Gdy zabiera się trupa do muzykowania ma być w niej jeden, albo kilku, podających ton. Ów ton i rytm jest do podchwycenia przez tłum grajków i śpiewaków. Może być z tego, i jest bardzo często, kocia muzyka nie do wytrzymania. Niekiedy wszakże wychwycić zdoła wprawne ucho jakowąś melodię albo coś do niej jakby podobnego. Toporną taką paralelę ułożyłem ku opisaniu ustroju demokratycznego dzisiaj oraz roli w nim elit naprzeciw wyrobników.
Znajdę być może choć parę osób, które zgodzą się z tezą, że prym wiedzie dziś w Polsce „elita” polityczna z małej bardzo litery, bo Elita Intelektualna mocno przycichła, a przynajmniej nie słychać wyraźnie jej tonu. Skutki tego jakie są i będą widać gołym okiem lub słychać przygłuchym nawet uchem.
Czekając na pewną panią-spóźnialską, wybrałem na chybił-trafił tom paryskiej „Kultury” z półek zapełnionych rocznikami tego pisma z czasów niegdysiejszych i pod tym akurat względem wydawniczym, minionych niesłusznie. Ogłosił w nim ćwierć wieku temu, w numerze z lipca/sierpnia 1990 roku, prof. Jan Prokop (literaturoznawca, krytyk, poeta, prozaik i tłumacz) artykuł pod tytułem jak ulał również na obecne lata: „Czemu jest tak źle, skoro jest tak dobrze”. Wybrałem zeń fragmentów kilka smacznych, lecz głównie dla refleksji. Uczciwy do końca wybór ten nie jest, bo tekst pisany był na ówczesną okoliczność polityczną i społeczno-gospodarczą, a sporo opinii autora nie zdało egzaminu czasu. Mniemam jednak, że sędziwy dziś autor obrazić się nie raczy.
O ówczesnym ulubionym zajęciu przewodników polskiego stada pisze prof. Prokop w takie wersy:
„Drodzy intelektualiści, wierzę w waszą najlepszą wolę, ale redagowaniem odezw w normalnym kraju zajmują się profesjonalne sztaby różnych partii politycznych. Na obszarach przez dziesiątki lat pozostających pod rządami azjatyckiego (kolektywistycznego) komunizmu przyjęło się wprawdzie, że w różnych przez władzę wyznaczanych okolicznościach członkowie literackich batalionów samorzutnie uchwalali zbiorowe rezolucje, np. na temat Korei, Wietnamu, czy produkcji ziemniaków, a obyczaj ten następnie spodobał się dobrowolnie tysiącom postępowych intelektualistów Francji, Anglii i Zairu (dziś Demokratyczna Republika Konga – przyp. JC). Pisarz niezależny lubił bowiem zagrzmieć przeciw możnym kapitalistycznego świata, zwłaszcza gdy czuł za plecami miłujący pokój naród sowiecki i jego zbrojne ramię. (…) radziłbym tedy dzisiejszym polskim niespętanym intelektualistom, aby pisali najostrzej, najdrapieżniej, najbardziej odkrywczo, nawet śmiało prorządowo. Byle nie salwą…”
Uzasadnia dalej:
„Kupą można skutecznie zajechać Soplicę, nie zaś wymyślić coś odkrywczego, a po to właśnie – aby takich odkryć dokonywali – społeczność potrzebuje owych wybitnych intelektualistów. Wreszcie zbiorowe akcje służą podtrzymywaniu dobrego samopoczucia samych sygnatariuszy, oto włączyli się, zajęli stanowisko, potępili. Nie jest to naganne, raczej stanowi alibi: zamiast robić swoje w swoim zawodzie dla promowania wartości, w które wierzymy, znajdujemy satysfakcję w składaniu podpisów pod tekstami nieswoimi. Jest to w gruncie rzeczy działanie zastępcze.”
Znalazłem potem kolejny passus pisany wczoraj, ale diablo ważny ciągle i dzisiaj:
„(…) u fundamentu nowej niekomunistycznej Polski musi położyć się szacunek dla państwa. Szacunek dla najwyższych urzędów Rzeczypospolitej, dla jej prawa i instytucji. Tak Amerykanie czczą swoją konstytucję i wypływające z jej ducha urządzenia. Byłem w Stanach w momencie, gdy dwóch dziennikarzy wykryło sprawę Watergate, śmieszną dla nas poddanych totalitarnego systemu policyjnego: „ot, doradcy prezydenta podsłuchują konkurencyjnego kandydata… W rezultacie Nixon składa rezygnację. Prezydent bowiem symbolizuje etos państwowy, nie może być osobnikiem posuwającym się do czynów niegodnych. Otóż wielu Polaków chciałoby się wreszcie doczekać prezydenta, którego mogliby szanować…”
Jan Cipiur
PS. Choć myślę, że w polskim szyku zdania treść jest jednoznaczna, to dodam jednak dla pewności, że słowo „dobry” w tytule odnosi się do tonu, nie osób lub osoby.



A odpowiedź na ten ton jest w konentarzu z boku czyli u góry…
Paralela nie jest toporna bo dotyczy dyletantów czyniących wszystko aby pojawiła się mniej lub bardziej podobna melodia do tej zapowiedzianej na afiszu. Tak działają amatorzy, muzykanci co z nut nie potrafią jeno z głowy i ponoć z serca.
Każdy z nich jak może najgłośniej drze mordę bez sensu, bo uważa, że jego melodia jest najważniejsza. Zawodowcy po prostu grają, wiedzą co i w jakim tempie. Mają baczenie na dyrygenta lub prowadzącego
Wiedzą też kto w danym momencie ma prawo głosu i dają mu zagrać, bo za moment sami będą solistami. A melodia? Każda jest pikna trzeba tylko wiedzieć jak ją zagrać solo i w kupie.
I pomyśleć, że ja nigdy nie wpadłem na takie porównanie..
Podoba mi się… ta paralela.
Politycy dyletanci. Cudo!