Raport gęgaczy (3)

gesiLiczący ok. 180 stron raport, zawierający analizę słów, czynów i dokumentów w/w środowiska, ukaże się drukiem i w Internecie za kilka, najdalej za kilkanaście dni. Wcześniej będziemy zamieszczać w Studiu Opinii, ku zachęcie czytelników, niektóre wybrane fragmenty. Raport demaskuje liczne kłamstwa, intrygi oraz ujawnia, na podstawie dokumentów, prawdziwy program tego środowiska, jakże inny od publicznie głoszonego w kampanii wyborczej.

Autorzy raportu (w porządku alfabetycznym): Waldemar Kuczyński, Krzysztof Łoziński, Marcin Makowiecki, Piotr Rachtan przy współpracy Antoniego Miklaszewskiego, Sławomira Popowskiego i Pawła Wimmera. W redakcji pomagała Agata Czarnacka.

Okładkę (jeszcze – pokażemy ją za parę dni) rysuje Andrzej Barecki.

Wydawnictwo – nakładem własnym.

Dziś fragment trzeci.

Zmyślone afery i nienormalność normalności

Jedną z metod okłamywania społeczeństwa przez PiS jest wymyślanie nieistniejących afer oraz przedstawianie rzeczy zupełnie normalnych tak, jakby były wielkim skandalem.

26 marca 2011 roku uprawomocnił się wyrok sądu Okręgowego w Warszawie, z którego wynika, iż słynna „inwigilacja prawicy”, którą przez lata straszyło nas PiS jako rzekomą zbrodnią „służb”, w ogóle nie miała miejsca. Co ciekawe, nie jest to jedyny przypadek powiadamiania przez polityków PiS o przestępstwach, do których nigdy nie doszło. Jest to wręcz stała metoda prowadzenia walki politycznej.

Przypomnijmy: Sąd Okręgowy orzekł, że instrukcja nr 0015/92 nie pozwalała na inwigilację prawicy. Orzeczenie to poparł Sąd Apelacyjny. Instrukcja 0015/92 powstała w sierpniu 1992 roku. Jej autorem był Piotr Niemczyk, wówczas dyrektor Biura Analiz i Informacji UOP. Według Jarosława Kaczyńskiego miała umożliwiać inwigilację ugrupowań prawicowych. Na jej podstawie miały również powstać komórki zajmujące się tym zadaniem w każdej z delegatur UOP w Polsce. Instrukcję ujawnił w marcu 1993 r. Jarosław Kaczyński, oskarżając UOP o inwigilację prawicy i rozpętując aferę na całą Polskę („szafa Lesiaka”, rzekome fałszowanie lojalki Kaczyńskiego itp.).

Sąd ocenił zeznania Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza w tej sprawie jako „mało wiarygodne”, raczej insynuacje i konfabulacje niż fakty. Z kolei historyk IPN prof. Antoni Dudek zeznał, że: „nie są mu znane żadne fakty i okoliczności, które potwierdzałyby tezę, że na podstawie instrukcji 0015/92 była prowadzona inwigilacja partii prawicowych.” Tak oto słynna „inwigilacja prawicy” poległa w sądzie jak długa.

Wcześniej Jarosław Kaczyński wycofał z prokuratury powiadomienie o rzekomym sfałszowaniu, w ramach inwigilacji prawicy, jego lojalki znajdującej się w teczce SB. Można się domyślać, że uniknął w ten sposób ekspertyzy biegłych, która mogła wykazać autentyczność jego podpisu. Każdy, kto żył i działał w tamtych czasach, wie, że SB wprawdzie fałszowała dokumenty, ale nie takie, i nie wobec nikomu nieznanych osób bez znaczenia w ruchu oporu, a takim kimś był wówczas Jarosław Kaczyński. Sprawa fałszowania lojalki Kaczyńskiego od razu wyglądała na mało wiarygodną, bo nie było widać celu takiego działania, a dokument ten nie miał istotnego znaczenia. W sensie prawnym nie miał wręcz znaczenia żadnego. Tym bardziej nie miało żadnego sensu fałszowanie go w latach 90.

Zawiadamianie prokuratury i robienie gigantycznych politycznych awantur na temat zmyślonych przestępstw jest stałą metodą działania tej partii. Tu warto też przypomnieć rzekome zabójstwo pacjenta przez doktora Garlickiego i ogromną liczbę zarzutów korupcyjnych, które nie miały pokrycia w faktach. Zupełnie nieprawdziwe były zarzuty korupcyjne wobec dyrektora szpitala MON przy ul. Szaserów w Warszawie. Rzekomy handel organami przez transplantologów, który nigdy nie miał miejsca. PiS walczył wówczas ze środowiskiem lekarskim i ogólnie inteligencją.

Wcześniej miała miejsce „afera billboardowa”, czyli kłamstwo Jacka Kurskiego na temat rzekomego nielegalnego finansowania PO przez firmy ubezpieczeniowe. Jak wykazało postępowanie prokuratorskie i sądowe, nic takiego nie miało miejsca.

Kolejna sprawa to rzekome pobicie aktorki Anny Cugier-Kotki (ponoć przez bojówkę PO), na które brak jakichkolwiek dowodów, łącznie z tym, że nie stwierdzono śladów obrażeń. Brak świadków, brak obrażeń, brak potwierdzających nagrań monitoringu, a zeznania zainteresowanej nie trzymają się kupy.

Skoro jesteśmy przy pobiciach, to rzekomo jeden z „obrońców krzyża” miał zostać pobity pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu i wskutek tego pobicia umrzeć. Prokuratura sprawę zbadała i stwierdziła, że śmierć nastąpiła z przyczyn naturalnych, a żadnego pobicia nie było.

Przypomnijmy też próby sfabrykowania nieistniejących przestępstw i nawet fałszowania w tym celu dokumentów (afera gruntowa, afera hazardowa, afera Weroniki Marczuk-Pazury, rzekomy dom Jolanty Kwaśniewskiej w Kazimierzu…).

Na początku 2011 roku PiS oskarżyło państwo o rzekomą „inwigilację Lecha i Marii Kaczyńskich”. Prokuratura sprawę zbadała i stwierdziła, że żadnej inwigilacji nie było.

[…]

Niestety nie zawsze fałszywe afery pozostają bez skutków. Fałszywe oskarżenia wobec lekarzy transplantologów spowodowały (czasową, na szczęście) zapaść transplantologii. Co najmniej kilkanaście osób więcej zmarło nie doczekawszy się przeszczepów, bo społeczeństwu wmawiano, że jeden z najlepszych transplantologów bierze łapówki, a inni handlują narządami – wystarczy porównać statystyki zgonów z czasu sprzed afery, po niej i samego jej okresu.

Skutkiem wziętych z sufitu oskarżeń był również najazd ABW na dom Barbary Blidy i jej samobójstwo. Politykom PiS chodziło o to, by uzyskać, jak to nazwali, „wyjście na SLD”.

Kolejną taką aferą była sprawa prof. Jana Widackiego, którego Jarosław Kaczyński, bez żadnych podstaw, nazywał „kwintesencją układu”. PiS starało się znaleźć urojony, nieistniejący w rzeczywistości „układ”, a dyspozycyjna politycznie prokuratura, podległa ministrowi Ziobrze, dostała niezwykłego zapału i na podstawie wysoce niewiarygodnych „dowodów” fałszywie oskarżyła Widackiego. Proces trwał sześć lat i skończył się uniewinnieniem. W międzyczasie działy się istne cuda w stylu IV RP.

Jan Widacki, adwokat, został oskarżony o podżeganie do fałszywych zeznań Sławomira Ratajczyka – kryminalisty siedzącego w więzieniu w Białymstoku. Ratajczak ni stąd, ni zowąd zeznał, że Widacki nakłaniał go do fałszywych zeznań na korzyść Danielaka („Malizny”). Wcześniej wysyła list do posła Zbigniewa Wassermana, gdzie sugeruje to samo. Dla każdego doświadczonego prokuratora powinno być jasne, że Ratajczak zwyczajnie kombinuje i nie ma na ten fakt żadnych dowodów. Ale nie prokuratura, która na licznych odprawach słyszała od Kaczyńskiego, że Widacki to „kwintesencja układu” (tak w czasie rozprawy zeznał Janusz Kaczmarek). Następnie Ratajczaka odwiedza w areszcie Dorota Kania – dziennikarka “Gazety Polskiej”. Zostawia mu kopię swojego artykułu. Zeznanie Ratajczaka pokrywa się później z treścią tego tekstu. Ciekawe, że wizyta Kani w areszcie nie jest odnotowana. Mało tego, Kania chwaliła się, że nagrała rozmowę z Ratajczakiem, choć wiadomo, że do aresztu nie wolno wnosić sprzętu nagrywającego. List Ratajczaka wychodzi z oddziału dla niebezpiecznych osadzonych bez żadnego odnotowania w ewidencji. Dociera do Sejmu, również nie odnotowany w żadnej ewidencji. Ratajczak przyznał później, że w prawdzie on ten list pisał, ale – jak się wyraził – nie on był jego autorem. Zgodnie z jego wersją – list był podyktowany. Tak mówił na rozprawie. Nie wiadomo, jak list dotarł do Wassermana, który jedną kopię dał obrońcom Dochnala, a drugą Dorocie Kani.

Na takich podstawach przez sześć lat ścigano i sądzono uczciwego człowieka, przy okazji oczerniając go w mediach. Sąd nie znalazł żadnych dowodów na prawdziwość oskarżenia. Swoją drogą, istnym kuriozum jest poseł przekazujący list przestępcy obrońcom innego oskarżonego przestępcy i dziennikarce otwarcie związanej z konkretną opcją polityczną.

Poza tworzeniem fałszywych „afer”, politycy i propagandziści PiS bardzo lubią przedstawiać rzeczy zupełnie normalne w taki sposób, jakby były skandalem.

Typowym przykładem było rozbuchanie pseudoafery, mającej polegać na tym, że prof. Leszek  Balcerowicz zasiada w radzie fundacji swojej żony. Odbiorca, na którego jest to obliczone, nie musi wiedzieć, co to jest fundacja, co to jest rada fundacji (może ją mylić z radą nadzorczą w spółce, choć to zupełnie co innego). Z rzeczy zupełnie normalnej, moralnie neutralnej, zrobiono jakiś rzekomy niebywały skandal.

Były poseł PO, obecnie sojusznik PiS, Jarosław Gowin grzmiał po wyborach samorządowych w 2015 roku, w „Kropce nad i”: – „Wybory są sfałszowane”, bo jeden kandydat gdzieś tam dostał „o tysiąc procent więcej głosów niż w poprzednich wyborach”.

Przypomnijmy tym, co spali na lekcjach, co to jest procent. Z definicji jest to jedna setna. A co to jest „tysiąc procent”? 1000% x 0,01 = 10. Tysiąc procent to po prostu dziesięć. Ale dziesięć to tylko dziesięć, a „tysiąc procent” to jak to brzmi! To jest coś!

[…]

Pracowicie eksploatowanym wątkiem jest to, że podsłuchani politycy PO rozmawiali w restauracji „przy ośmiorniczkach”. No istny skandal. W Polsce od dawna w restauracjach serwowana jest nie tylko kuchnia polska, ale i chińska, indyjska, tajska, francuska, meksykańska… Te ośmiorniczki to nic nadzwyczajnego, danie jak danie, na świecie spożywa je wielokrotnie więcej ludzi, niż kotlety schabowe. Żaden to luksus, tyle że nie z polskiej kuchni. No to co? Ale PiS-owcy i niektórzy dziennikarze telewizyjni nigdy nie omieszkają dodać, że rozmawiali „przy ośmiorniczkach”.

Typowy wyborca PiS to człowiek kiepsko wykształcony, który w lepszych restauracjach nie bywa, za granicę nie jeździ, świata nie zna, więc dla niego te „ośmiorniczki” to niebywały luksus, a nie takie sobie danie, wcale nie jakieś wyszukane, tyle że z zagranicznej kuchni.

[…]

Czerwiec 2011 roku. PiS domaga się powołania sejmowej komisji śledczej do zbadania rzekomego finansowania Platformy Obywatelskiej przez mafię pruszkowską. Według Mariusza Kamińskiego (PiS) mają o tym świadczyć zeznania gangstera (ściślej: szeregowego członka gangu), niejakiego „Brody”. Miał on obciążyć Mirosława Drzewieckiego, który rzekomo prał brudne pieniądze gangu, finansując nimi PO.

W całej opowieści Kamińskiego nic się kupy nie trzyma. Gang pruszkowski został rozbity przez policję na przełomie 2000 i 2001 roku, na prawie rok przed powstaniem Platformy Obywatelskiej. Jakim cudem gang miałby finansować partię, której jeszcze nie było? „Broda” nie może mieć żadnej wiedzy na temat wydarzeń z lat 2001-2002, bo od roku 2000 do 2005 siedział w więzieniu, a później, od czerwca 2005 do 2010 r., ponownie. Od 2000 do 2010 roku był na wolności tylko przez sześć miesięcy. Poza tym był w gangu szeregowcem, zwykłym drobnym bandziorkiem. Wysoce wątpliwe, by mógł w ogóle znać interesy gangu, zwłaszcza interesy tak poważne. Kamiński i Kaczyński są niewiarygodni także dlatego, że nie wskazali żadnego logicznego powodu, by jakikolwiek gang miał interes w finansowaniu PO. Po co?

W dodatku Mariusz Kamiński nie zna zeznań „Brody”, tylko podobno słyszał o nich od jednego prokuratora, który zaprzecza, by takich informacji Kamińskiemu udzielał. Prokuratura zaprzecza stanowczo, by z zeznań „Brody” wynikało, że gang finansował PO. W czasie, gdy Kamiński rzekomo się o tym dowiedział, był szefem CBA. Nie wiedzieć czemu, nic z tym nie zrobił. Przypomniał to sobie dopiero po ponad dwóch latach, na progu kampanii wyborczej. W dodatku według Kamińskiego i Kaczyńskiego przepływ pieniędzy miał odbywać się za pośrednictwem Mirosława Drzewieckiego, „skarbnika PO”. Tyle tylko, że nie Mirosław Drzewiecki był  wtedy skarbnikiem PO. Był nim Waldy Dzikowski. Drzewicki został skarbnikiem 5 lat później. A więc gang, który już od 6 lat nie istniał, przekazywał pieniądze Drzewieckiemu. Drzewiecki zaprzecza oszczerstwom i zapowiada proces.

Na czym jest oparte całe PiS-owskie oskarżenie? Na tym, że Kamiński miał rzekomo usłyszeć o zeznaniach osoby całkowicie niewiarygodnej, zeznaniach, których nie widział, przy czym według prokuratury, która zeznania zna, takich treści w nich nie ma. A więc w zeznaniach o takiej treści, których nie ma, Pruszków miał finansować PO, gdy jeszcze nie powstała, za pośrednictwem skarbnika, który nie był skarbnikiem, a zeznaje to (w rzeczywistości nie zeznaje) facet, który już na dwa lata przed powstaniem PO siedział w pudle i w żadnych transakcjach nie mógł brać udziału, ani o nich wiedzieć. W dodatku „Broda” jest świadkiem wyjątkowo mało wiarygodnym, bo już raz zeznał, że w zlecaniu zabójstwa generała Papały miał brać udział gangster „Nikoś”, który wówczas już od miesiąca nie żył.

Zestawienie dat i faktów na temat „Brody” i Pruszkowa jest dawno znane. Wystarczy przejrzeć archiwum dowolnej gazety, by o tym przeczytać. Te same fakty, i w dużej części na podstawie tych samych źródeł, ustalił i opisał w „Polityce” Piotr Pytlakowski. To nie sztuka do tych faktów dotrzeć. Dlaczego więc Kamiński i Kaczyński wygadują takie rzeczy? Nie sprawdzili powszechnie dostępnych faktów? Nie sprawdzali, bo po co? Przecież wiedzą, że kłamią.

Metoda jest sprawdzona i wielokrotnie stosowana. Najpierw ktoś z PiS-u rzuca kłamstwo-oszczerstwo, następnie Mariusz Błaszczak i Jarosław Kaczyński robią konferencję prasową. Błaszczak mówi „to zdumiewające”, a Kaczyński domaga się od prokuratury, Sejmu, rządu, prezydenta i reszty świata „wyjaśnienia sprawy”, która jest „wysoce niepokojąca” i „jeśli okaże się prawdą, to…”.

Od pierwszych dni po katastrofie smoleńskiej kolportowane było kłamstwo: „Tusk oddal śledztwo [w sprawie Smoleńska] Rosjanom”. Niby każdy myślący człowiek powinien wiedzieć, że Donald Tusk niczego nie oddawał, lecz Rosja sama wszczęła swoje śledztwo i nikt jej nie jest w stanie tego zabronić, bo każde państwo świata może prowadzić śledztwo na temat wszystkiego, co zdarzyło się na jego terytorium. Niby każdy myślący człowiek powinien wiedzieć, że są dwa śledztwa, jedno rosyjskie, drugie polskie. Niby każdy myślący człowiek powinien wiedzieć, że domaganie się, by Rosja zaprzestała swojego śledztwa jest absurdem… Niby każdy myślący człowiek powinien wiedzieć, że aby „oddać śledztwo”, trzeba by nasze polskie śledztwo przerwać i przekazać je Rosji, a nic takiego nie nastąpiło. Tylko czy wyznawcy PiS to ludzie myślący? Widać nie, skoro w to wierzą.

Propagandyści PiS wykorzystują przy tym znakomicie media. Doskonale wiedzą, że jeśli któryś z ich ludzi walnie w telewizji wyjątkowo bezczelne i bulwersujące kłamstwo, to zostanie ono szeroko rozkolportowane, przez co dotrze do milionów odbiorców, bo wszystkie stacje telewizyjne będą je wielokrotnie powtarzać przez kilka dni. To samo zrobią rozgłośnie radiowe i gazety. 16 lipca 2010 roku kłamstwo o oddaniu śledztwa Rosji wyartykułował w TVN24 Bronisław Wildstein, dodając jeszcze, że „Polska oddała [w ten sposób] część swojej suwerenności”. Już następnego dnia rano było to w TVN24 na pasku. Zasada Goebbelsa została zmodernizowana: kłamstwo wielokrotnie powtórzone zostanie przez wielu ludzi uznane za prawdę, a powtarzać je wielokrotnie będą bezmyślni dziennikarze, mylący obiektywizm z brakiem prostowania kłamstw i bezmyślnym ich rozpowszechnianiem.

[box title=”Do czytelników” border_width=”2″ border_color=”#0166bf” border_style=”solid” icon=”flash” icon_style=”border” icon_shape=”circle” align=”center”]Autorzy raportu proszą Szanownych Czytelników o jak najszersze kolportowanie informacji o raporcie w Internecie i gdzie tylko mogą, by nie został on przemilczany. Oficjalne prezentacja całości raportu nastąpi 13 października.[/box]

Zespół autorów

 

Print Friendly, PDF & Email

21 komentarzy

  1. dawniej_kuba 2015-10-05
    • dawniej_kuba 2015-10-05
  2. dawniej_kuba 2015-10-05
  3. Woziwoda 2015-10-05
    • dawniej_kuba 2015-10-05
    • jotbe_x 2015-10-06
  4. Stary outsider 2015-10-05
    • Stary outsider 2015-10-05
    • Stary outsider 2015-10-05
  5. W. Bujak 2015-10-05
  6. andrzej Pokonos 2015-10-06
    • jureg 2015-10-07
      • andrzej Pokonos 2015-10-07
  7. dawniej_kuba 2015-10-06
  8. Stary outsider 2015-10-06
  9. cheronea 2015-10-06
    • BM 2015-10-06
      • cheronea 2015-10-08
  10. Stary outsider 2015-10-06
    • cheronea 2015-10-08
  11. BM 2015-10-07
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com