokumentów z Państwowego Archiwum obwodu wołogodzkiego i jego filii w mieście Wielki Ustiug.
  3. Dokumentów z wojskowej rejonowej komendy uzupełnień w Nikolsku.
  4. Dokumentów z archiwum rady rejonowej Nikolska.

Rejon nikolski jest rejonem rolniczym, gdzie zachowały się patriarchalne obyczaje i głęboki szacunek dla więzi rodzinnych. Rodziny żołnierzy bardzo uważnie czytały listy poległych, publikowane wcześniej w miejscowej gazecie ”Awangard”. Możecie być pewni, że policzyli dokładnie, nie umknął im ani jeden żołnierzyk.

A teraz konkretne liczby, stanowiące materiał do analizy i interpretacji. Spis powszechny z 1939 roku wykazał, że w rejonie nikolskim mieszkało wówczas 55 085 osób.

Według danych rejonowej komendy uzupełnień, z rejonu zmobilizowano 11 066 ludzi, to jest 20 % mieszkańców.

Według danych komendy uzupełnień, na frontach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej poległo 5 146 mieszkańców rejonu (kiedy rozpoczynano badania, w zasobach komendy znajdowało się tylko 3 447 kart ewidencyjnych poległych).

Księga Pamięci  (Wołogda, 1993 r.) podaje liczbę 7 175 poległych. To jest 13 % mieszkańców, albo 65 %  powołanych na front. Księga Pamięci rejonu nikolskiego (podobnie jak Księgi Pamięci innych rejonów obwodu wołogodzkiego) nie uwzględnia zaginionych bez wieści. Ich nazwiska znajdują się na oddzielnej,  długiej liście, wstydliwie zatytułowanej „żołnierze (partyzanci), miejsce i okoliczności śmierci których są nieznane”. W rejonie nikolskim bez wieści przepadło 3 181 ludzi. Ale liczba 7 169 poległych jest wiarygodna jako wielkość minimalna i można ją przyjąć jako podstawę do pierwszych, wstępnych obliczeń.

Liczymy:

W 1941 roku liczba ludności ZSRR wynosiła od 196 do 209 milionów. Przyjmiemy średnią wielkość dwustu milionów. Trzynaście procent populacji odpowiada 26 milionom żołnierzy i dowódców poległych w tej strasznej wojnie.

Źródło

Powyższy artykuł nie grzeszy precyzją. Tłumaczony jak leci. Nie mając dostępu do danych wyjściowych nie mogłem niczego skorygować. Założenie, ze w  rejonie Nikowski procent zmobilizowanych, zabitych i zaginionych był taki sam jak w całym ZSRR jest mocno ryzykowne. Ale na pewno nie jest to teren, który poniósł jakąś wyjątkową hekatombę.

Panowie Paweł Szabanow i Borys Sokołow, na którego się ten pierwszy powołuje, odbyli w Internecie uprzejmą dyskusję metodologiczną. Na zakończenie Sokołow poprosil b jego dane skorygować; z 27,1 do …26,9 milionów zabitych zołnierzy. Całościowy szacunek Sokołowa i cząstkowe wyliczenia Szabanowa ukazują jedynie skalę problemu; milion wte, milion wefte…Na jednego zabitego żołnierza Niemiec wypadałoby zatem dobrze ponad siedem sowieckich !

___________________________________________

A teraz jeszcze jeden – ważny – element wojny ZSRR. Pisze Anton Oriech, dziennikarz niezależnego radia Echo Moskwy. Tekst sprzed paru dni przed Dniem Zwycięstwa.

Rocznica zwycięstwa

Wielkimi krokami zbliża się rocznica zwycięstwa, coraz więcej organizuje się imprez, ale nie wszystkie imprezy są jednakowo pożyteczne. Nie wszystkie obchody autentycznie patriotyczne. Są takie rzeczy, o których lepiej, żeby obywatele nie wiedzieli i nie ma co im ich pokazywać. W takim Jekaterynburgu, na przykład, szykowali się do otwarcia wystawy mocno wątpliwej treści. Zdjęcia zagranicznych korespondentów wojennych pokazujące, jak walczyli nasi sojusznicy. Podejrzewam, że przyda się tutaj kilka słów wyjaśnienia. Nie wszyscy przecież wiedzą, że w drugiej wojnie światowej Związek Radziecki miał nie tylko wrogów, ale też sojuszników. I że oni nie tylko rżnęli głupa, ale też zdążyli trochę powojować z Hitlerem i z Japońcami. Co prawda, jak słusznie zauważył minister kultury Władimir Medyński, gdzie tam ich ofiary porównywać z naszymi.

My straciliśmy dwadzieścia siedem milionów, a oni setki tysięcy – chciałoby się powiedzieć „żałosne setki tysięcy” – i dlatego dla nich mogła to być po prostu kolejna wojna, ale dla nas była to wojna „święta”. Tym nie mniej, nawet jeśli „kolejna”, nawet jeśli ich ofiary liczyły się w „skromne” setki tysięcy, sojusznicy walczyli po naszej stronie. I dlatego właśnie w Jekaterynburgu chcieli zrobić taką wystawę, żeby nam pokazać, czym oni się tam zajmowali, kiedy my przez cztery lata wojowaliśmy z Hitlerem na froncie wschodnim. Wystawa się jednak nie odbędzie. Oczywiście „z przyczyn technicznych”. Akurat teraz okazało się, że budynek jest w stanie zagrażającym katastrofą. Do tego stopnia, że jeśli natychmiast nie zacznie się go remontować, może nie dotrwać do 9 maja.  Dlatego w obecnej chwili w żaden sposób nie można pokazać tych fotografii publiczności. Może kiedy indziej. To przecież nie ostatnia rocznica – znajdzie się jakaś okazja. A teraz trzeba wyremontować pomnik architektury. Wiecie Państwo, rosyjski język jest naprawdę cudowny. Stwarza wyjątkowe możliwości wyrażania myśli bez konieczności mówienia prawdy. Pozwala oznajmiać jedno, a mieć na myśli coś zupełnie innego.

Zbitka słowna „z przyczyn technicznych” to jedna z takich właśnie perełek naszego języka. A jakie mamy bogactwo intonacji. Kiedy nasz prezydent w niepowtarzalny sposób wymawia słowa „nasi partnerzy”, każdy z nas słyszy wyraźnie: „ci dranie” . Myślę, że słowo „sojusznicy” też wkrótce nabierze nowego znaczenia. Jest w nim coś nieprzyzwoitego, obelżywego. To nie „sojusznicy” tylko jakieś „sojuszniaczki”. Tak to wszystko zamącili, że naród się już chyba całkiem pogubił, z kim my właściwie walczyliśmy. Proszę zwrócić uwagę, że o Niemczech i Niemcach jakoś się nie mówi. Faszyści, naziści, owszem – ale nikt nie podkreśla,  że niemieckiej narodowości. Mimo wrednej Merkel. Cały czas tylko Ameryka i jakaś zbiorowa Europa! Tyle już na nich wylano łajna, że może się zacząć wydawać, iż to właśnie z nimi wojowaliśmy te siedemdziesiąt lat temu. I właśnie ich pokonaliśmy! A oni, świnie, nie wiedzieć czemu nie chcą przyjechać do nas na uroczystości. My ich pokonaliśmy, a oni nie chcą nam pogratulować. No cóż, w takim razie zamkniemy im wystawę. Nie będą pokazywać tych swoich fotek i nie będą ze swoim groszowym wkładem podczepiać się pod nasze Wielkie Zwycięstwo.

Dziś mówi się, że sojusznicy nam nie pomagali… Ale przecież nie można zaprzeczyć, że Amerykanie dostarczyli nam mnóstwo materiałów, bez których nie moglibyśmy sformować rezerw i dalej prowadzić wojny … Otrzymaliśmy od nich 350 tysięcy samochodów, i to jakich! (wspomnienia z dzieciństwa;ciężarówki chevrolety i tęponose studebakery – tak samo wyglądała później ciężarowka Lublin – terenowe willysy…- e.s.) Brakowało nam materiałów wybuchowych, prochu. Nie mieliśmy czym nabijać pocisków. Amerykański proch i materiały wybuchowe naprawdę nas poratowały. A jakie ilości blachy stalowej nam dostarczyli! Czy bylibyśmy w stanie szybko zorganizować produkcję czołgów, gdyby nie amerykańskie dostawy stali? A teraz przedstawiają sprawę w taki sposób, jak byśmy mieli tego wszystkiego pod dostatkiem ([chyba wypowiedź Żukowa] z raportu przewodniczącego KGB Władimira Semiczastnego dla Chruszczowa,  pieczątka „ściśle tajne”. N.J, Zeńkowicz, Marszały i giensieki, Moskwa 1997, ss. 161-2).

A oto, co mówi na temat dostaw w ramach programu lend-lease A. I. Mikojan (jeden z historycznych liderów ZSRR, usunięty przez Chruszczowa wraz z Mołotowem, Kaganowiczem i ”przyłączonym do nich” Szelepinem w 1957 roku – e.s.): „Teraz łatwo powiedzieć, że lend-lease nie miał żadnego znaczenia. Przestał mieć wielkie znacznie dopiero o wiele później. Ale jesienią 1941 roku, kiedy wszystko straciliśmy, gdyby nie lend-lease , gdyby nie broń, żywność, ciepła odzież dla wojska i inne dostawy, nie wiadomo, jakby się sprawy potoczyły”. (Bierieżkow, W. M., Kak ja stał pieriewodczikom Stalina,Moskwa 1993, s. 337).

Dane liczbowe, potwierdzające przytoczone wyżej wypowiedzi Żukowa i Mikojana, można znaleźć w badaniach I. P. Lebiediewa (2), który pisze: „W okresie wojny ZSRR otrzymał od swoich sojuszników w ramach programu lend-lease 18 700 (według innych źródeł 22 200) samolotów, w tym myśliwce Aircobra, „Kitty-hawk”, „Tomahawk”, „Hurricane”, średnie bombowce B-25 i A-20 Boston i samolot transportowy C-47 (Dakota), 12 200 czołgów i dział samobieżnych, 100 000 kilometrów kabla telefonicznego, dwa i pół miliona aparatów telefonicznych, piętnaście milionów par butów, ponad 50 000 ton skóry na obuwie, 54 000 metrów tkaniny wełnianej, 250 000 ton konserw mięsnych (w Polsce z napisem ”swinaja tuszonka” robiły furorę jako dar z UNRA, przyjął się u nas jako mielona szynka w puszce – e.s.), 300 000 ton tłuszczu, 65 000 ton masła, 700 000 ton cukru, 1860 parowozów, sto cystern kolejowych, siedemdziesiąt lokomotyw spalinowo-elektrycznych, około tysiąca samowyładowczych wagonów, 10 000 wagonów-platform. To one przetransportowały na front i na zaplecze 344 000 materiałów wybuchowych, prawie dwa miliony ton paliwa, a do tego jeszcze dwa i pół miliona ton specjalnej stali do opancerzania pojazdów, 400 000 miedzi i brązu, 250 000 ton aluminium. Według wyliczeń specjalistów, taka ilość aluminium wystarczała dla wyprodukowania stu tysięcy myśliwców i bombowców – prawie tylu, ile nasze zakłady lotnicze wyprodukowały przez całą wojnę”. (Lebiediew, I. P., 1) Awiaconnyj lend-liz, w: „Wojenno-istoricieskij Żurnał”, 1991, nr 2, ss. 27-29; 2) Jescio raz o liend-lizie, w: „S.Sz.A.: Ekonomika. Politika. Idieołogia”, 1990, nr. 1, ss. 71-75).

Ernest Skalski

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

  1. Magog 2015-05-11
  2. j.Luk 2015-05-11
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com