2012-10-21. Bohaterów tego rozdziału nie było w dziejach przyszłej Rusi… I nie miało być w historii w ogóle. Związek Radziecki nie mógł tolerować w swej prehistorii koczującego bezkarnie po niej plemienia stepowego, które na dobitek górowało kulturą i umiejętnościami.
14. NAUCZYCIELE Z SUCHEGO OCEANU
Ileż pytań prowokuje arabska z roku 698 moneta, znaleziona w Szwecji! Nie przypłynęła tu dookoła Europy, ani nawet z Hiszpanii, którą Arabowie dopiero podbijali, przekroczywszy cieśninę Gibraltarską w 711 r. – nie mamy żadnych śladów podróży kupców rdzennego świata arabskiego VIII wieku w nieznane, grożące śmiertelnym ryzykiem strony. Z końcem tego stulecia wędrować mogli w te okolice na swych wielbłądach jedynie kupcy z Chorezmu lub z Bliskiego Wschodu, kursujący na szlakach od Chin po cesarstwo bizantyjskie i zachodnią Europę. A jeśli tak, owa moneta przejść musiała przez świat Chazarów. Tak samo jak przez świat Chazarów trafi na tereny przyszłej Rusi, a potem do Szwecji, znaleziona przez archeologię w warstwie IX-wiecznej na wyspie Helg figurka… Buddy, ze świata chińskiego lub hinduskiego.
Pora teraz przyjrzeć się tym Chazarom. Lekceważeni, pomijani, odegrali w dziejach przyszłej Rusi ogromną, a niedocenianą rolę. I to prawdopodobnie od nich – lub od Wielkiego Bułgaru – kupcy przynieśli północy, Słowienom, Czudzi, i dalej, Skandynawom z przyszłej Szwecji, wiedzę, że jest po co wyprawiać się na południe – zarówno w rolach kupców, jak rabusiów.
Chazarzy nie byli marginesem historii. W VII wieku wspomagali konsula Herakliusza, pierwszego władcę Bizancjum, który przyjął tytuł cesarza, znakomitego wodza, w jego wojnie z Persją Sasanidów, którą w dziesięć lat później podbili – skuteczniej – Arabowie (to pod nieobecność Herakliusza Bizancjum samo rozgromiło najazd Awarów i Słowian, wśród których walczyły uzbrojone dziewczyny). W VIII wieku wyciągnął do Chazarów rękę, szukając w nich sojuszników przeciw Arabom, cesarz Konstantyn V, nazwany po śmierci urągliwie Kopronimem – fanatyczny akurat ikonoklasta i prześladowca zwolenników kultu obrazów. Pojął, ni mniej ni więcej, za żonę – córkę chakana Chazarów. Synowi Konstantyna, zrodzonemu z tej Chazarki, późniejszemu cesarzowi Leonowi IV (zmarłemu w 780 r.) lud Konstantynopola nadał przydomek „Chazara”.
Współcześni nam historycy ręki do Chazarów nie wyciągali. A nawet raczej – odwrotnie. Uznano ich niemal wrogami Związku Radzieckiego, który nie mógł ścierpieć bezkarnych koczowników historii, naprzykrzających się zajętej przez ZSRR historii Rusi kijowskiej. We wspaniałym, wielotomowym dziele niesłychanej erudycji, w „Początkach Polski” prof. Henryka Łowmiańskiego, znajdujemy na ich temat wiadomości też dokładnie sprzeczne z tym, co podają historycy ludów Wielkiego Stepu. Sam Ludwik Bazylow w swej „Historii Rosji” przedstawia ich jako dzikusów, dokonujących seryjnie „niszczących napadów na ziemie ruskie”. Jerzy Gąssowski, świetny znawca starej Słowiańszczyzny, w swoich „Dziejach i kulturze dawnych Słowian”, potraktował ich tak, że gorzej nie można: „Działalność Chazarów miała charakter na wskroś pasożytniczy. Osiedlając się u ujścia Wołgi, przechwytywali w swoje ręce zyski z handlu między północnym odłamem wschodnich Słowian i Finów, a bogatymi emporiami wschodnio-arabskimi z Bagdadem włącznie. Kupcy chazarscy wymieniali towary północne, głównie futra i wosk, na broń i tkaniny z rynków kaukaskich i irańskich. Kontrolując ważną arterię handlową, którą handel wschodni docierał aż do Skandynawii, mieli warunki szybkiego bogacenia się”.
Dla wielkiego Borysa Griekowa historia mogłaby nad Chazarami spokojnie przejść do porządku dziennego: jego zdaniem, Nestor „przecenia rolę Chazarów w dziejach Rusi. Rozbójniczy kaganat chazarski uzależnił od siebie chwilowo niektóre plemiona wschodnio-słowiańskie, ale uzależnienie to nie było trwałe”. Właściwie jakby ich trochę nie było. I też u Rybakowa w „Pierwszych wiekach historii Rusi” po prostu ich nie ma.
Jeśli dodamy, że Chazarzy przyjęli judaizm jako jedyny w historii lud nie żydowskiego pochodzenia, wyjdzie, że byli oni gorsi od Żydów i należy rozumieć zachwyt Lwa Gumilowa nad dzielnością Świętosława, który to rozbójnik, choć nie czytywał jeszcze „Protokołów mędrców Syjonu”, zmajstrowanych przez Ochranę, słusznie dokonał w X wieku ich ostatecznego pogromu…
Zaskakujące, bo to właśnie świetne pióro Gumilowa przywróciło publicznej świadomości zapomniany kawał wczesnośredniowiecznego świata. Nie udało się to wiarygodniejszemu zapewne odeń, pierwszemu prawdziwemu historykowi Chorezmu, koledze i rówieśnikowi Arcichowskiego, archeologowi Siergiejowi Pawłowiczowi Tołstowowi. Ten przed półwiekiem, w dziewięćsetną rocznicę śmierci jednego z największych uczonych średniowiecza, autora zaginionej „Historii Chorezmu”, al-Biruniego, Muhammada abu’r-Rajhana al-Biruniego, opublikował świetną swoją książkę „Śladami cywilizacji dawnego Chorezmu” (w tłumaczeniu polskim opatrzoną błędnym tytułem, za to bez imienia autora). Niestety, sukcesem było jedynie, że to w ogóle wyszło. I dopiero Lew Gumilow swoim piórem zaludnił pustki historii, rozciągające się na wschód od Rusi, na bezkresnych przestrzeniach Wielkiego Stepu.
Lew Gumilow nie lubił Chazarów, którzy zapewne byliby woleli demokrację Nowogrodu niż państwo Iwana Groźnego, ale można rozumieć fascynację Gumilowa Eurazją. Nie był w tym pierwszy. Może to przesadna z mojej strony ironia, powinien wszelako więzień bolszewików pamiętać, że to stąd w XIX wieku rozchodziła się po świecie czysta i nieskażona rasa hrabiego Artura de Gobineau, najdoskonalsza i aryjska, ze swymi ostatnimi, a najwartościowszymi przedstawicielami – Germanami, skupionymi głównie w… arystokracji francuskiej (dopiero w XX wieku tę ideę, już bez podróży na Wschód, adaptują dla siebie pokurcz Hitler, pokręcony Goebbels i opasły Goering).
Tędy w starożytności, jak ją pojmowali w XIX wieku etnologowie i folkloryści szkoły mitologicznej, przechodziły do kultur europejskich mity, bajki i legendy z pra-Indii, bardzo aryjskie, rzecz jasna, jeśli nawet nie agresywne rasowo, to językoznawczo; słońce świeciło wszędzie, w Indiach najwcześniej, więc nic dziwnego, że wszystko się musiało powtarzać, włącznie z Chrystusem jako mitem solarnym – póki dowcipni Francuzi nie udowodnili metodycznie wedle tych wskazań, że w rzeczywistości nie było Napoleona, tylko mit solarny, dający się odczytać w informacjach o nim. W XIX wieku te stepy przyciągały fantastów ostatnimi zakątkami łatwo dostępnego Nieznanego, a Nieznane kusiło ich sposobnością do budowy najrozmaitszych fantazmatów.
Te przestrzenie rzeczywiście zdawały się suchym oceanem, otwierającym sąsiedztwo niemal z nieskończonością. Zdawał się ten ocean zdolny – jak Ocean Atlantycki – wymieszać ze sobą kultury i tradycje w nową, eurazjatycką jakość. Lew Gumilow nie zauważył tylko w swej fascynacji, że w przeciwieństwie do Atlantyku ten ocean niczego nie wymieszał, żadnego trwałego amalgamatu nie stworzył, że wszystko tu, nawet bujnie rozkwitając i błyszcząc, ginęło po jakimś czasie, płynne, krótkotrwałe i jakby pozbawione zdolności przetrwania. Pracowity mitotwórca mitologii porównawczej, Georges Dumezil, nazywał Syberię „etnodromem”, ale nigdy Wielki Step ze swoją zdolnością dzieworództwa ludów nie stworzył niczego zdolnego do przeżycia – włącznie z późniejszymi państwami Dżyngischana czy Tamerlana. Nie mógł.
Gdyby któryś z tych panów zwiedził ów „etnodrom”, dowiedziałby się tego, co rozpoznał Ryszard Kapuściński, wielki pisarz-reporter, który nie doczekał literackiej nagrody Nobla, mój przedwcześnie zmarły, nieoceniony przyjaciel. Wyjaśnił w swoich reportażach, zamkniętych skromnym tomikiem „Kirgiz schodzi z konia”, jak dochodziło do tych nagłych, niespodziewanych ekspansji całych plemion, więcej – wędrówek całych kilkudziesięciotysięcznych społeczności, ludów jeden w drugi turskich, nie żadnych przodków Germanów czy Słowian. Te ludy wcale nie szukały wojny jak Afganowie z okolic Ghazny, wypędzani trzęsieniami ziemi. Całe plemiona opuszczały niekiedy swoje siedziby w popłochu, dzięki czemu archeolodzy mogą odkopywać spod piasku wiele bezładnie porzuconych przedmiotów. Bo też wypędzały wszystkich owych Turków – tamtejsze pustynie. To nie był step z poezji Adama Mickiewicza.
Ten Wielki Step pokrywały w przeważnej części pustynie, żarłoczne i bezwzględne. Kapuściński: „Gorąco, duszno, w połowie dnia robi się szaro. Od pustyni nadciąga pylna zamieć. Ostry wiatr i tumany kurzu, które wypełniają całą przestrzeń między ziemią i niebem. Pył, który oślepia i dławi (…) Burza piaskowa zasypuje, potop zalewa ludzi i stada (bo na pustyni są potopy!), a zamieć pylna dławi, dusi, knebluje na śmierć. Ten kurz, ta drobina (to kamień zmielony na pył przez wiatr i wodę), zawieszone w powietrzu, nagrzewają się w słońcu, tak powstaje sucha mgła, postrach wszystkich ludzi pustyni, sucha i gorąca mgła, kłęby miału rozżarzonego jak węgiel, to jest to, czym pustynia każe oddychać w godzinie swej furii”.
Proszę sobie wyobrazić płodne ziemie nad życiodajną rzeką, która naraz po prostu – znika. Nie wysycha stopniowo. Po prostu znika. Mieszkańcy w przerażeniu pospiesznie zbierają co kto ma i uciekają przez pustynię na zachód lub na południe. Dobrze jeśli mają konie – jak Pieczyngowie czy też Połowcy… Plemię Jabgu, przyszli Seldżukowie, hodowcy tysięcy sztuk bydła, którzy podbojem kalifatu bagdadzkiego zmienią w przyszłości bliskowschodnie rynki Nowogrodu Wielkiego, będą musieli zostawić swoje stada – padłyby w wędrówce przez pustynie. Jak się tu okaże, nie byli dzikusami w rodzaju Normanów, ich sąsiedztwo z cywilizacją Chorezmu zaowocuje po krótkim podboju kalifatu bagdadzkiego ich własną, niezwykłą kulturą polityczną…Jak rzeka Uzboj, tak samo wysychały źródła, marniały pola, niszczały oazy. Bogactwem tego świata i warunkiem życia była woda. Rodziła przyrodę, karmiła bydło i ludzi. Otaczające ten świat bezkresne pustynie, z burzami piaskowymi, z wiatrami duszącymi człowieka pyłem powietrza, okresowo ulegały wodzie i jej dziełu – przyrodzie. Ale potrafiły też i po kilkuset latach wziąć rewanż, zlikwidować świat życia, pokrywając jego resztki martwymi piaskami. Etnodrom to był dość osobliwy.
Czy musimy weń zaglądać? Cóż, dzieje narodów Europy Zachodniej można w niektórych przypadkach badać wręcz jako dzieje poszczególnych miast, rozrastających się w potężne państwa.
W historii Rusi, samej dostatecznie już rozległej, nie da się ominąć tych „przestworów suchego oceanu”, jakimi widział stepy nasz Mickiewicz. Tchnieniem swojej historii Wielki Step oddychał w stronę Rusi – tak zresztą, jak w stronę Chin, które się przed nim chroniły za swój Wielki Mur. Czasem – oddychał tchnieniem palącym i morderczym, zwłaszcza, gdy susze pchały koczowników na obrzeża w rozpaczliwą czasem agresję… A Chazarzy, co się rzekło, stworzyli na czas bardzo długi, na paręset kat – żywy Wielki Mur, chroniący ziemie Rusi. I to z pełnym rozmysłem: akurat na krótko przed końcową katastrofą swego państwa „chakan”, „kagan” Chazarów znad dolnej Wołgi korespondował przez kontynent z żydowskim dostojnikiem hiszpańskim, wezyrem ówczesnego kalifa Kordowy, i przedstawiał mu nie bez dumy swoją pokojową misję, także wobec swoich północnych sąsiadów. Pisał (co zacytuję w ślicznym, starym tłumaczeniu z Bielowskiego):
– „Nie dopuszczam Rusom, okrętami przybywającym, przeprawiać się ku tamtym, i tak samo też nie dopuszczam, iżby nieprzyjaciele ich, lądem przybywający, w ich kraj się przeprawiali; i prowadzę z nimi ciężkie wojny: albowiem gdybym im tego dopuścił, tedy cały kraj Izmaela aż do Bagdadu spustoszyliby”.
Ten władający zachodnim skrajem Wielkiego Stepu lud turski (jak Czytelnik pamięta, walczę o ten przymiotnik, mając przymiotnik „turecki” za zbyt wczesny), otóż ten lud turski był sam dla siebie zjawiskiem oryginalnym i niesłychanie ciekawym. Są zaś ci Chazarzy dla nas tu ważni w dwójnasób jako jedni ze współojców cywilizacji Rusi. Panowali nad olbrzymimi przestrzeniami od morza Azowskiego aż po granice Chorezmu w Azji Centralnej. Od Słowian ściągali daniny (dość skromne – skórkę sobola od dymu, czyli od domu; potem jeszcze skromniejsze), ale strzegli ich za to przed inwazjami innych koczowników i przed ich własnymi, słowiańskimi pobratymcami. Swoim ziemiom zapewniali pokój i swobodę handlu. Nie jest przypadkiem źródłosłów ich imienia, prawdopodobnie dopiero z czasem przybranego, który to źródłosłów przetrwał potem wieki – w dzisiejszym tureckim „hazar”, co znaczy „pokój, zgoda”.
Zaczynali jako jedni ze zbójów Atylli, jako sojusznicy Hunów. Swoje państwo – jeśli to już było państwo – utworzyli gdzieś w pierwszej połowie VII wieku. Ale po epoce podbojów, naprawdę dzikich i niszczących, zrobili się stopniowo najeźdźcami najsympatyczniejszymi z możliwych. Zmienił ich, jak się łatwo domyślić, handel. Sami więc handlowali i pozwalali handlować innym. A w VIII wieku przyjęli – co zdumiewające – judaizm.
Sąsiadowali Chazarzy z wysoko cywilizowanym Chorezmem, przy którym ówczesna zachodnia Europa Franków była krajem dzikich. Chorezm podbili w latach 705 – 712 roku Arabowie. Nie zdewastowali go bynajmniej. Z latami uczynili, jak i Hiszpanię, jednym z wielkich centrów swojej wspaniałej cywilizacji. W życiu umysłowym zaś dawnego Chorezmu odgrywali dużą rolę uczeni duchowni, zwani przez ówczesnych historyków arabskich – „chabr”, w liczbie mnogiej – „achbar”, co po arabsku i wtedy, i dzisiaj, oznacza uczonego rabina. W pewnym momencie jednak Arabowie tych „achbar” wygnali – za to, że inspirowali, popierali lub wręcz przywodzili anty-arabskiemu powstaniu na terenie Chorezmu. Co, mówiąc nawiasem, wydaje mi się mało sensownym podejrzeniem, bo w tamtych czasach Żydzi mogli żyć w pełni bezpiecznie tylko w państwach Arabów, odnoszących się z szacunkiem do innych ludów z własną „księgą”, „kitab”. Powody oskarżeń, jak podejrzewam, były inne…

Autor. Czytam z zapartym tchem wszystkie Twoje odcinki „Atlantydy”. Bo to dla mnie całkiem nowe, mimo że patrzę w tamtą stronę częściej niż przeciętny Polak.
Czekałem z niecierpliwością, w którym odcinku ruszysz wreszcie Chazarów, co było dla mnie nieuniknione. Bo od kiedy przeczytałem gdzieś w 75-ym „Trzynaste Plemię” Koestlera to nagłe zniknięcie dużej grupy etnicznej i jej rzekome wtopienie się w diasporę żydowską, z pozostawieniem na boku żałośnie malutkiej grupy Karaimów, co ich nazwa pewnie od tej żydowskiej herezji, którą przyjęli zamiast normalnego judaizmu, było dla mnie sprawą niewyjaśnioną, z roku na rok odkładaną do uporządkowania. Pozostała taką również po przeczytaniu tego znakomitego odcinka. Czyli muszę sobie trochę dostudiować. Dzięki!