Grażyna, która nie tylko zaprojektowała lub odbudowała wszystkie nasze domy, ale też udzieliła setek fachowych wskazówek rodzinie, przyjaciołom, a nawet nieznanym przechodniom, ma również zmysł planisty, urbanisty i inspektora nadzoru wszystkich miejsc, w których przebywa. Przy okazji opanowała sztukę znajdowania na chodnikach bogatych miast sprzętów domowych, a nieraz całych umeblowań, których pozbywają się poprzedni właściciele. Praktykowała w Szwajcarii, gdzie koszt zabrania przez miasto śmieci przewyższa ich oryginalną wartość; amerykańskie chodniki nie oferują aż takich fantów, ale w okresie odjazdów studentów wypełniają się niezłym inwentarzem.
Jesteśmy na spacerze w naszym Brookline, gdy ona zauważa białe lekkie metalowe krzesełko do ogrodu i zabiera je ze sobą. – Przecież mamy ich dość – zauważam, na co ona: – Wiem, co robię.
Dochodzimy do przystanku autobusowego niedaleko naszego domu. – Czekałam tu kiedyś pół godziny na autobus – mówi Grażyna, wbijając nogi krzesełka w trawnik przy chodniku na przeciwko przystanku – jak oni tego nie zrobili, to ja to zrobię, dam im do zrozumienia, że źle się wywiązują z obowiązków.
A przecież wie, że oni nie chodzą po ulicach, tylko patrzą w komputery z planami na przyszłość, a w tych planach nie było nic o postawieniu ławeczki przy przystanku autobusu #66 Harvard–Dudley, róg Beacon and Washington. Komisja przystankowa zdecydowała, że trawnik jest za wąski na ławeczkowy przystanek, a żeby rozwiązać ten problem inaczej trzeba było zatrudnić konsultanta, na którego nie było w budżecie pieniędzy.
– Wiesz co? – reaguję na ten gest społeczny Grażyny – zadzwonię do BrooklineTab, (nasza lokalna gazeta) i powiem im, że maja neighborhood story: starsza pani, która przez całe swoje pracowite życie była architektem, ma teraz trochę wolnego czasu i postanawia oddać społeczeństwu to, co za przygarniecie jej jako emigrantki 43 lata temu mu się od niej należało…
– Nie wygłupiaj się – powiedziała Grażyna, chodźmy do Whole Foods kupić grejpfruty, czy zauważyłeś, ze nie ma na to polskiego słowa? – Pewnie twórcy słownika polskiego zadawalali się pomarańczami – mówię jej bez zajrzenia do Internetu, bo wiem, że ktoś to za mnie zrobi – i biorę ja pod pachę.
Marian Marzyński


