Przyszłości nie odmieni nam żadna formacja polityczna, ani lewa, ani prawa, ani centralna, ani nowoczesna ani kukizska, ani rydzykowska, ani prezesowska – przyszłość może odmienić praca nad polskim duchem, nad polskim umysłem, nad polskim poczuciem odpowiedzialności, nad polskim sumieniem.
Stefan Chwin ma rację, pisząc w „Magazynie Świątecznym: Gazety Wyborczej z 15 listopada 2015 r.:
Nie da się zaprzeczyć: w Polsce nastroje antyimigracyjne są bardzo silne. Część polskich elit patrzy z odrazą i przerażeniem na wielkie demonstracje, które przeciągają ulicami polskich miast, podczas których tłum krzyczy donośnie: „A na drzewach zamiast liści będą wisieć islamiści!”.
Podobną formułę – o ironio! – wypisywali na murach w 1981 roku zwolennicy walczącej o wolność „Solidarności”, tyle że zamiast „islamistów” wstawiali słowo „komuniści”. Żadnego jednak komunisty w Polsce wtedy i później nie zabito.
Demonstracje proemigracyjne są znacznie mniej okazałe. Może dlatego polskie elity liberalno-demokratyczne chętnie oskarżają Polaków o ksenofobię, antysemityzm, homofobię, co niestety nie wpływa w poważniejszym stopniu na zmianę postaw. Elity narodowo-konserwatywne przeciwnie: wolą podsycać antyimigracyjny lęk, dzięki czemu zresztą udało im się wygrać ostatnie wybory.
Sprawująca do niedawna władzę liberalno-demokratyczna Platforma Obywatelska ma wciąż poważne problemy z proimigracyjnym przekazem, bo jej wiarygodność nadwątliły realne i urojone afery, ujawnione niedawno w prasie i telewizji. Ja jednak na obecną Polskę patrzę przede wszystkim z bólem, bo wiem, co siedzi pod tym wszystkim.
Polska ksenofobia jest inna niż ksenofobia w społeczeństwach zachodnich. Fundamentem ksenofobii polskiej jest strach przed nieistnieniem. Żadne społeczeństwo zachodnie w swojej historii nie stanęło w obliczu zagrożenia całkowitą zagładą. Ani Francja, ani Niemcy, ani Anglia ani razu nie zniknęły z mapy świata. Ani Francuzi, ani Niemcy, ani Anglicy nie brali poważnie pod uwagę możliwości, że mogą jako naród przestać istnieć.
Polacy przed takim zagrożeniem stawali parokrotnie, dlatego mają chyba najdziwniejszy hymn na świecie, w którym starają się przekonać wszystkich, że skoro jeszcze żyją, Polska jeszcze istnieje. Treścią polskiego hymnu jest zdziwienie samym faktem, że my, Polacy, po tym, cośmy przeszli, jeszcześmy nie zostali starci z powierzchni ziemi, bo parę razy „obcy” już próbowali to zrobić.
W takim przekonaniu nie ma zresztą żadnych urojeń, bo nad zniszczeniem kultury polskiej – także nad fizycznym zniszczeniem Polaków – wytrwale pracowały wysoce cywilizowane imperia – Austria, Niemcy i Rosja – przy prawie zupełnej obojętności społeczeństw zachodnich. Na przykład nie tak dawno, bo w latach 1939–1945, na terenach II Rzeczypospolitej – jak ustalił Timothy Snyder – zostało zabitych około 14 milionów ludzi.
Głos rozsądku wołającego na puszczy Chwina, zmuszający do zastanowienia się nad tym, dlaczego mimo przeszło 25 lat niepodległości, niezależności, dynamicznej demokracji, kładziemy nacisk na wersie hymnu narodowego, który przypomina, że „jeszcze Polska nie zginęła”, jakby nadal groziła nam katastrofa nieistnienia, a nie odwołujemy się nigdy do wersów z orginalnego tekstu Wybickiego, przypominającego, że
Niemiec, Moskal nie osiędzie,
gdy jąwszy pałasza,
hasłem wszystkich zgoda będzie
i ojczyzna nasza.
Hasłem wszystkich zgoda będzie i ojczyzna nasza. Piękne zdanie, godne popularyzacji w Polsce podzielonej, skłóconej, pełnej niechętnych sobie stronnictw. Sama islamofobia i ksenofobia, coraz powszechniejsze anty-emigracyjne wystąpienia, społeczne i prawne przyzwolenie na spalenie kukły ortodoksyjnego Żyda na rynku jednego z większych europejskich miast, język nienawiści, ton zapiekłej niechęci, wybryki sejmowe, wszechobecne aroganckie połajanki wszystkich przez wszystkich za wszystko, to przejawy zapaści duchowej, przed którą Naród Polski nie wybronił się w ciągu ostatnich 25 lat. Z winy polityków, przywódców, okoliczności, braku solidnego rozliczenia z komunistyczną przeszłością, i nigdy nie opracowanego programu odnowienia duchowego. Programu, którego nie przygotowali politycy, którego nie zaproponował Kościół, którego nie stworzyli ministrowie oświaty kolejnych rządów w wolnej Polsce.
W 25 lat od upadku komunizmu Polakom żyje się dostatniej, żyje się bezpieczniej, żyje się prościej, żyje się podróżując, żyje się jeżdżąc samochodami lepszymi od małych fiatów, syrenek, warszaw czy polonezów, żyje się w nowocześniejszych, lub przynajmniej skuteczniej ogrzewanych mieszkaniach, żyje się lepiej niż Ukraińcom, Rosjanom, Białorusinom, Czeczenom, ba! Portugalczykom z północnej, biednej, wiejskiej Portugalii. Dlaczego więc jednocześnie żyje się Polakom tak jadowicie skłóconym, tak nieprzyjemnie rozwrzeszczanym, tak arogancko niezadowolonym?
Z braku programu oświecenia narodowego. Z powodu nie podjętej pracy nad rogatym i niezbyt niestety już teraz rozgarniętym polskim duchem. Z winy politycznej (jedynie z przyzwyczajenia, złego zresztą, mówi się elity) zgraji, która aby władać, wolała dzielić, niż jednoczyć w zgodzie. Także, z braku skromności, wiecznie ofensywnej polskiej buty, przekonania o wyższości polskiego doświadczenia, będącego przecież dla kilku powojennych pokoleń doświadczeniem upokorzenia, zniewolenia, wynarodowienia, zastoju cywilizacyjnego i zwyczajnej przaśnej biedy (nie mylić z nędzą, np. afrykańską).
Dzisiaj, w Polsce poPOwskiej, osiągnięcia której zostały przy pomocy propagandy rozpadu, ruin i zastoju cywilizacyjnego sPiSane przez PiS na straty, musimy zrozumieć, że przyszłości nie odmieni nam żadna formacja polityczna, ani lewa, ani prawa, ani centralna, ani nowoczesna ani kukizska, ani rydzykowska, ani prezesowska – przyszłość może odmienić praca nad polskim duchem, nad polskim umysłem, nad polskim poczuciem odpowiedzialności, nad polskim sumieniem.
Tyle ostatnio o pomnikach, o krzyżu – symbolu nieprzezwyciężonego męczeństwa – przed Pałacem Prezydeckim. Nieprzezwyciężonego, gdyż bez względu na wersję zdarzeń, pod którą się podpiszemy:
(a) złe przygotowanie lotu, brawurowa próba lądowania;
(b) Macierewiczowski spisek rządu Tuska z Putinem
– tragiczna śmierć pasażerów niczego nie przezwyciężając jest, niestety, pozbawiona sensu, znaczenia, wagi. Pusty krzyż znowu zmieni jedną z niewielu ciekawych warszawskich ulic w targowisko próżności, znowu jeden chodnik zajmie tłumnie rozwrzeszczane Za, a drugi, tłumnie pogardliwe Przeciw. Znowu tuż obok budynku Polskiej Akademii Nauk rozgrywać się będzie batalia nienawistnej polsko-polskiej wojny. Znowu bogu ducha winny Kopernik będzie się łapał za głowę, święcie przekonany, że i dzisiaj nie mógłby bez obaw wydać swoich De revolutionibus orbium coelestium, a turysta przysiadający na ławeczce odtwarzającej kompozycje Szopena, zamiast muzyki usłyszy wyzwiska.
A gdyby tak rzeczywiście ustawić przed Pałacem pomnik? Chrześcijański w przesłaniu, narodowy w treści, zastawiając tę symboliczną pustkę polskiej niezgody znakiem pokoju? Pomnik tablic mojżeszowych, przedstawiąjących polski dekalog, 10 nakazów rozwoju duchowego polskiego społeczeństwa? Zwieńczonego gołębicą, która zamiast świeżego listka oliwnego, trzymałaby w dziobie szarfę z napisem: Niech zstąpi Duch Święty i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi. Można by rozpisać ogólnonarodowy konkurs na treść 10 nakazów, do którego nie dopuszczono by ani jednego stronnictwa politycznego, ani jednego kościelnego hierarchy, ani jednego ideologa. A po zastawieniu pomnikiem spornej pustki przed Pałacem Prezydenckim, atrapy mojżeszowych tablic można by rozstawić po całej Polsce – na centralnych placach, przy wejściach do urzędów, na szkolnych i uniwersyteckich dziedzińcach, przy kasach autobusowych, wszędzie tam, gdzie ludzie mają chwilę czasu na zadumę.
Moją propozycją byłyby dwa wykłady Ryszarda Kapuścińskiego z książki Ten Inny (Znak 2006) – trzeci wiedeński zaczynający się na 31 stronie, oraz „Inny w globalnej wiosce” omawiający przemyślenia Józefa Tischnera na temat chrześcijańskiego nakazu poczuwania się do odpowiedzialności za Innego ze strony 53, oba zawierające przesłanie reportera, który poznaniu Innego poświęcił całe swoje życie:
Tischner i inni dialogicy próbują posiać w nas zbawienny niepokój, uświadomić istnienie, a nawet bliską obecność Innego, konieczność poczucia się za niego odpowiedzialnym, i nawet więcej – uznania, że ta odpowiedzialność jest ważkim nakazem etycznym. Jakaż odwaga jest w samym podnoszeniu tego tematu i wskazywaniu na jego transcendentny wymiar w chwili, kiedy w kulturze współczesnej dominuje postawa ograniczania się i zamykania w swoim prywatnym i egoistycznym ja, w szczelnie izolowanym kręgu, w którym można by zaspokajać swoje popędy i zachcianki konsumenta. Przeciwstawienie pokusom i dyktatowi konsumeryzmu – ducha odpowiedzialności za Innego – oto w czym autor Księdza na manowcach widzi powinność, a nawet obowiązek człowieka.
Refleksja nad Innym pobudza Józefa Tischnera do rozważań nad naturą i treścią spotkania między ja i Innym. Spotkania, które – jak podkreśla to wielokrotnie – winno być ważnym wydarzeniem. Do spotkania trzeba się wewnętrznie przygotować, bo powinno być ono przeciwieństwem naszego codziennego a abojętnego mijania się w tłumie. Spotkanie jest przeżyciem zasługującym na pamięć i może być głębokim doświadczeniem. I znowu Tischner napomina nas, abyśmy spotykając Innego, byli cały czas świadomi wagi tego faktu, świadomi jego miejsca i roli w prywatnej, indywidualnej historii duchowej własnego ja. Tym napomnieniem chce on podnieść o istotny szczebel wyżej charakter, treść i powagę stosunków międzyludzkich, ich znaczenie dla nas i ich na nas wpływ. (58-9)
A na koniec, jeszcze jeden fragment, w celu przypomnienia, jak bardzo bogaci jesteśmy, skoro w naszym języku sformułowano tak wiele dostojnych tekstów, i jak ubodzy, skoro przegraliśmy próbę sprostania ich duchowi w życiu publicznym:
Kim będzie ten nowy Inny? Jak będzie wyglądać nasze spotkanie? Co sobie powiemy? I w jakim języku? Czy potrafimy wysłuchać się nawzajem? Nawzajem się zrozumieć? Czy razem zechcemy się odwołać do tego, co – jak mówi Conrad – „przemawia do naszej zdolności doświadczania zachwytu i podziwu, do wyczucia tajemnicy otaczającej życie, do naszego poczucia litości, piękna i bólu, do utajonej łączności z całym światem – i do subtelnego, ale niezwyciężonego przeświadczenia o solidarności, która zespala w jedno samotność nieprzeliczonych serc ludzkich (…)” (76).
Roman Sabo, Vancouver
Od red.: dr Roman Sabo jest poetą, krytykiem literackim, eseistą i tłumaczem. Mieszka w Vancouver.



Ciekawa, łatwa do zrealizowania propozycja obywatelska jest opisana tu:
http://moskwasadowa.blox.pl/2015/11/Flagi-na-maszt.html
Zachęcam do zapoznania się z nią, do jej rozpowszechniania i do wprowadzenia w życie.
Co do Autorskiego projektu pomnika. Były wybory. Autor przegapił?
W podobnym tonie można dywagować „A gdyby Jarosław został kucharzem i gotował kluseczki?”
Można. Tylko po co?
Długo można o niczym…