Jerzy Łukaszewski: Odyseja choć bez Iliady

slady12015-07-31. 

Wśród źródeł historycznych, na których opiera się (a przynajmniej powinna) nasza wiedza o przeszłości, szczególna rola przypada wspomnieniom osób prywatnych.

Z jednej strony metodologia traktuje je nieco „lżej”, niż pamiętniki, z drugiej są one bogatsze czasem w szczegóły przypominane sobie po latach, a nie odnotowane na bieżąco i ich perspektywa uzupełniona jest ogólną oceną wydarzeń, o których mowa, a na którą trudno zdobyć się z dnia na dzień.

Wspomnienia prywatnych osób mają jeszcze ten walor, że mniej zajmując się tzw. wielką polityką, o informacje o której zresztą stosunkowo łatwo, ukazują nam często bardziej wyostrzone efekty tejże polityki, ponieważ kiedy mamy do czynienia z przypadkiem osób konkretnych, z imieniem i nazwiskiem, odbiór przeszłych wydarzeń silniej dociera do czytelnika.

Wszystkie te elementy zawarte są wspomnienia, które ostatnio wpadły mi w ręce. Wydane w Olsztynie wspomnienia nauczycieli z okresu II wojny światowej.

Rzecz wydana przez Radę b. nauczycieli Tajnej Organizacji nauczycielskiej pod red. Marii Teodorowicz w 1991 roku w nakładzie 2 tys. egzemplarzy, zasługuje na uwagę samym opracowaniem tematu nauczania w czasie okupacji, a przede wszystkim treścią owych wspomnień.

Zredagowana tak, że część książki stanowią wspomnienia nauczycieli z obszaru objętego okupacją niemiecką, a część z obszaru okupacji radzieckiej do 1941 plus dalsze losy Polaków z tego terenu po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej.

Wszystkie niezwykle ciekawe i bogate w szczegóły, ale jest jednak między nimi różnica.

Te z obszaru okupacji niemieckiej są stosunkowo proste w swej konstrukcji. W zasadzie czytelnik od początku wie jakie panowały tam warunki, widział to i czytał wiele razy, co najwyżej dowie się kilku szczegółów więcej.

Te z terenów zajętych przez Armię Czerwoną i z miejsc przymusowych osiedleń w głębi ZSRR wciąż potrafią zaskakiwać.

slady3Przyczyna jest oczywista – te z terenów zajętych przez Niemców mogły być i były omawiane po wielokroć zaraz po wojnie. Te z ZSRR w PRL funkcjonowały jedynie poza oficjalnym obiegiem, a więc trafiały raczej do nielicznych.

A były nieraz o wiele ciekawsze tak pod względem dramatyzmu samych losów jak i stopnia komplikacji warunków jakie potrafiły stawać się udziałem wypędzonych Polaków.

Czasami bywają naprawdę zaskakujące.

Moją uwagę zwróciły wspomnienia jednej z autorek pracy, pani Genowefy Bieńko zatytułowane „Moja praca nauczycielska „Pod baobabem”.

Autorka urodzona w 1916 roku w Petersburgu w 1919 roku dotarła z rodzicami pokonującymi nieprawdopodobne trudności do Wilejki na Wileńszczyźnie i tam zamieszkała.

W 1939 roku ukończyła wydział historii na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie. Marzyła o pracy nauczycielki historii. Nie dane jej jednak było rozpocząć dorosłego życia w normalnych warunkach.

We wrześniu 1939 do Wilejki wkroczyła Armia Czerwona, w styczniu 1940 spadła na rodzinę pierwszy cios – aresztowanie ojca.

Jeden szczegół z tego okresu: oprócz wywózek, które powoli stawały się „codziennością” autorka wspomina o morderstwach na Polakach, których nawet nie odnotowywały służby do tego powołane.

13 kwietnia 1940 roku przyszła kolej na rodzinę autorki. Bojcy weszli do mieszkania, dali około godziny na spakowanie się i jazda! – wagony bydlęce po 60 osób w każdym wiozły ich do kołchozu Uspienka.

Tu we wspomnieniach następuje wpis, który robi wrażenie chyba na każdym czytającym.

„ … w czasie krótkiego lata step prześlicznie rozkwitał…”

Zachwyty nad pięknem przyrody (a jest ich więcej) w sytuacji w jakiej się znalazła ukazują nam jeszcze jedną z tajemnic duszy człowieczej, zdolnej do takich refleksji w warunkach, gdy – wydawałoby się – mógł działać jedynie instynkt przetrwania.

W 1942 roku na wieść o tworzeniu w ZSRR Armii Polskiej autorka z dwoma innymi dziewczętami wyruszyła do pobliskiej Samarkandy w poszukiwaniu wojenkomatu, by wstąpić do wojska. Podróż bezowocna – do Samarkandy nie dotarła jeszcze oficjalna wieść o ugodzie polsko radzieckiej, naboru nie było. Wróciły pociągiem do Uspienki.

Tam czekała na nie niezwykła niespodzianka – ojciec p. Genowefy w polskim wojskowym mundurze!

Mało tego – ojciec uzyskał zezwolenie na wyjazd dla swej rodziny i przy okazji kilku innych Polek (w ogólnym bałaganie załapała się też jedna Rosjanka, która za wszelką cenę chciała opuścić swą socjalistyczną Ojczyznę).

Z podróży do Teheranu zapamiętała jedno – jedzenie. Było go w bród i było dobre. Oczywiście, można podejrzewać, że po pobycie w Uspience każde byłoby dobre, niemniej takie ujęcie tematu podróży zwyczajnie wzrusza.

Młoda kobieta w Teheranie wykazała się niezwykłą energią, nagle obudzoną po dwuletnim „śnie” na wygnaniu. Przypominając sobie swoje powołanie nawiązała kontakt z Towarzystwem Iranoznawczym, którym kierował Stanisław Kościałkowski – jej profesor z Wilna.

W końcu 1943 roku zlikwidowano polski obóz w Teheranie i polskim cywilom dano wybór co do kierunku wyjazdu – Indie lub Afrykę. Pani Genowefa wybrała Afrykę.

Najpierw transport kolejowy do Indii, a potem statkiem z Karaczi do kenijskiego portu w Mombassie.

„W Mombassie zamieszkaliśmy z całą rodziną w przepięknych willach usytuowanych nad Oceanem Indyjskim. W Kenii – wtedy kolonii angielskiej, mimo wojny władcy tego kraju żyli wspaniale, a nas Polaków, choć bardzo zmaltretowanych, jako sprzymierzeńców otoczono przyjaźnią i wszelkimi względami”.

Po kilku tygodniach polskich cywilów przeniesiono do tymczasowego obozu w Makindu, gdzie zamieszkali w barakach krytych blachą, w pomieszczeniach oddzielonych jedynie parawanami, ale za to z przydzieloną tubylczą służbą.

Delegat z Ministerstwa Oświecenia Publicznego i Wyznań religijnych p. Szczepański zaproponował autorce objęcie posady nauczycielki w gimnazjum i liceum w Massindi, w którym uczyły się dzieci Polaków z tego kąta Afryki.

Tu znów następują opisy przyrody z terenów nad jeziorem Wiktorii, opisy bardzo precyzyjne i szczegółowe, robiące wrażenie na młodej dziewczynie z innego świata. Patrzała zresztą na wszystko po swojemu widząc niewykorzystane szanse tego miejsca zwłaszcza, że zasobnego w dobre gleby.

„Kraj błogosławiony, lecz ludność tubylcza żyła w poniżającej zależności od białych władców tej ziemi.”

Osiedla polskie nosiły oryginalne nazwy – Niespodzianka, Skolimówka, Kozi Róg, Babiniec itp.

W obozach przeważała młodzież, ale nie brakło też weteranów, ludzi odesłanych z frontu na leczenie i wypoczynek.

Ci starsi niemal natychmiast opanowali miejscowy rynek usług od stolarki i ślusarki po konserwację mebli.

Dla młodych zorganizowano szkoły powszechne, gimnazja i liceum, a także Średnią Szkołę Handlową.

Dyrektor Stanisław Arnold musiał uczyć i młodzież i … swoje nauczycielki, z których duża cześć była a wieku p. Genowefy i podejmowała się pracy nauczycielskiej po raz pierwszy.

Autorka wspomnień musiała jąć się nauczania historii, łaciny, geografii i matematyki. Dopiero z czasem, gdy uzupełniono stan kadry, mogła skupić się na swym wyuczonym kierunku.

Trudności sprawiał fakt, że uczniowie byli w różnym wieku i z opóźnieniami w nauce spowodowanymi wojną. Młode nauczycielki przeszły więc niezły kurs zawodowy owocujący w późniejszych latach.

Interesujący szczegół – wynagrodzenie.

„Za swoją pracę otrzymywałam 380 szylingów miesięcznie. Była to wysoka pensja. Niepracujący otrzymywali 12 szylingów co wystarczało na skromne utrzymanie, ponieważ żywność i ubranie otrzymywaliśmy za darmo.”

W 1947 roku p. Genowefa zgłosiła się na wyjazd do Polski.

Opis podróży jest tak niezwykły, że niemal nierzeczywisty

Luksusowym pociągiem Europa (wyłącznie dla białych) do Mombassy, gdzie zaokrętowano ich na … jacht króla greckiego, którym popłynęli do Genui.

Czyta się to jak bajkę, z pominięciem zakończenia, kiedy to w styczniu 1948 roku dotarli do Koźla i przechodzili kilkutygodniowa kwarantannę. Z Koźla do Olsztyna, gdzie odnalazła się z wracającym z wojennej tułaczki bratem i została na stałe.

Pierwszym zgrzytem było to, że entuzjastycznie nastawiona młoda nauczycielka, pragnąca z całych sił włączyć się w odbudowę powojennej oświaty w swej naiwności nie umiała zrozumieć, dlaczego traktuje się ją niemal jako osobę podejrzaną. To było udziałem wielu, bardzo wielu.

O ew. spotkaniach z dawnymi współpracownikami z Afryki, którzy wrócili do Polski trzeba było zapomnieć i to na długo.

Pierwsze próby poczyniono w 1982 i 1983 na łamach „Kuriera Polskiego”, ale dopiero w 1988 roku w Londynie doszło do pierwszego spotkania. Niestety, czas płynął, a więc szeregi już mocno były przerzedzone.

We wrześniu 1989 roku odbyło się spotkanie we Wrocławiu, gdzie przyjęto nazwę stowarzyszenia – „Klub pod Baobabem”.

Kiedy spojrzy się na mapę, by zobaczyć trasę, która przebyć musiała p. Genowefa z Wilejki do Olsztyna – człowiek tylko kiwa głową.

Niejeden autor powieści przygodowych by tego nie wymyślił. A przecież to podróż prawdziwa, jedna z tych, które odbywało wielu naszych rodaków, a które wciąż do końca są nie poznane.

A gdzieś tam, w sercu Czarnego Lądu polskie cmentarze przypominają o tych niezwykłych Odyseuszach naszych czasów.

Jerzy Łukaszewski

 

Print Friendly, PDF & Email

3 komentarze

  1. hazelhard 01.08.2015
  2. slawek 02.08.2015
  3. Medieval 03.08.2015