Wydawcy pewnych dosyć wziętych tytułów prasowych zaczęli żądać wynagrodzenia za przedruk lub inną formę powielenia publikowanych artykułów. Chciałbym poinformować tych powielających, że mogą odpowiedzieć na takie żądania brutalnie, zgodnie z obyczajami zwolenników nowego prezydenta – „pocałujcie nas w d…”.
Copyright w naszym zawodzie przysługuje autorowi (tekstu, audycji, itd.), chyba, że autor przeniesie copyright na wydawcę (gazety, radia, telewizji). Nie słyszałem o takim szczególe w umowach o pracę z dziennikarzem, tym bardziej w przypadku publikacji jednej jego pozycji. Przez 60 lat uprawiania zawodu z niczym takim się nie spotkałem, dlatego wydawcę, który nas o swoich żądaniach poinformował, proszę, tylko w formie nieco grzeczniejszej, o to samo, co sugerowałem innym. Copyright nie jest przedmiotem własności, lecz pojęciem z zakresu prawa autorskiego.
Że takie żądania to grzech przeciw solidarności i lojalności zawodowej, dodawać nie muszę. Przeciw – także – interesom autorów. Zawsze mi jest miło, kiedy moje poglądy rozszerzają swój zasięg i czuję się usatysfakcjonowany takim wyróżnieniem. Na ogół bezpłatnym. Byle podano moje nazwisko jako autora. Grzeczność wymaga porozumienia z autorem, zasady prawa autorskiego upoważniają autora, by się nie zgodził na powielenie (powtórzenie).
W przypadku studioopinii.pl, jak w przypadku każdej popularnej gazety (rozgłośni, stacji telewizyjnej itp.) jest to forma wyróżnienia autora tekstu tak ważnego i ciekawego, że wartego popularyzacji.
Pracowitej panience, która wykryła, że od 2011 roku wyróżniliśmy w ten sposób cztery teksty ze wspomnianej gazety, gratuluję, bo udało się jej dla paru złotych zrazić i urazić aż tylu autorów powstającej za darmo naszej gazety internetowej, czytanej przez około stu tysięcy osób (parę milionów wejść).
Nie podam tytułów gazet i czasopism z podobnie zachowującymi się wydawcami, bo zależy nam, żeby te tytuły utrzymały się na kurczącym się rynku. Radzę chciwym wydawcom wspomnianej wyżej gazety i innych o takiej samej ambicji, by zajęli się wyszukiwaniem nonsensów w swoich gazetach i w swoim własnym zachowaniu. Da im to korzyści większe niż samobójcze, idiotyczne pomysły.
Stefan Bratkowski



Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych, art. 25:
Wolno rozpowszechniać w celach informacyjnych w prasie, radiu i telewizji [dot. także Internetu – MF]:
1) już rozpowszechnione:
a) sprawozdania o aktualnych wydarzeniach,
b) aktualne artykuły na tematy polityczne, gospodarcze lub religijne, chyba że zostało wyraźnie zastrzeżone, że ich dalsze rozpowszechnianie jest zabronione,
c) aktualne wypowiedzi i fotografie reporterskie;
…
2. Za korzystanie z utworów, o których mowa w ust. 1 pkt 1 lit. b i c, twórcy przysługuje prawo do wynagrodzenia.
Źródło: http://isap.sejm.gov.pl/DetailsServlet?id=WDU19940240083.
Jest tu jakaś analogia do prawa patentowego, z którym zetknąłem się wiele lat temu (jak jeszcze pouczałem innych na uczelniach). Więc tam też, jak coś opublikowane, nie ma zdolności patentowej. Ładny przypadek, który pamiętam, to sprawa koncernu BASF, którego AWETA (Anwendungstechnischeabteilung) znalazła znakomite zastosowanie dla ich nowego (wówczas) produktu, czyli styropianu. Próbowali mianowicie opatentować metodę podnoszenia zatoniętych statków przez wpompowywanie do ich wnętrza styropianowych groszków. I w tej wrednej Ameryce rzeczoznawcy urzędu patentowego uwalili sprawę, ponieważ przypomnieli wcześniejszy o ładne 25 lat film animowany Disneya, gdzie kaczor D. właśnie tą metodą podniósł z dna zatopiony statek, wdmuchując do jego wnętrza, przez rurkę, piłeczki pingpongowe.
Wygląda na to, że systematycznie spadające czytelnictwo tytułów prasowych zmusza ich władze do poszukiwania absurdalnych miejsc nowych dochodów. Nie tędy droga.