Jerzy Łukaszewski: Uczyć się, uczyć i jeszcze raz..

tatoo2015-12-27

[dropcap]u[/dropcap]czyć – powiadał Lenin. Dziecko polskie krnąbrnie odpowiadało wrogowi własną sentencją „Lenić się, lenić i jeszcze raz lenić”, co weszło w krew całym pokoleniom sztubaków, ale dziś przyszedł czas, by skończyć z tym niewczesnym żartem, gdy i Ojczyzna w potrzebie i nasz światły rząd wymaga od nas niezwykłych poświęceń w imię czegoś tam.

Z łatwością można zauważyć, że jednym z podstawowych problemów, z jakimi borykać się będą nasi przewodnicy na bezdrożach życia jest odróżnianie prawdziwych Polaków od tych mniej prawdziwych – co jest o tyle kłopotliwe, że szubrawcy i zaprzedańcy stroją się czasem w piórka patriotyzmu, zaś szczując niegodnie na prawdziwych Polaków wprowadzają zamęt w umysłach ludu, który zmamiony ich wymową może sądzić, że np. pan prokurator Piotrowicz nie jest patriotą, który w stanie wojennym wspomagał podziemie niepodległościowe i uważać go za kanalię cynicznie podszywającą się pod miano bohatera na tej li tylko podstawie, że za swą działalność bywał w czasach komuny odznaczany przez ówczesna władzę.

A tak na oko – ma dwie ręce, dwie nogi, coś jakby głowę – niby człowiek. Nadepnąć mu na odcisk, zakrzyknie „K*** mać!” – wypisz wymaluj – Polak.

Takim szkalującym dobre imię wiernych druhów Prezesa Polski przeciwstawić się musimy wg najlepszych wzorów wskazanych swego czasu przez Pana Majstra (onże Kobuszewski).

Z pomocą przychodzi nam historia, która jako najprawdziwsza magistra vitae szybciutko wynajduje w zakamarkach swej pamięci rozdział stosowny i do czasu i okoliczności i potrzeb.

Uczmy się więc pilnie, by zdmuchnąć z czoła Prezesa Polski najmniejszą chmurkę niepokoju, która mogłaby w niecnym zamiarze zacienić mu myśl dumną, w której od poranka po marzenia senne Ojczyzna wypełnia całą przestrzeń, a nawet i więcej, bo czasem widać jak mu się to przelewa i to w takich ilościach, że wierni pretorianie nie nastarczają chusteczek higienicznych (papier toaletowy do takich celów zda się nad wyraz niestosowny).

Posłuchajcie państwo historyjki o pomyśle, który wydaje się jak stworzony na dzisiejsze czasy, choć liczy już sobie lat blisko 170.

Burzliwe czasy wymagają sprawnych żeglarzy, którzy poprowadzą łódź życia naszego po spienionych odmętach i skierują ją do bezpiecznej przystani. Najlepsi jednak kapitanowie potrzebują i łodzi, której robak nie przeżarł, i żagli z płótna nieprzetartego szorstkimi podmuchami, i rumpla twardo siedzącego w gnieździe.

Kiedy w 1848 roku w Wielkim Księstwie Poznańskim mieszkający tam Polacy co rusz występowali przeciw pruskiej władzy, ta z początku zachowywała się dziwnie. Spowodowane było to przede wszystkim tym, że tak do końca nikt nie wiedział wtedy, kto naprawdę jest władzą, a kto nią będzie jutro. Rewolucja berlińska uwalniała więźniów zamkniętych przez poprzednią władzę, parlamenty były właściwie dwa i każdy słał posłów tam gdzie mu się widziało, jedni uchwalali ustawy, inni mieli je za nic i na dobrą sprawę żołnierz czy urzędnik państwowy nie bardzo wiedział, w którą stronę się obrócić.

Mój Boże, jak ta historia lubi się powtarzać…

Doszło do tego, że z Berlina przyszedł rozkaz, by schwytanych na gorącym uczynku Polaków, nawet z bronią w ręku, zwalniać do domu odebrawszy wprzódy od nich słowo honoru, że więcej w zamieszkach przeciw danej od Boga władzy występować nie będą.

Polacy, zgodnie z własną tradycją, której hołdują po dziś dzień, słowa oczywiście dotrzymywali… póki im to było wygodne. Ostatecznie słowo rzecz święta. Od święta.

Bywało więc tak, że pruski dowódca odebrawszy od jakiegoś Polaka trzecie czy czwarte słowo honoru miotał się z niepokoju i spać nie mógł, przez co – bywało – wychudł był jak trzaska i żołądek nie pozwalał mu na spożycie.

Niby wychodziło taniej, ale przecież to jednak nie to.

Co robić?

Parę lat wcześniej, bo w 1841 roku, w Wielkim Księstwie sensację zrobiły doniesienia z Francji (doniesienia z Francji zawsze były sensacją), że oto niejaki pan Daguerre „przymusił Słońce do rysowania”. Przyznacie państwo, że wiadomość taka nawet w Lesznie mogła przyćmić nową kochankę burmistrza czy nieślubne dziecko proboszcza.

Wprawdzie malkontenci, jak np. księgarz poznański J. Żupański sprowadziwszy sobie ów dagerotyp narzekali, że „…ma to być widok Luwru, ale taki niewyraźny, że musiałem go kręcić na różne strony i przyglądać się pod światło, nim obraz pochwycić mogłem”, ale wiadomo, że nowość zawsze znajdzie niechętnych.

Zmieniło się to, gdy Karol Libelt przywiózł z Frankfurtu udoskonalony dagerotyp (właściwie już fotografię), do której już nikt zastrzeżeń nie miał.

W tym czasie w Lesznie żył niejaki Lipowitz, jak samo nazwisko wskazuje, rodowity Prusak, w zasadzie aptekarz (nazywało się to „prowizor aptekarski”), ale trochę niewydarzony, bez jakichś oszałamiających sukcesów w biznesie, za to z ambicjami powyżej przeciętnej, szukający okazji do zbicia pieniędzy.

Zachwycony wynalazkiem sprzedał aptekę, przeniósł się do Poznania, założył warsztat, w którym dagerotypował co tylko było w zasięgu i na dach nie uciekło.

Pamiętnikarz wspomina go tak: „…ale mu to nie szło gładko, chemikalia nie dość mocno gryzły, płyty często się psuły, a operacja taka była kosztowna […] gdy zaś później nastały prawdziwe fotografie Lipowitz mniej jeszcze umiał dawać sobie z nimi radę, bo fotografować nie potrafił, a o zręcznych retuszerów wonczas było trudno. Przy tym naraził się on środowisku polskiemu.”

To ostatnie zdanie jest najważniejsze. Czymże mógł narazić się pan Lipowitz, zwykły rzemieślnik ?

W tym czasie inny Prusak, gen Steinaecker, miał problem ze słownymi inaczej Polakami, o czym wspomniałem już wcześniej. Gorącej krwi będący nie szczędził ciężkich słów pod ich adresem.

„ – Gorącym żelazem by ich piętnować!” – krzyczał i … w tym momencie poczuł przypływ geniuszu, bo choć już wówczas ten jakże skuteczny sposób zarzucono w imię wolności, praw człowieka i innych fanaberii, ale przecież zasadę jako taką dałoby się zastosować w czym powinien pomóc rozwijający się w tych czasach przemysł.

„Papa” Steinaecker postanowił uciec się do pomocy chemii. Znał Lipowitza jako człowieka lekkomyślnego i będącego na progu bankructwa, zaproponował mu więc współpracę. Chodziło o wynalezienie mikstury do oznakowania Polaków, której by zmywać nie mogli i która nie dawałaby się im wyprzeć własnej tożsamości.

Odtąd żaden nie mógłby twierdzić, że daje słowo honoru dopiero po raz trzeci, gdy generał miałby czarno na białej skórze, że to już siódma przysięga.

Już na drugi dzień po rozmowie z generałem mikstura Lipowitza była gotowa.

Pisze pamiętnikarz: „ Nie wiadomo z czego się ona składała, zdaje się jednak, że główną jej ingrediencję stanowił kamień piekielny”.

Odtąd wszyscy jeńcy opuszczający cytadelę naznaczeni byli, jak czytamy – „jedną ręką i jednym uchem. Sam widziałem na własne oczy kilka takich egzemplarzy czarnych łap i czarnych uszu”.

Czyż nie genialny wynalazek?

Tak, proszę państwa, historia potrafi nas wciąż zaskakiwać i uczyć, które to słowa kieruję do najbardziej zainteresowanych.

Sami pomyślcie – czy nie będzie nam wszystkim łatwiej? Już nie zdarzą się przypadki, gdy rozchylająca usta ponętna panienka szepnie nam w chwili decydującej „głosuję na PiS”, które to wyznanie może być druzgocące dla męskiego libido niczym wydawanie dźwięków z paszczy gębowej dla ministra Gowina, którą to tajemnicę własnej alkowy zdradził ostatnio całemu światu.

Już nie zdarzą się przypadki, że mianuje się na ważne stanowiska człowieka z czarnym uchem bądź łapą.

Wszystko będzie prawdziwie polskie i prawdziwie patriotyczne.

***

Ponieważ uważam wynalazek za absolutnie genialny, mam nadzieję, że doświadczając tego samego wrażenia zwolennicy Prezesa Polski dalej czytać nie będą i mogę państwu zdradzić zakończenie tej historii.

Otóż znalazł się między Polakami chemik (co charakterystyczne – jego nazwiska historia nie odnotowała), który znalazł antidotum na ów wymysł Lipowitza. Zmywał plamę z dużą łatwością, nie pozostawiając śladów.

Lipowitz zbankrutował, jak to mu było od zawsze pisane, Polacy przestali bowiem chodzić do jego zakładu by „dać się zdjąć”, pogardzany przez nich aptekarz – fotograf nie miał już czego w Poznaniu szukać.

Usiłował wprawdzie prowadzić fabrykę nawozów sztucznych, ale na tym znał się  tak jak na … wszystkim innym więc ostatecznie zmarł w nędzy.

A jednak gdzieś na dnie tej historii tli się płomyk nadziei dla obecnie rządzących miotających się co dnia z niepokoju, że a nuż powiedzą dobre słowo komuś, kto na nie nie zasługuje, albo wręcz przeciwnie – w pierwszym odruchu wezdmą się oburzeniem na słowa najprawdziwszego Polaka.

Ostatecznie i chemia poszła naprzód i w ogóle …

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email

4 komentarze

  1. SAWA 2015-12-27
  2. A. Goryński 2015-12-27
  3. slawek 2015-12-28
  4. otoosh 2015-12-28
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com