Skończyło się lato 2015 roku, Wisła niesie jeszcze mniej wody niż najstarsi ludzie pamiętają. Z tego wynika, że w zeszłym roku, kiedy to susza wreszcie pozwoliła archeologom na wydobycie z dna Wisły w Warszawie skarbów utopionych tu przez Szwedów ponad 300 lat temu, jednak wody musiało być nieco więcej. W przyszłości wody ma być jeszcze mniej. Susze powodujące całkowite wysychanie Wisły miały miejsce cały wiek przed Szwedami, więc „najstarsi ludzie którzy to pamiętają”, od dawna już niczego nie pamiętają.
Póki co pod filarami warszawskich mostów wygrzewa się brać studencka a wędkarze w poszukiwaniu jeszcze całkiem żywych ryb na piechotę docierają do samego nurty rzeki. Serdecznie im współczuję.
Winne oczywiście globalne ocieplenie, aktywność wulkanów, dziury ozonowe, prądy morskie i wiatry, które się uparły, by nieść nam jak najmniej wody ale także wysoka zawartość różnych świństw, którymi przemysł nas karmi. W katalogu usprawiedliwień ze wszystkim, w różnym zresztą stopniu, ale trzeba się zgodzić.
Woda do Warszawy dopływa jednak z naszych gór, gdzie lodowce nie topnieją, nie zasilają rzek w upalne lata i tam to właśnie z entuzjazmem, zaangażowaniem, powiększając dziury budżetowe i tak już w dziurawych szczeblach samorządowych i rządowych, z całą mocą staramy się powiększyć skalę nieszczęść.
Mnie się udało, udało się także moim sąsiadom, bo mogą przychodzić do mnie po wodę. Wody nie mają od miesiąca a dzisiaj jest już druga połowa września. Interesujące, kiedy wody zabraknie w całej wsi.
A jednak suszy, nawet tu w górach, nie lubimy, przede wszystkim dlatego, że w ziemi nic nie chce rosnąć a sieci Biedronki, Lewiatana ani Groszka nie wszystko nam oferują. Nie lubimy też dlatego, że susza powoduje alergie co kiedyś dotyczyło tylko dzieci, a teraz dotyczy wszystkich. Susza powoduje susze. Póki w upalne dni 1000 watów słonecznej energii pada na metr kwadratowy ziemi i są jeszcze liście, które są w stanie przetworzyć ową energię na własne potrzeby – jest fajnie, chłodno i przyjemnie ale jak liści nie ma, słońce zaczyna wypalać glebę, a wszelkie możliwe drobinki powodujące wiele chorób radośnie fruwają w przestrzeni, bez której nie da się oddychać.
I tak mamy świetnie, bo upały się kończą, zielsko z gleby wyłazi i można wszystko zacząć od nowa. Na szczęście tylko 1000. Nie wszędzie! W tropikach energii pada trzy razy więcej i jak słońce zaczyna wypalać, to ziemię bez liści wypala aż wypali. Da się to odczuć także globalnie.
Nasiona roślin, drobinki kurzu, im lepiej wyschły, tym raźniej pozwalają się wessać naszym płucom, tym efektywniej zatykają oddech astmatykom, osiadając na skórze i śluzówkach powodują wysypki, owrzodzenia. W procesie ewolucji długo się jeszcze nie dostosujemy do funkcjonowania bez wody. Nawet tylko tej zawartej w powietrzu. Nawet u mnie na wsi, w górach, większość dzieci stale nosi ze sobą legi antyalergiczne. Mają powody! Szczególnie pod koniec roku szkolnego, gdy kwitną trawy.
Już wówczas, jeszcze przed letnimi upałami, już jest sucho. Drogowcy, chcąc nie chcąc, bo takie mają przepisy, muszą wraz z drogami budować systemy odprowadzające wodę, hydrotechnicy garściami czerpią pieniądze na systemy odprowadzające wodę i osuszające krajobraz, a resztka wilgoci pozostała jeszcze w środowisku, nawet jak jest jej już katastrofalnie mało, jest wysysana przez rozbudowywaną kanalizację.
Nie ma małej retencji, bo kto by zwracał uwagę na coś tak małego. Przyszedł do mnie młody zachwycony sobą człowiek, bo założył firmę budowlaną i ma pierwsze zlecenie: ułożyć 3 ha kostki Bauma koło jakiegoś centrum handlowego. Pogratulowałem, bo to jest robota na najbliższe kilkanaście lat… jeśli zdąży, zanim nasz parlament się zorientuje, że susza w czymś przeszkadza.
Bo na Wiejskiej przecież nie przeszkadza. Gdyby zaczął układać kostkę Bauma za lat pięć, jak już się (miejmy nadzieję) sejm zorientuje, to będzie mu za takie ekscesy słusznie groziła odpowiedzialność karna. Robota jest na kilkanaście lat, bo niedługo trzeba to będzie zdjąć i wpleść tam system małej retencji… właśnie dlatego, że kilka hektarów powierzchni wysuszającej krajobraz dużo kosztuje.
Potem będzie jeszcze raz to układał, a może nawet projektował. Na każdy metr kostki Bauma pada przecież takie samo 1000 watów energii, która nie zasłonięta roślinami zmusza do maksymalnej sprawności systemy klimatyzacyjne na znacznej, otaczającej parking przestrzeni. Z tego to powodu różnica temperatur między warszawskimi parkingami a Puszczą Kampinoską odległą o dwadzieścia kilometrów sięga już 15 stopni! Jak pracowałem w tym lesie czterdzieści lat temu, różnica wynosiła 4 stopnie! Ludzie to wytrzymują, a powszechnej rewolucji z tego powodu nie było jeszcze tylko dlatego, że w upał wszyscy padają na pysk, nikomu nic się nie chce, miejska infrastruktura łagodzi emocje… a jak się zaczyna chcieć jest już po upałach i… nikomu nie zależy. Ciekawe: jak długo i przy jakiej różnicy temperatur aktywność się podniesie?
Owe 15 stopni różnicy to też świadectwo, że globalne ocieplenie w znacznym stopniu jest lokalnym usprawiedliwieniem nieszczęść, cośmy je sami sobie uczynili!
W maju, przed upałami pisałem w SO, że program czyszczenia jeziora Żywieckiego, polegający na odwodnieniu całego obszaru, co już kosztowało ponad miliard złotych i kosztować będzie następny, jest skazany na sukces, bo jezioro wyschnie i nie będzie trzeba już więcej niczego czyścić. Właśnie wyschło. Soła zasilająca zbiornik dzisiaj niesie może ze dwa metry wody na sekundę już od ponad półtora miesiąca i nie ma jeziora jak napełnić, a pomysł sprzed laty, by poniżej w kaskadzie leżący zbiornik w Porąbce zaopatrywał mieszkańców w wodę pitną nie pozwala na całkowite zamknięcie zapory.
Z czasem i tak się dowiemy, że może nie pozwala, ale i tak wyschnie. Wysechł też zbiornik w Dobczycach i pod Wadowicami i jeszcze kilka drobniejszych. W błocie nad Soliną piosenka Szczepanika raczej denerwuje. Mimo to odwodnienia idą pełną parą przez całą południową Polskę, a Komisja Europejska ochoczo finansuje inwestycje, mimo, że procesy gospodarowania wodą i przeciwdziałania osuszeniu w wielu krajach idą dokładnie w przeciwnym kierunku. Chlubimy się najwyższym wskaźnikiem wykorzystania funduszy europejskich. Chciałoby się zapytać… a po cholerę?
W wielu miejscowościach – jedynym!!! – źródłem zaopatrywania rzeki w wodę w letnie upały są oczyszczalnie ścieków! W Andrychowie, Wiśniowej, (tam byłem, fotografowałem, filmowałem i widziałem a jak zmontuję udostępnię na swoim kanale YouTube), rzeki nie ma, a zaczyna się dopiero od oczyszczalni. W wielu miejscowościach, również w Mszanie i Żywcu, ścieki “oczyszczone” są może nie jedyną, ale zasadniczą częścią spływającej rzeką wody. Po jaskrawo zielonych zakwitach glonów sądzę, że oczyszczalnie są to tylko z nazwy. A przecież w miejscowościach poniżej położonych, ludzie i nie tylko ludzie tę wodę piją. Interesującą, choć mało optymistyczną, wiadomością dla rodziców może się okazać sposób filtrowania zatruć przez organizm przeżuwaczy, które pozbywają się toksyn poprzez laktacje.
Hasło “zdrowe naturalne mleko” w czasie susz, co jak wiadomo nie przerywa oprysków przy oszczędnym gospodarowaniu wodą, przestaje być aktualne, szczególnie w gospodarstwach ekologicznych południowej Polski … i znowu wracamy do uczuleń i kosztów leczenia. Nie widzę tu wielkiego pola do zwalania winy na globalne zmiany klimatyczne.
A wszystko przez to, że MAŁA retencja okazała się zbyt mała, jak sama nazwa wskazuje, by nią się zajmować. Przyszłość w dużych, poważnych inwestycjach typu kanał Odra-Dunaj, lub choćby tych mniejszych od czyszczenia jeziora żywieckiego, czy odwodnienia podtatrza.
Ostatnio ogłoszono rządowy program całkowitego uregulowania Soły i Skawy. Z czego wynika, że są tam właściwi ludzie na właściwych miejscach, co usłyszałem niedawno w przemówieniu nad trumną zacnego nieboszczyka. Wyschniemy na wiór. Ostatnio spotkałem Andrzeja Bratkowskiego (też publicysty SO), który mnie zapewniał, że rozmawiał z Naczelnym Konserwatorem Przyrody, który o uroczystym otwarciu inwestycji kanału Odra – Dunaj nic nie wie.
Jedne, drugie i tysiące mniejszych inwestycji prowadzą do smutnego wędkarza tkwiącego w ciągle jeszcze dość wysokich butach, z wędką, na środku Wisły, między warszawskimi mostami. Treść tego obrazka nie dociera do gospodarzy naszych wód, ale… jeśli prognozy okażą się słuszne, postanowiłem, że będę go filmował co roku, w tym samym miejscu w coraz krótszych butach. Jak już będzie w trampkach… może dotrze.
Zieleń jest nam potrzebna z powodów, estetycznych, krajobrazowych ale jej najważniejsza funkcja, regulacja stosunków wodnych, jakoś umyka naszej uwadze. Wielkomiejskie drzewka w doniczkach, którymi upstrzone są ogródki kawiarniane, nie pełnią swoich ról w ekosystemie. To tylko dekoracja, ale pokazuje zakres ludzkich potrzeb.
Globalne ocieplenie – globalnym ociepleniem, ale dobrze byłoby zwrócić uwagę na wszędzie eksponowany wykres rosnącej krzywej gazów cieplarnianych.
Linia zaczyna się w początkach XIX wieku i idzie niemal równolegle do osi czasu, wznosić się zaczyna w XX wieku, w latach siedemdziesiątych strzela w górę. No więc, kto może – szuka przyczyn globalnego ocieplenia w miejscu oderwania się krzywej od linii poziomej. Kilku klimatologów zwraca uwagę, że na tej krzywej niczym nie jest zaznaczony czas II wojny światowej i okolic. Wszak w tamtym czasie produkcja na całym niemal globie szła pełną parą, a o żadnych oczyszczalniach i filtrach nikomu do głowy nie przyszło myśleć. Ale też nie było struktur odprowadzających wodę. Lokalnymi drogami były co najwyżej popularne „żwirówki” bez rowów odwadniających, a cała Europa i znaczna część Azji i płn. Afryki była zryta przez działania wojenne. Woda tam leżała, gdzie spadła, póki nie wsiąkła lub nie wyparowała, a para wodna wiązała związki różnych zajzajerów, po czym też wsiąkała w glebę pozwalając się oczyścić glebowym żyjątkom, natlenić w potokach i dać się rozłożyć.
Artyści socrealizmu tworzyli wzorce nowego krajobrazu, w którym dymiące kominy stanowiły stały element. Bez większych zastrzeżeń kąpałem się wówczas w Wiśle, gdzie z ochotą wagarowałem. Woda z jezior i strumyków na biwakach służyła do przyrządzania posiłków.
Susza jest także niewygodnym świadectwem partactwa firm żyjących z udawania, że czymś zabezpieczają przed powodzią. Spacery po wysuszonych korytach rzek odkrywają kilometry bezsensownych, horrendalnie drogich, kamiennych wzmocnień powiązanych drutem (4-5mm) rozcinanym przez kamienie unoszone wezbraniami. Kupa bezładnych kamieni pozostała po “inwestycjach” w kilka lat po montażu, gdy firm od których można by dochodzić gwarancji już nie ma, jest niemym dowodem braku wyobraźni albo po prostu korupcji wielu nadrzecznych samorządów.
Powodzie są dekoracyjne: walą się chałupy, mosty, kwitnące sady w wodzie wzruszają telewidzów. Powódź jest świetnym elementem kampanii wyborczej i szansą pokazania kandydatów od troskliwej strony. Susza w naszym klimacie i w naszej telewizji jeszcze nie dostarcza estetycznych wzruszeń, a dotyczy niemal całej Polski, właśnie przez owe „tylko” 1000 watów. Powódź choć dotyczy zaledwie 10% powierzchni, to nieźle z tego żyją liczne “sztaby antykryzysowe” w miejscowościach omijanych przez kryzysy. Więc dlaczego zajmować się suszą?
Piotr Topiński



No właśnie: dlaczego zajmować się suszą? Czasem człowiek zachodzi w głowę myśląc czym w ogóle zajmują się nasi politycy. I czy w ogóle czymś.
Dla poprawienia nastroju publikacja archiwalna
http://ruslan.pecado.pl/upload2/readfile.php?file=ruslan/kanal.jpg
Piękny tekst! Jakże potrzebny.
Na pewno tegoroczne suche lato wyolbrzymiło problem pustego koryta Wisły. Nie zwalnia to jednak polskich prawodawców od bliższego przyjrzenia się bezkarnym watażkom – sołtysom demolującym gorne odcinki zlewni rzek, i to często za europejskie fundusze, tam, gdzie mała retencja może wiele pomóc.
Pytanie tylko, kto tym prawodawcom to powie, skoro od setek lat osusza się polskie łąki i bagna, nie ma tradycji wsłuchiwania się w głos specjalistów biologów, jest za to tradycja inżynierów od melioracji, budowania kanałów i regulacji rzek… Jak długo jeszcze?