Marian Marzyński: Amerykański nauczyciel filmu4 min czytania

()

marzynski 32015-06-15.

W maju 1962 roku zobaczyłem przypływający z Nowego Yorku do Gdyni transatlantyk „Batory”. Na pokładzie było 800 Amerykanów polskiego pochodzenia, którzy podjęli ryzyko odwiedzenia swych rodzin za żelazną kurtyną. Bylem 25-letnim filmowcem, który z kamerą wyszedł im na spotkanie, ogłaszając przedwcześnie koniec zimnej wojny. Przez następne lata moje nadzieje zamieniały się w rozczarowanie i bunt, kończąc się emigrancką podrożą do kraju, z którego ten statek przypłynął.

Providence z lotu ptaka.

W 1972 roku dostałem list: „Szanowny panie Marczyński, otrzymałem pana CV, jestem pod wrażeniem pańskich osiągnieć. Mamy wolny etat dla wykładowcy filmu w Rhode Island School of Design. Czy byłby pan zainteresowany? Wynagrodzenie wynosiłoby $11.000 plus $1.000 na pokrycie kosztów przeprowadzki. Z poważaniem, Ron Binks, Dziekan Wydziału Filmowego.”

W ogrodzie 50 Summit Avenue

W Providence, Rhode Island, kupiliśmy nasz pierwszy amerykański dom. Przez wiele lat mieszkały tu dwie siostry. Gdy pojawiła się w sąsiedztwie pierwsza czarna rodzina, siostry postanowiły się wyprowadzić, i w ten sposób trafiła się nam okazja..

– A ten kawałek? Czy to należy do mnie?

– Tak, to należy do Pana, tylko, że ich żywopłot przechodzi na stronę waszej działki, rozumie Pan?

– Rozumiem.  A to? Czy to moje?

– Nie. To ich.

Kapelusze

Wraz z domem odziedziczyliśmy udekorowane tekstylnymi owocami i warzywami kapelusze, podobne do tych, które filmowałem w porcie w Gdyni. Wychowanemu w socjalizmie wydawało mi się, że właścicielem domu jest się tylko w amerykańskich filmach.

Studio malarskie

Wylądowałem w amerykańskiej szkole sztuk pięknych, nazwa Rhode Island School of Design była zbyt długa, wiec skrócono ja do RISD. Moje nazwisko także było za długie, wiec studenci nazwali mnie Marz, jakbym był przybyszem z odleglej planety.

 

Studio marionetek

Jak każdy emigrant, rówieśników zostawiłem w domu. Pomyślałem sobie, że moi studenci mogliby zostać moimi nowymi rówieśnikami, a gdy zorientowałem się, że dla niektórych amerykańskich rodziców posłanie dziecka do szkoły plastycznej traktuje się jak śmierć w rodzinie, poczułem, że są mi coraz bliżsi. Byli oni młodszym rodzeństwem buntowników z lat ’60, którzy teraz własny bunt chcieli wyrażać w sztuce.

W klasie filmowej

Zatrudniono mnie przez przypadek. Po przyjeździe okazało się, że pan Binks uwielbiał czeskie kino lat ’60 i był przekonany, że jestem z Czechosłowacji; przypuszczał, że wszyscy Czesi znają angielski. A ja poza polskim znalem tylko francuski i ledwo co rozumiałem, o czym mówili moi pierwsi studenci.

– Zróbmy film na temat robienia filmu, powiedział jeden z nich, pokażmy dynamikę tego, co się zdarzy, wszystkie te rzeczy, których nie da się kontrolować.

– Ja mam scenariusz, powiedział inny, trwa około godziny. Historia mojego życia.

– A ty? Jaki masz pomysł?

– Myślę o pewnym studencie, który chce sobie odebrać życie wyskakując z budynku.

Na planie zdjęciowym

W tych scenariuszach wiele scen nie miało sensu. Współczułem rodzicom, którzy płacili za te ekstrawagancje. Jednak studenci uspokajali mnie, że rodzice mają z czego płacić. Większość z nich była wiceprezesami czegoś tam. Niektórzy nawet prezesami.

– Patrz prosto w obiektyw. Zaciągnij się dymem i powiedz: „naprawdę mnie wkurzasz”.

– Kręcę głową, podnoszę wzrok, zaciągam się i mówię „naprawdę mnie wkurzasz!”

– Dobrze, ale spróbuj powiedzieć to trochę spokojniej.

– Jeszcze raz, trochę w lewo… Trochę bardziej w lewo, nie, z powrotem w prawo, troszeczkę dalej, teraz jest w porządku.

– Nie, z powrotem w prawo.

– Naprawdę mnie wku…

– Mikrofon w kadrze!

Samochód wyjeżdża z garażu. W biurze

Moim pierwszym amerykańskim samochodem był Dodge Coronet z 1967 roku. Gus Van Sant, później nagrodzony Oskarem reżyser filmowy, użyl go w scenie swego studenckiego filmu o biznesmenie, który spóźniał się na ważne spotkanie w firmie, ale nigdy tam nie dotarł, bo w czasie porannej toalety zabiło go krótkie spięcie w elektrycznej szczotce do zębów

– Cześć, Don! Jak leci?

– Gdzie jest Ed? Miał być o dziewiątej.

– Takie rzeczy się zdarzają.

–  Jeśli on zawali to spotkanie, to go zabije.

Mały Jasio na spacerze, że swoim pieskiem. Zatrzymuje go starsza pani

Oto scena z innego filmu Gusa:

Och, cóż to za uroczy, chłopczyk!

– Dziękuje pani.

– Och, masz nowa koszule i nowe buciki.

– Dziękuje pani.

– Nowe spodenki i nowa marynarka.

– Dziękuję pani.

 – Nowy krawacik i nowa fryzurka.

– Dziękuje pani.

– Och, masz też uroczego pieska. Jak się wabi?

– „Wieprzyk”, proszę pani.

– „Wieprzyk”? A to śmieszne imię dla pieska. Dlaczego nazywasz go „Wieprzyk?”

– Bo on lubi pierdolić małe świnki.

 

Dalszy ciąg nastąpi…

Marian Marzyński

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

3 komentarze

  1. gurnatko 15.06.2015
  2. j.Luk 15.06.2015
    • A. Goryński 16.06.2015