Jerzy Łukaszewski: Co potrafi ekspert10 min czytania

()

2015-05-23.                   

Ponieważ komentatorzy SO wspomnieli, że wolą moje wynurzenia historyczne, niż inne, jako zdyscyplinowana jednostka dostosowuję się. Opowiem bajkę. Będzie ona rodzajem refleksji nad ekspertyzami wszelkiego rodzaju, które w ostatnich czasach tak bardzo nas emocjonowały.

Czasem tak bywa, że o ludziach, którzy zrobili niewiele, albo wręcz nic, pisuje się opasłe tomy, a ich legenda żyje tym dłużej, im mniej w życiu osiągnęli. Bo jest komuś potrzebna. Taka sytuacja występuje w przypadku jednego z naszych królów, na temat którego nasi historycy mają dość oryginalną opinię: „Gdyby panował dłużej, byłby kiepskim królem”. Co nie znaczy, że panując krótko był dobrym.  Prawdę mówiąc – niemal wcale nim nie był. Chodzi o Władysława III, na Węgrzech numerowanego jako Ulaslo I.

Królem został po ojcu w wieku lat 10, co rzecz jasna spowodowało konieczność rządzenia za niego, którego to zadania podjął się skwapliwie biskup Oleśnicki stojący na czele Rady Regencyjnej.

Sam Oleśnicki, co warto powiedzieć, miał pewną skazę w życiorysie, która najprawdopodobniej wpływała na prowadzoną przez niego politykę, niekoniecznie zgodną z interesem Polski.

Pod Grunwaldem zdarzył się incydent, który potem różni kronikarze usiłowali powykręcać,  byle tylko wybielić biskupa. Co robić – oni też z tej sfory… przepraszam – sfery.

W pobliże króla przypałętał się niemiecki rycerz Dippold von Kökeritz. Został zrzucony z konia, a następnie dobity przez inną osobę. Lata całe udowadniano, że zrzucił go młody wówczas sekretarz królewski Oleśnicki, a dobił go król.

Sęk w tym, że to nieprawda, co stosunkowo łatwo stwierdzić po konsekwencjach.  Po bitwie Oleśnicki został dożywotnio pozbawiony możliwości pasowania na rycerza za zachowanie niezgodne z rycerskim honorem – dobicie leżącego i bezbronnego przeciwnika. Kościół zamknął przed nim drogę do kariery duchownej przez odmowę wyświęcenia na kapłana (pomimo to był proboszczem jednego z krakowskich kościołów, ale to już specyfika tych stanowisk, nie trzeba było być księdzem, by być proboszczem).

Nie ma więc żadnych wątpliwości co do przebiegu owego sławetnego starcia. Król zrzucił Kökeritza z konia, a Oleśnicki dobił bezbronnego. Inaczej nie można interpretować tego, co go spotkało po bitwie.

Oleśnicki jednak był człowiekiem ambitnym, nie mógł na wieczność pozostać zwykłym urzędnikiem kancelaryjnym.

Kościół zaś w swej bezbrzeżnej miłości bliźniego ulitował się nad nieszczęśnikiem i zmienił decyzję. Przy okazji Oleśnicki pobił rekord Polski i okolic w szybkości robienia kariery. 18 grudnia 1423 został wyświęcony na kapłana, a … następnego dnia został biskupem! Niech to ktoś powtórzy!

Oczywiście – nie ma nic za darmo. Oleśnicki płacił za to całe życie, czasem na nasze nieszczęście.

Kiedy Węgrzy zgłosili się z propozycją objęcia tronu przez króla małolata, Oleśnicki gorąco ją poparł. Był rok 1440, smarkacz dorastał i mogło mu się zachcieć rządzić, a tego biskup jakoś sobie nie wyobrażał. Wolał wysłać Władysława na Węgry, gdzie jak wiedział, zostanie on natychmiast uwikłany i w spory dynastyczne i w obronę kraju przed Turkami (co było sednem  propozycji węgierskiej, po Grunwaldzie Polska była pożądanym sojusznikiem) i nie będzie zawracał głowy regentowi.

Na Węgrzech Władysław  natychmiast został otoczony „troskliwą opieką” Jana Hunyady’ego z jednej strony, a legata papieskiego Cesariniego z drugiej. Polityka węgierska pochłonęła go bez reszty.

Papież ogłosił krucjatę antyturecką, której król Władysław miał być postacią kluczową. Wszystkie państwa europejskie odmówiły w niej udziału. Władysław ruszył w bój. W 1443 roku odniósł kilka sukcesów, które skłoniły sułtana do szukania rozejmu. I tu wkroczyła dyplomacja papieska, Cesarini gorąco namawiał króla do zerwania pokoju, a nawet obiecywał dyspensę od złożonej przysięgi (tak się kiedyś „pieczętowało” traktaty). Król uległ, zaczęła się słynna wyprawa z 1444 roku zakończona znaną wszystkim bitwą pod Warną.

Z tej wyprawy warto zapamiętać szczególnie jedną rzecz. Cesarini obiecywał pomoc flot papieskiej, burgundzkiej i weneckiej w blokowaniu Dardaneli i Bosforu tak, by siły tureckie nie mogły zostać wzmocnione przed dopływ wojowników z Azji. Floty owszem, przypłynęły w wyznaczone miejsce, po czym za odpowiednią opłatą … przewiozły Turków do Europy.

Władysław zginął pod Warną. Podobno. Tak twierdzili Turcy, a jeden z nich nawet został nagrodzony przez padyszacha za obcięcie królowi głowy. Tę głowę sułtan pokazywał poddanym i gościom zanurzoną w słoju z miodem, co było rodzajem konserwacji.

Ciała króla nie znaleziono, co o tyle dziwiło współczesnych, że nawet bez głowy i odzienia powinien być łatwo rozpoznawalny mając u jednej ze stóp 6 palców.

No i zaczęło się.

Niejeden bajkopisarz mógłby pozazdrościć fantazji wszystkim piszącym o Władysławie III.

Najpopularniejsza z wersji mówiła o tym, że król widząc klęskę, zbiegł z pola bitwy i ślubując Bogu pokutę za złamaną przysięgę postanowił nie wracać do krajów i do tronów. To, że ta wersja nie zgadza się z faktem papieskiej dyspensy co do przysięgi – nie ma znaczenia. Nie po to są legendy, by byle fakt im wchodził w drogę. Ludzie i tak uwierzą w to co chcą.

Władysław udał się do Ziemi Świętej, gdzie pokutował lat 10 w klasztorze św. Katarzyny na Synaju, a następnie przez Hiszpanię dotarł do Portugalii.

Dla porządku odnotujmy inne wersje „geograficzne”. „Widziano go” w Konstantynopolu, w Wenecji, w „pewnym zamku”, w Santiago de Compostela, w Grecji, „za morzem” (nie wiadomo jakim), „w głębokich lasach”.

W Portugalii panował Henryk Żeglarz, który mając świadomość kogo przyjmuje podarował Władysławowi (występującemu pod przydomkiem Henryk Niemiec) posiadłość Madalena do Mar na świeżo skolonizowanej Maderze. Ponieważ dokumenty dotyczące cesji praw do posiadłości zachowały się – jest niezbity dowód!

To, że nie wiemy, kim był  Henryk Niemiec wymieniony w dokumencie nie ma znaczenia. To szczegół.

Władysław ożenił się i miał dzieci. Szczególnie jedno.

Znane jest do dziś pod imieniem … Krzysztofa Kolumba! Tak, tak, nie ma się co śmiać, nasi maczali w tym … no dobra, nieważne co…

Skąd ten niezwykły na pozór pomysł?

Genealodzy uznali, że jest coś dziwnego w małżeństwie Kolumba, który dotąd przedstawiany jako nieślubny syn tkacza dostał zgodę na ożenek ze szlachcianką wysokiego rodu. „Musiał” więc wcale nie być synem tkacza i to „pokrzywnikiem” jak to się po staropolsku mawiało, ale szlachcicem znamienitego pochodzenia, tyle że utajnionego. Proste? No pewnie, że proste.

A któż to w tamtym czasie mógł się aż tak tajniaczyć ze swoimi koligacjami? Jeszcze nie wiecie? No przecież wiadomo, że polsko węgierski król – pokutnik! Oczywista oczywistość.

Jeśli ktoś z Was sądzi, że wszystko to jest wytworem ówczesnej ciemnoty, od której oddaliliśmy się o lata świetlne, to jest w błędzie.

Wersja maderska żyje i ma się dobrze. Mało tego – rozwija się w XXI wieku.

Ponieważ jak wiem, wszyscy jesteśmy tu wielbicielami ekspertów wszelakich, nie omieszkam donieść, iż co najmniej dwóch z nich (m.in. prof. Jose Lorente) zdobyło granty na badanie tego tematu i całkiem niedawno wystąpiło do odpowiednich instytucji w Polsce o możliwość zbadania DNA Władysława Jagiełły i Sonki Holszańskiej jako hipotetycznych dziadków Kolumba. I jest to informacja jak najbardziej poważna. Przynajmniej w warstwie informacyjnej.

Idę o zakład, że gdyby okazało się, iż Krzysiek Kolumbowski to nasz człowiek, znaleźliby się tacy, którzy zaczęliby projektować rozbiór Stanów Zjednoczonych jako słusznie należącego się nam dziedzictwa.

Nie jedyna to hipoteza związana z postępową współczesnością. Pojawiła się i taka, że król był homoseksualistą, podbudowana półzdankiem Długosza o tym, że „król ulegał męskim namiętnościom”.

Pierwsze o czym bym pomyślał czytając Długosza to to, że Władysław namiętnie oddawał się polowaniom, trunkom przesmacznym albo po prostu bez opamiętania latał za dziewuchami. Widać nie jestem wystarczająco postępowy.

Po 20 latach pobytu na Maderze Władysław spotkał polskich franciszkanów, którzy „natychmiast rozpoznali w nim swego króla”.

Namawiali go do powrotu do kraju, aż namówili. Władysław wsiadł na okręt i ruszył w drogę. Niestety, w czasie żeglugi przybrzeżnej urwała się część klifu, zgniotła okręt i pogrzebała naszego pokutnika. Wersja „b” tej opowieści mówi, że król żył tak długo, aż wyznał żonie kim naprawdę jest, a ta opowiedziała to synowi.

Też mieszkam w pobliżu klifu, muszę zacząć uważać.

Nie zapominajmy o głowie w słoju. Jeden z francuskich dyplomatów bawiący na dworze sułtana opisywał, że pokazano mu owo naczynie. Sęk w tym, że wg niego głowa w słoju miała jasne kędziory, a Władysław był kruczoczarny.

I co? Nie znalazł się ekspert, który by to wyjaśnił? Jasne, że się znalazł.

Stwierdził po prostu, że to wytrącający się z miodu cukier osadzał się na włosach i stąd wrażenie ich blondynowatosci.

Ekspert słoja i głowy nie widział, tego nie muszę chyba podpowiadać, bo to akurat normalne.

Flamandzki malarz Herrimento de Bles namalował obraz „Spotkanie św. Joachima i św. Anny”. No i znaleźli się eksperci, którzy twierdzili, że naprawdę przedstawia on króla Władysława z portugalską żoną. Argumentem miały być rysy mężczyzny „charakterystyczne dla ludzi z Europy wschodniej” jak to opisali.

Dla dopełnienia opowieści dodam, że w Polsce zaczęli się pojawiać „Władysławowie” i narobili tyle zamieszania, że co i rusz wzywano królową wdowę, Sonkę Holszańską dla identyfikacji delikwenta. Niezidentyfikowanych przez królową ścinano od ręki.

Prócz jednego.

Królowa wprawdzie stwierdziła, że to nie jej syn, ale  inni mieli wątpliwości … coś podobny… a może jednak…?  Uzurpatora na wszelki wypadek nie ścięto.

Władysław jest dziś bohaterem narodowym Bułgarii, która po I wojnie budując swą narodową tożsamość potrzebowała symbolu antytureckiego, a Warneńczyk nadawał się do tego w sam raz. Jedną z wsi w pobliżu Warny nazwano nawet Władysławowo. Jeden z pierwszych klubów piłkarskich w Bułgarii przyjął nazwę Władysław Warna (jako pierwsi zdobyli mistrzostwo kraju). W mauzoleum w pobliżu miejsca bitwy kwiaty składał m.in. przebywający z wizytą w Bułgarii premier Tusk.

Władysław ma mauzoleum w Bułgarii, nagrobek na Wawelu, grób w kościele w Madalena do Mar na Maderze i parę innych miejsc pamięci.

 

Jak na kogoś kto zginął w wieku 20 lat i w zasadzie niczego w życiu nie dokonał, to całkiem nieźle.

Może więc nie warto aż tak bardzo się starać?

Jerzy Łukaszewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

8 komentarzy

  1. Walter Chełstowski 23.05.2015
  2. Magog 23.05.2015
  3. wejszyc 23.05.2015
  4. Therese Kosowski 23.05.2015
  5. otoosh 23.05.2015
  6. Woziwoda 23.05.2015
  7. slawek 23.05.2015
  8. Krzysztof 27.05.2015