Jerzy Łukaszewski: W bagienku historii

marszalek2015-12-21.

Wiedziony (chyba) intuicją zawsze unikałem jak ognia zajmowania się historią najnowszą. Jako młodego człowieka uderzała mnie różnica między wykładowcami np. historii starożytnej czy średniowiecznej, a ludźmi, którzy mówiąc o najnowszych dziejach Polski nie potrafili uniknąć wtrętów osobistych, nie dawać wyrazu ansom, urazom, zachwytom, czy wręcz uwielbieniu, jednym słowem – własnym poglądom politycznym.

Czuło się w tym wszystkim jakąś nierzetelność narracji, jakieś sprzeniewierzanie się naukowej metodologii, które jest do zaakceptowania w rozmowie przy kieliszku czegoś pożywnego, ale na wykładzie razi swą jednostronnością nie licującą z etyką pracownika – było nie było – naukowego.

Może sprawiły to i opowieści domowe, z racji czasów, w których dorastałem,  wypchane do granic wytrzymałości wspomnieniami z wojny i pierwszych lat powojennych prędzej czy później prowadzących  do sporów, kłótni kiedy tylko dochodziło do wymieniania nazwisk zmarłych znajomych, a już szczególnie – żyjących.

Wolałem walki z sąsiadującym z nami plemieniem Siuksów z pobliskiej dzielnicy (my byliśmy Apacze). Tam było wszystko jasne i proste, bez niedomówień, nie pozostawiało niesmaku ciągnącego się jak dług za hazardzistą.

Co ciekawe, dziś ten odruch się powtarza, a już prawie byłem na etapie zaakceptowania własnej przeszłości jako odległych czasów historycznych, po których pozostaną tylko wspomnienia. Wspomnienia identyczne z tymi, jakie ma koleżanka z podwórka, kolega z plaży czy wspólnik wypraw na jabłka do cudzych sadów.

No i niespodzianka – tak nie jest.

Im dalej od czasów młodości tym bardziej nasze wspomnienia się różnią.

I nie tylko nasze.

W czasie ostatniej demonstracji KOD w Gdańsku doszło, jak donoszą prawicowe media do incydentu, w czasie którego p. Krzywonos Strycharska „zaatakowała” jednego z członków konkurencyjnego wiecu, dawnego kolegę ze strajku w 1980 roku, który rozpowszechniał o niej informacje tyleż sensacyjne, co nowe i nieznane szerszej publiczności.

Chodziło, najkrócej mówiąc, o „znany wszystkim” fakt, iż p. Strycharska jest złodziejką, która w czasie strajku w stoczni kradła przeznaczone dla stoczniowców pieniądze. Opowieść ubarwiona jest wyjaśnieniami, że „mnóstwo pieniędzy dla stoczniowców leżało w workach w pustej sali, a p. Strycharska wciskała je sobie za biustonosz”.

Dlaczego powtarzam te obrzydliwości? Dlatego, że one funkcjonują w coraz powszechniejszym obiegu i nikt im nie zaprzecza, nikt z obecnych w tamtym czasie w stoczni nie bierze p. Krzywonos w obronę, a przez to obraz się utrwala i za rok – dwa nikt nie uwierzy w niczyje wyjaśnienia.

Powołują się przy tym na Wałęsę, który wtedy, w 1980 roku nie pozwolił nagłośnić sprawy ze względu na „szkody dla wizerunku MKS w trakcie negocjacji z rządem.”

Nie znałem Wałęsy z tej strony. Pamiętam go z ’80 roku jako prostego chłopaka, trochę cwaniaczkowatego, ale nie podejrzewałbym go o tak wysublimowane wyczucie elementów PR. Raczej podejrzewałbym go o to, że nie znał nawet tego określenia. No, ale sam Wałęsa też milczy.

Brałem udział w strajku w ’80 roku i widziałem kilka incydentów zatrącających o temat, o którym mowa. Pamiętam żelazną dyscyplinę zaprowadzoną przez komitety strajkowe, dyscyplinę nie biorącą pod uwagę niczego, bezwzględną i nie do złagodzenia.

Na jednej z bram portu w Gdyni wartujący tam koledzy zatrzymali chłopaka, który wracając z przepustki wnosił w kieszeni pół litra wódki. No cóż, człowiek nie wielbłąd i pić musi. Ale alkohol był  wtedy zakazany. Na moich oczach kolega znany z przesadnego czasem zamiłowania do napojów wyskokowych wyciągnął wnoszącemu te pół litra i rozbił je o płytę chodnika. Autentycznie miał łzy w oczach, ale uderzył z całej siły i patrzał jak wódka ściekała do studzienki kanalizacyjnej.

Bo tak się wtedy robiło. Nie pomogła zachęcająca naklejka „Wyborowej”, nie pomogło, że wnoszący był częstym współbiesiadnikiem trzymającego wartę. Zakaz to zakaz.

Drugi incydent to kradzież jedzenia przez gotujące posiłki kucharki. Ktoś przyłapał panie na wynoszeniu produktów do domu, co było przecież zwyczajowym „dorabianiem do pensji” w czasach PRL w sposób właściwy do zajmowanego stanowiska. Nic nadzwyczajnego, ale w czasie strajku to było powszechnie uznane za plugastwo.

Panie zamiast do domu powędrowały na stertę palet i stały tak jak te czarownice na stosie przez parę godzin. Pamiętam mój niesmak z powodu takiego poniżania, wolałbym by je po prostu wyrzucono za bramę, no – niechby i przy wtórze „męskich słów”, ale tak? No ale co robić, sprawiedliwość ludowa bywa przaśna ponad estetykę takiego jak ja delikatnisia i nie ma co się jej dziwić.

Miałem wrażenie, że takie ekscesy stanowią rodzaj circenses niezbędnych ludzkiej psychice, tym bardziej psychice ludzi zamkniętych na ograniczonym terenie, bez dostępu do informacji, niepewnych swego jutra.

Dlatego jakoś nie wierzę, że Wałęsa tuszowałby takie rzeczy, raczej wręcz przeciwnie – wykorzystałby to w rozmowach z władzą jako przykład jak lud rozumie sprawiedliwość, o która przecież toczyła się walka. Bardziej to by pasowało do stylu jego ówczesnych zachowań, które dość dobrze pamiętam.

Nie bez znaczenia jest też fakt, że tego rodzaju urban legends krążą w dość zamkniętych środowiskach „prawdziwych bohaterów” Solidarności, którzy po ‘89 roku objawili nam się w ilościach przekraczających ludzkie pojęcie. Tak jak ta o przywiezieniu Wałęsy do stoczni motorówką przez SB.

Nie dziwię się, że wierzą w te bzdury młodzi ludzie, nie dziwię się i dorosłym, którzy nigdy stoczni czy portu z bliska nie widzieli, ale – o zgrozo- wierzą w to poważni ludzie mieszkający całe życie na Wybrzeżu. Tego nie rozumiem.

Wystarczy iść do portu i wyobrazić sobie tę scenę.

Na nabrzeżach kręcą się tysiące ludzi. Do tego ustanowiona przez komitet strajkowy straż pilnująca terenu od lądu i wody.

Cokolwiek, powtórzę: COKOLWIEK by nadpływało od strony morza, byłoby widoczne na kilometry. Żadna motorówka, ba – zbłąkany łabędź (ostatnio nawet dzik) nie przemknąłby się niezauważony. Widziałyby to setki ludzi. I co? Ci ludzie widząc faceta przywiezionego przez Straż Graniczną (oficjalnie, bo tych żołnierzy strajkujący wpuszczali na teren) wybierają go na swego szefa czemu kibicują i pan Gwiazda i pani Walentynowicz, którzy później opowiadali o nim niestworzone rzeczy?

W takie bzdury może uwierzyć tylko ten, kto był i jest baaardzo daleko od atmosfery tamtych dni. Opowieść o kucharkach jest przykładem jak ostro i stanowczo ludzie reagowali na coś, co nawet tylko w domyśle mogło stanowić niebezpieczeństwo. A tu nic – przywieźli to przywieźli – prowadź nas! Tylko kompletny ignorant może w to uwierzyć.

Pani Walentynowicz, osobna historia.

Uhonorowana pomnikiem, „poległa” w Smoleńsku, święta. I spróbuj coś powiedzieć, człowieku marny.

No i nikt nie mówi, żaden z organizatorów strajku z wrodzonego taktu i głupoty (bo to w takich wypadkach idzie w parze) nie zająknął się nawet: kim była dla tamtego strajku pani Anna Walentynowicz. Eks działaczka ZMP nawiasem mówiąc, skoro już tak ochoczo grzebiemy w życiorysach.

Była doskonale wybraną ikoną, bannerkiem mówiąc współczesnym językiem, prostą kobietą użytą w charakterze sztandaru. Problem w tym, że ona w swoją rolę uwierzyła bez reszty. To według niej dawało jej mandat do rozdzielania laurek i słów potępienia, jej sądy nie podlegały rewizji i odwołaniom itd. Nie ona jedna wpadła w sidła własnej niespodziewanej popularności, znamy takich osób całą masę.

I nikt się nawet nie zastanawia jak to się stało, że te wszystkie rewelacje o kolegach zdradzających Solidarność przyszły jej do głowy tak późno. Wprawdzie o Wałęsie mówiła, że już dwa lata wcześniej wiedziała, ze to agent, ale zapomniała wyjaśnić dlaczego w takim razie nie protestowała gdy wybierano go na przewodniczącego strajku. Pan Gwiazda nie tylko nie protestował, ale wręcz zaproponował Lecha.

I teraz czyta te ich wynurzenia młody człowiek, traktując je jak „źródło historyczne” starając się na jego podstawie nabyć nieco wiedzy o tamtych czasach. Co on będzie o tym myślał?

A to jest przecież źródło tej nieraz ostentacyjnej niechęci do bohaterów tamtych wydarzeń, którą to niechęć młodzież wyraża już publicznie i bez skrępowania, a co przenosi się potem na jej stosunek do zbudowanej przez tych „zdrajców” III RP i zasila szeregi bądź to aż narodowców bądź też „tylko” PIS.

I PIS zdaje sobie sprawę z nośności tych bzdur i świadomie karmi nimi publikę, bo to jest niewyczerpany zasób sił dla tej partii małych duchem ludzi dyszących mściwą chęcią splugawienia innych, co wydaje się im (i nie bez kozery) prostą drogą do własnego wywyższenia.

Kiedy człowiek patrzał na coś własnymi oczami i na dodatek zawodowo zajmuje się historią, czuje się z tym wszystkim źle, bardzo źle.

Ręce i gacie opadają, jak powiada Pismo.

Co może zrobić? Nic. Dokładnie nic.

Opowiadałem kiedyś jak przyniosłem na wykład autentyczną bibułę z ’80 roku zawierającą komunikat Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego o sformowaniu Komisji Ekspertów. Niektórych raził brak nazwiska Lecha Kaczyńskiego.  No ale co zrobić – to był autentyk.

Jak to co zrobić?! To proste!

Pod moim adresem padła „propozycja nie do odrzucenia”: – Niech pan pokaże tę drugą, gdzie jest pełny skład!

I co? Jak mam wytłumaczyć, że żadnej „drugiej” nie było, że skład był jeden i niezmienny, a osoby, o które się upominano były czasem na chwilę proszone o konsultacje, co w żadnym wypadku nie dawało im prawa do tytułowania się ekspertem MKS?

Kto mi uwierzy?

Dziś całe Trójmiasto oblepione jest plakatami głoszącymi „prawdę” o Grudniu ’70 i szkalujące… no właściwie nie wiadomo kogo, ale suponujące, że wydawca jest depozytariuszem jedynej prawdy o tamtych dniach.

I znów – mnie, który na to patrzał – wmawia zawodowy kłamca, że „walczył w powstaniu grudniowym” (autentyk), a zachwycona i podniecona sensacyjną narracją młódź słucha jak świnia grzmotu i wierzy w to bez zastrzeżeń.

I co ja mogę zrobić? Nic, widzę, że nic.

A to tylko przykłady. Partia chwilowo rządząca odgraża się, że w taki sam sposób potraktuje inne wydarzenia z historii Polski i jak ich znam – zrobią to bez najmniejszych skrupułów.

A najgorsze, że znajdą wielu, którzy im uwierzą.

Dlatego patrząc na działania KOD nie mogę się oprzeć przykremu wrażeniu, że na razie lekceważy on konieczność dokumentowania zarówno tego co wyprawiają jarosławni, jak i własnej historii i poczynań.

Jutro będzie za późno.

Skoro nawet pan Ikonowicz, człowiek wydawałoby się, dorosły – wierzy, że KOD to Petru, to czego spodziewać się po innych?

A Ikonowicz nie jest w tym wcale najgorszy.

—- Soros daje 150 mln na walkę o demokrację w Polsce !! – Forum – Bankier.pl

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Jeśli szefostwo KOD myśli, że wygra z tym zalewem to się po prostu myli. Wystarczy wspomnieć Owsiaka, który mimo transparentności swych poczynań od 20 lat nie przekonał nikogo z przeciwników. A KOD w odróżnieniu od Owsiaka musi przynajmniej część ich przekonać, byśmy mieli w Polsce normalność.

Doceniam wszystko co robi KOD dla aktywizacji społeczeństwa, ale nadal twierdzę, że ostateczne zwycięstwo zależy także od przygotowania logistycznego.

Najwyższy czas się za to zabrać.

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email

5 komentarzy

  1. A. Goryński 2015-12-21
    • A. Goryński 2015-12-21
  2. wejszyc 2015-12-21
  3. otoosh 2015-12-22
  4. slawek 2015-12-22
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com