Również Lech Kaczyński nie był moim kandydatem, ale wolą większości moim prezydentem został. Po jego eskapadzie z Saakaszwilim nad granicę zajętej przez Rosjan Osetii Południowej, a zwłaszcza przełożeniu żałoby narodowej po 20 górnikach kopalni Śląsk, bo akurat wznawiał tradycję dożynek prezydenckich w Spale, rzucałem koło ratunkowe („A może pokochać Prezydenta ?”, Studioopinii.pl, 2009). Głowa dużego europejskiego państwa, mojego państwa, pogubił się. „Cokolwiek bym zrobił lub nie zrobił, i tak będę krytykowany”.
Sytuacja była odmienna. Prezydent raczej odchodził. Tragiczny lot do Katynia miał pomnożyć iluzoryczne szanse reelekcji. W krytycznej fazie lotu wystąpiła zapaść decyzyjna. Jedno słowo, gest Głównego Pasażera zmieniłyby wyznaczone przed starem miejsce lądowania: Smoleńsk Północny, lądowisko wojskowe w likwidacji.
Dziś mamy nowego prezydenta z poparciem dostatecznym do podejmowania także trudnych misji; Przez pięć miesięcy nie było jasne, czy prezydent Duda będzie miał przy sobie zwycięską ekipę rządową, czy też czekają go manowce kohabitacji. Skończyło się, jak się skończyło. Hic Rodos, hic salta! Wszystkie oczekiwania spełnione. Teraz pozostaje tylko dotrzymać obietnic składanych szczodrze od miesięcy.
Nie wiemy, czy dopilnuje (obiecywał) regularnej wypłaty 500 zł na dziecko? Nie wiemy, czy sprowadzi do Polski (obiecywał) ławice rakiet Patriot, zwłaszcza, że minister obrony Antoni Macierewicz domaga się aby to były nowsze modele, niż oferowane przez sojusznika amerykańskiego? Nie wiemy czy, spełnienie tych i innych obietnic nie zaszkodzi gospodarce, (obiecywał) skoro to wszystko ma sfinansować zwiększony deficyt budżetu, uszczelnienie poboru podatków plus nowe podatki od marketów i transakcji bankowych? Tego nie wiemy.
Wiemy natomiast, że pan Prezydent mógłby się zasłużyć w dziele odbudowy (nie obiecywał) dialogu publicznego w Polsce.
Jesteśmy świeżo po wzmocnionej – wyborczej – dawce wyzwisk, kłamliwych oskarżeń a przede wszystkim popisów nieodpowiedzialności za słowo w przestrzeni publicznej.
W Internecie, w tak zwanych mediach społecznościowych rozpanoszyło się niewyobrażalne grubiaństwo, serwowane zapewne przez najemnych hejterów, jak i gorliwych ochotników.
Zmagania wyborcze wzmocniły więzy swojactwa – zamykających się przed obcymi wspólnot od rodzinnych, sąsiedzkich, lokalnych, poprzez regionalne i na końcu ideowo-polityczne. Na uboczu zostaje wspólnota największego mianownika imieniem Polska.
Kiedy na przełomie pierwszej i drugiej dekady XXI wieku prof. Jadwiga Staniszkis ostrzegała przed możliwością wallonizacji – podziału kraju na dwa niepołączalne plemiona, sam uważałem ją za katastrofistkę. Niestety, od tamtej pory podziały w społeczeństwie wcale się nie zmniejszyły.
Scenka sprzed kilku dni w warszawskim markecie, przed młodą z dzieckiem na ręku wyładowany po brzegi wózek, Jego użytkownik: przepuszczę was, bo widzę macie „Gazetę Polską”. Gdyby to była „Wyborcza”, wyrzuciłbym z kolejki…Tak się mówi. Pewnie do żadnych rękoczynów by nie doszło, ale seans nienawiści wyszedł na poczekaniu.
Co jest do zrobienia? Od czego zacząć osuszanie potopu złych uczuć?
Słowa, które się roją w przestrzeni publicznej są jakieś zwichrowane, nakręcone. Nie muszą się trzymać sensu, nie muszą być na temat. Zostały zwolnione z umiaru, poczucia proporcji, przestał obowiązywać zakaz wycieczek osobistych, insynuacji, a przede wszystkim rozmyślnego kłamstwa.
Kto, kiedy i jakim prawem dokonał przytoczonej liberalizacji wypowiedzi publicznej w Polsce. Dociekamy tego .aż się dowiemy. W Polsce można po wiedzieć publicznie wszystko. Mamy wolność słowa i chwała Bogu. Ale czy to wszystko nagłośnione maksymalnie i powtarzane w kółko jest zdrowe dla odbiorcy. To, że mamy swobodę działalności gospodarczej, nie znaczy, że karmienie młodzieży dopalaczami to sprawa między klientem a sprzedawcą. Tak jak posługiwanie się publicznie zdziczałym językiem nie jest kwestią gustu mówcy. Mówić niech sobie mówi co chce i jak chce. Byle to nie ścigało nas z ekranów, z głośników, zadrukowanych płacht, a przede wszystkim z witryn internetowych.
Oddychamy nieodpowiedzialnością za słowo publiczne od rana do wieczora, w świątek i piątek.
Na tle mętnych, jałowych, gołosłownych utarczek na wizji, klarownie i przekonująco, wręcz wytwornie brzmi rada jak wybrać dobry bank i gdzie ubezpieczyć samochód nawet o połowę taniej.
Im więcej szarpaniny, spięć, złości kipi w programach autorskich, tym większą godnością, pogodą ducha, życzliwością i chęcią przysłużenia się drugiemu człowiekowi tchną spoty reklamowe.
Czy to nie tędy hadka gadka nam się zakradła i rozpanoszyła? Wymagało to przynajmniej bierności kolegów zapraszających i moderujących „gadające głowy”, bierności, po której dziś nie ma śladu.
Należałoby przede wszystkim skodyfikować od nowa naszą mowę publiczną. Co się mówi do mikrofonu, a co niekoniecznie, co warto powiedzieć, a czego nie warto słuchać. Jak przyuczyć znów słowa do podległości myśli, jak przegnać pokusę błyskania rynsztokiem?
Potrzeba tu silnej PRESJI i zapraszania do studia gości z innego powodu, niż to, że są pod telefonem.
Pan Prezydent ma odpowiednią pozycję i środki materialne, by patronować takiemu przedsięwzięciu.
Zadanie odbudowy standardów mowy publicznej w Polsce jest ogromne, pilne i piekielnie trudne. Niemal mission impossible. W przypadku prezydenta obejmuje odrzucenie praktyk, nawyków i kamuflażu (udawania niewiniątek) przede wszystkim własnego środowiska.
Po tym jak prof. Brzeziński bezceremonialnie odrzucił teorie zamachu smoleńskiego, poseł Prawa i Sprawiedliwości, Jacek Świat, mąż Aleksandry Natali, także posłanki, ofiary katastrofy, stwierdził u b. doradcy prezydenta Cartera, ni mniej ni więcej tylko przekroczenie granicy zbydlęcenia. Na tych wyżynach inwektywy wrocławianin Świat szybuje samotnie. Tak wysoko nie dotarła nawet posłanka Krystyna Pawłowicz, choć nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Wypadł z konkurencji poseł Zbigniew Krasnal Girzyński, który nazwał był premiera Tuska agentem, by ten, jeśli mu się to nie podoba, podał tuskożerce do sądu.
Niestety, prezydent Andrzej Duda pacyfikujący hejterów i własnych kolegów z przemysłu nienawiści to marzenie ściętej głowy. Pan prezydent oświeca ostatnio Trybunał Konstytucyjny o jego uprawnieniach i polu działania. Z góry wyklucza zamianę ról. Trybunał to kluczowy zwornik demokratycznego państwa prawa. Kontestowanie orzeczeń TK należy do specjalistycznych prac rozbiórkowych. To się zaczęło 1 września na Westerplatte, kiedy prezydent z paru kroków nie poznał znajomej kobiety, premier Kopacz. Nagłe zaniewidzenie? Było od początku w narzuconym scenariuszu, otwartym tylko na powrót do wcielenia pazia. Musi w nim grać? Na razie nie daje się prześcignąć w czołobitności wobec swego władcy i mentora. Czy ma obiecany tron? Do naprawy dyskursu publicznego dalej niż kiedykolwiek wcześniej…
Jerzy Szperkowicz
P.S. Pierwszy pasjans, który z pogromu (wykonanie Bohdan Roliński) w „Życiu i Nowoczesności” dotarł w 1975 roku do „Odry” tematycznie nie był daleki od dzisiejszego. W ówczesnych mediach głównego nurtu szła masa niesprawdzonych, wątpliwych i nieprawdziwych wiadomości. W naszym kręgu Stefana Bratkowskiego, Jurka Zieleńskiego. Ryśka Wiśniowskiego ambicją dziennikarza, jeśli popełnił błąd, było dać sprostowanie, zanim zrobi to ktoś inny. Powszechną praktyką było unikanie sprostowań jako obciążających redakcję. Dawano je na wyraźne żądanie np. instytucji. Stąd tytuł: „Na życzenie prostujemy”; z niewiadomej przyczyny wydrukowano: „Na życzenie protestujemy”.
Jerzy Szperkowicz


nie wierzmy w zadne cuda, prezydent na cztery litery jest marionetka w rekach prezesa, i bedzie postepowal wedlug woli i zachcianek Kaczynskiego.
jedno wyjscie zbierac podpisy na odwolanie prezydenta i Sejmu.
jest to swietna lekcja obywteslka dla spoleczestwa, Dzieki ci Kaczynski!
„W Internecie, w tak zwanych mediach społecznościowych rozpanoszyło się niewyobrażalne grubiaństwo, serwowane zapewne przez najemnych hejterów, jak i gorliwych ochotników.”
A może jest to prawdziwa dyktatura proletariatu?
Bo jak to wyjaśnić?
Polska weszła w okres „wielkiej smuty” Sadząc po rozmiarach smutasów, w tym zwłaszcza jednego, powinien to być raczej okres nie tak wielkiej smuty.
No nareszcie redaktor Szperkowicz pisze otwartym tekstem.