Andrzej Koraszewski: Śmiać się, płakać, czy działać?

2015-11-24.konstytucja

[dropcap]H[/dropcap]onorowy prezes budowy pomnika prezydenta i jego 95 ofiar nabrał wiatru w żagle, kiedy wstrzelił się zięciem poety w społeczne zapotrzebowanie. Zięć poety wydawał się dobrym pomysłem, ale chyba nawet prezes w najśmielszych snach nie przewidywał, że aż tak dobrym.

Okoliczności okazały się sprzyjające, przeciwnik rozproszony i zdemoralizowany, połowa zdezerterowała z linii frontu i w urnach dominowały głosy na zięcia. Niektórzy mówili, że nic strasznego się nie stało, że zięć poety może okazać się kręgowcem i być ponad. Niebawem dowiedzieli się, że zięć kręgowcem nie jest, a bycie ponad nawet nie przychodzi mu do głowy. Prezes odetchnął z ulgą, bo mogło być tak, a mogło być inaczej. Wszystko jednak poszło zgodnie z planem, swój człowiek w pałacu znał swoje miejsce, uznawał nieskończoną mądrość prezesa i ochoczo wykonywał wszelkie polecenia.

Na początek należało szybko ułaskawić skazanych, jako że byli potrzebni do rządzenia, a nawet nieprawomocny wyrok mógł rzucać nikomu niepotrzebny cień. Kolejne zlecenie dotyczyło porządków w służbach. Prezes zawsze był przekonany, że demokracja służbami stoi, więc zarządzanie służbami należało przepchnąć nocą w Sejmie, po upewnieniu się, że zięć poety nie zrobi jakiegoś głupstwa. Na tym etapie obaw już nie było, ale lepiej być po pewnej stronie. Teraz pilnym zadaniem było ujednolicenie władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej, a tu konieczne jest uporządkowanie kwestii Trybunału Konstytucyjnego, by jego orzeczenia były zgodne z oczekiwaniami prezesa. Zięć poety wykazał się dobrą wolą, a nawet inicjatywą, powstrzymując się przed przyjęciem ślubowania, więc i podpisanie przez niego nowelizacji ustawy o Trybunale Konstytucyjnym było już tylko oczywistą oczywistością.

Ktoś przypomniał, że od zmian kompetencji i uprawnień Trybunału Konstytucyjnego rozpoczął się w końcu lat trzydziestych demontaż demokracji w Austrii, kto inny wyraził uzasadnione obawy, że dyspozycyjni sędziowie będą w pałacu zabiegać o rekomendacje.

Jakby na sprawę patrzeć – wszystko wskazuje na to, że prezes nie tylko jest zwolennikiem demokracji postkonstytucyjnej, ale również, że proces jej wprowadzania w życie dokonuje się na naszych oczach i to w galopującym tempie. Kolejne posunięcia Towarzyszy Prezesa zostawiają coraz mniej miejsca na wątpliwości i pojawia się pytanie, czy śmiać się, czy płakać, czy rozpocząć poszukiwanie strategii przeciwdziałania  procesowi demontażu konstytucyjnego ładu? Najpoważniejsza moim zdaniem propozycja pojawiła się na łamach „Studia Opinii”, gdzie Krzysztof Łoziński rzucił pomysł budowanie Komitetów Obrony Demokracji.  Autor pisał:

„Mój pomysł jest następujący: trzeba założyć Komitet Obrony Demokracji działający na podobnych zasadach do tych, na jakich niegdyś działał KOR (Komitet Obrony Robotników powstały w 1976 roku). We wzorowaniu się na KOR nie ma nic złego, mimo iż niektórzy jego członkowie i współpracownicy  (Macierewicz, Kaczyński…) przeszli później na ciemną stronę mocy. Przecież nie chodzi o te same osoby, lecz o metodę działania, która okazała się skuteczna.”

Chodzi o to – pisze dalej Krzysztof Łoziński – aby byli wśród nich ludzie o uznanym autorytecie, występujący publicznie i firmujący swoimi nazwiskami powagę publikowanych dokumentów.

W komentarzach kilka osób oświadczyło, że jest za, ktoś zapytał skąd wziąć autorytety, ktoś orzekł, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, ale pomylił rzekę z kąpielą. I jeśli się coś po tym dzieje, to chwilowo z Dobrzynia tego nie widać. (Pisząc ten tekst jeszcze nie wiedziałem jak wiele się dzieje. Patrz postscriptum.)

Autor kończy swój apel pisząc:

„I proszę szanownego towarzystwa, nie oczekujcie, że ja to zrobię. Ja nawet nie mam fizycznych możliwości, bo raz: mieszkam za daleko od dużych miast; bo dwa: mam już tyle lat, co mam i nie te siły. To nie jest zadanie dla emerytów. A jeśli taka grupa ludzi sama, bez popychania palcem, nie umie się zebrać, to i nic nie zrobi.”

Ponieważ też nie jestem młody i też mieszkam gdzie diabeł ma młode, więc nie rozumiem dlaczego uznałem to za wykręty. Po dłuższym zastanowieniu doszedłem do wniosku, że nie przeszkadza mi ani wiek, ani fakt, że jestem pustelnikiem, ale w tej konkretnej sytuacji brakuje mi autorytetu. Co zatem mógłby zrobić ktoś z autorytetem (powiedzmy Stefan Bratkowski lub ktoś inny równie znany)?

Po pierwsze taka osoba mogłaby skierować propozycję utworzenia zespołu obserwatorów zmian zagrażających demokracji konstytucyjnej do znanych (mających różne sympatie polityczne) byłych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Wydaje mi się, że na początek można by było zwrócić się do Ewy Łętowskiej, Andrzeja Zolla, Jerzego Stępnia. Mógłbym tu wymienić jeszcze kilka nazwisk byłych sędziów Trybunału, którzy różnią się swoimi poglądami politycznymi, ale których autorytet w dziedzinie prawa konstytucyjnego jest niekwestionowany i którzy nigdy nie przyłożyli ręki do falandyzaji polskiego prawa (jeśli komukolwiek ten zwrot jeszcze cokolwiek mówi).

Niezależny od jakiejkolwiek partii politycznej komitet konstytucjonalistów to krok pierwszy i najważniejszy. Czy rzeczywiście potrzeba czegoś więcej? Czy konieczna jest sieć Komitetów Obrony Demokracji? Nie jestem pewien, czy ta nazwa mi odpowiada, ale mam wrażenie, że sieć obserwatorów zmian narażających na szwank porządek konstytucyjny mogłaby być przydatna. Zachodzi bowiem uzasadniona obawa, że będziemy świadkami naruszania ładu konstytucyjnego na wielu poziomach – w sądach, w działaniach władzy wykonawczej, w działaniach władz samorządowych. Taki ruch społeczny musi jednak mieć klarowną strukturę i procedury działania. Pamiętajmy, że nawet doskonali konstytucjonaliści spierają się o to, czy, gdzie i kiedy porządek konstytucyjny jest naruszany. Stąd obserwatorzy powinni mieć klarowne wytyczne, gdzie patrzeć i jak dokumentować działania, co do których istnieją podejrzenia, że mogą być naruszeniem ładu konstytucyjnego, gdzie te materiały mają spływać, kto je mógłby oceniać, jak selekcjonować materiały do ewentualnych publikacji.

W Stanach Zjednoczonych ruch obrony konstytucji powstał i szybko wykoleił się. (Dziś wbijając to hasło docieramy głównie do obrońców powszechnego dostępu do broni palnej.) Konstytucja jest instrukcją obsługi państwa wyznaczającą kompetencje jego organów w taki sposób, aby zabezpieczyć państwo przed jego porwaniem przez grupy przestępcze, zapewnić sprawność jego funkcjonowania oraz mechanizmy rozstrzygania kwestii spornych.

Nie wiem, czy już pora, aby powstał ruch społeczny w obronie porządku konstytucyjnego, nie mam wątpliwości, że gromadzą się chmury mogące wskazywać na to, że nie ma czasu do stracenia. Mam wrażenie, że może nie wystarczyć tu parlamentarna opozycja i że taki ruch powinien być ponadpartyjny oraz oparty nie na jakimkolwiek autorytecie, a na fachowych kompetencjach najlepszych w kraju prawników. Jestem niezwykle podejrzliwy wobec idei, że taki ruch może wyłonić się spontanicznie. Wymaga to inicjatywy, która wyjdzie od osoby lub osób z uznanym autorytetem społecznym, której (których) apel gwarantowałby powagę i rokowałby nadzieję, że skłoni cieszących się autorytetem konstytucjonalistów do pozytywnej reakcji. Innymi słowy, ewentualny ciąg dalszy tej inicjatywy w zaciszu korespondencji prywatnej, która być może już ma miejsce.

Tyle w sprawie propozycji na łamach „Studia Opinii”, która wydaje mi się bardziej poważna od innej propozycji w tej samej sprawie. Zgłosił się do mnie młody człowiek z pytaniem co sądzę o zorganizowaniu happeningu – publicznego spalenia egzemplarza konstytucji RP i przesłania urny z jej prochami obecnemu prezydentowi. Argumentował, że w odróżnieniu od Biblii czy Koranu konstytucja nie jest przedmiotem religijnego kultu, więc spalenie jej egzemplarza nie jest karalne, spalenie egzemplarza konstytucji nie powinno urazić urzędującego prezydenta, ponieważ nie tylko nie darzy jej kultem, ale nawet jakimkolwiek szacunkiem, a jeśli sprawy będą się miały tak jak się mają, to konstytucja będzie dla obywatela przedmiotem zbędnym bądź artefaktem pamiątkowym.

Odradziłem tłumacząc, że tradycja palenia książek kojarzy się paskudnie, podobnie jak tradycja palenia różnego rodzaju kukieł (a właśnie niedawno we Wrocławiu narodowcy zabawiali się w palenie kukły Żyda); że jestem przeciwnikiem palenia symboli państwowych, gdyż tego rodzaju czyny charakteryzują patriotów niekonstytucyjnych, począwszy od islamistów uwielbiających palenie flag i kukieł, skończywszy na braciach Kaczyńskich, którzy w 1993 roku zabawiali się w palenie kukły urzędującego wówczas prezydenta, co już wtedy było jednoznacznym wskazaniem na ich całkowity brak szacunku dla praworządności i parlamentaryzmu. Wyjaśniłem, że prezes jest posłem, a zięć poety urzędującym prezydentem i jeśli porządek konstytucyjny jest zagrożony, to musimy poszukiwać strategii, które mogłyby ich zmusić do poszanowania państwa prawa. Nie wiem czy to się uda, ale nie należy w tym celu palić ani konstytucji, ani Warszawy. Symbolicznie palono już Moskwę (w powieści) oraz Paryż (w innej powieści), ale praworządności ani parlamentaryzmu nie przybyło od tego ani za grosz. Być może jest to dodatkowy powód, by poważnie potraktować ideę Komitetów Obrony Demokracji, by walce o państwo prawa nadać charakter parlamentarny (i rokujący nadzieję chociażby na minimalną skuteczność).

P.S. Już po napisaniu tego tekstu przeczytałem tekst Bogdana Misia Idzie piorunem, z którego wynika, że inicjatywa została podchwycona i już zaczęto działać. Publikuję jednak mój tekst z tego prostego względu, że moja próby konkretyzacji propozycji Krzysztofa Łozińskiego poszła wyraźnie w innym kierunku.

Andrzej Koraszewski

Print Friendly, PDF & Email

11 komentarzy

  1. narciarz2 2015-11-24
    • BM 2015-11-24
  2. narciarz2 2015-11-24
  3. narciarz2 2015-11-24
  4. narciarz2 2015-11-24
  5. wejszyc 2015-11-24
  6. sroka 2015-11-24
  7. j.Luk 2015-11-24
  8. narciarz2 2015-11-25
  9. Bogda1935 2015-11-29
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com