Agnieszka Wróblewska: Jak brat z bratem11 min czytania

()

kurscy2016-01-11.

Kiedy Jarek Kurski na sobotnim wiecu protestacyjnym powiedział, że „nie każdy Kurski jest do kitu”, przypomniałam sobie, że w połowie lat 90. napisałam do „Gazety Wyborczej” artykuł o tych dwóch braciach i różnicach jakie ich dzielą. W nowej sytuacji – kiedy jeden z braci jest filarem, dziś opozycyjnej, „Gazety Wyborczej” a drugi dostał od PiS-u całą telewizję publiczną, sięgnęłam do tego artykułu. Przytaczam fragmenty, bo myślę, że Czytelników SO też może interesować jak różnice charakteru wpływają na poglądy i postawy polityczne dwóch ludzi znaczących w naszym życiu publicznym.

Jarek Kurski mówił mi wtedy, że dokładnie pamięta dzień w którym zerwał więzi z Jackiem, jedynym swoim bratem, młodszym o dwa lata z kawałkiem. Było to 10 lipca 1990 roku.

– Dzień wcześniej oznajmiłem Jackowi – wspomina – że właśnie rzuciłem posadę rzecznika prasowego u Lecha Wałęsy, wtedy przewodniczącego „Solidarności”. Zupełnie oniemiał. Siedział w fotelu blady, wyglądał jakby go sparaliżowało. Potem mówi, że robię źle, zaprzepaszczam największą życiową szansę. Kto widział, żeby odchodzić z własnej woli, kiedy za parę miesięcy można by mieć pozycję rzecznika przy prezydencie RP. Ta wiadomość dotykała go osobiście. Do Wałęsy żywił wtedy skłonności niemal religijne, wszystko co Wałęsa mówił i robił wydawało się Jackowi genialne. Nazajutrz zaprosił mnie do knajpy. Zaproponował żebym mu ułatwił objąć zwolnioną właśnie posadę przy Wałęsie. – Chodź, zrobimy hokejową zmianę – tak się wyraził. A więc żal z pierwszego dnia, że nie jest już bratem rzecznika, zmienił się w euforię, że samemu można zająć jego miejsce. Odczułem to tak, jakby braterstwo było dla niego mniej ważne niż kariera.

– Co nas podzieliło? – mówił mi potem Jacek – paradoks polegał na tym, że będąc sceptycznie nastawionym do Wałęsy Jarek zdecydował się być jego rzecznikiem. Ja Wałęsę popierałem w walce o prezydenturę i jeśli któryś z nas miał być jego rzecznikiem , to raczej ja a nie Jarek, który Wałęsy nie rozumiał, bo patrzył na świat oczami Geremka i Michnika.

– Ja, podobnie jak Wałęsa i Kaczyńscy, zdecydowany byłem walczyć o przywrócenie siły „Solidarności”, zaś Mazowieckiego czy Geremka wychowanych w kompromisie z PRL-u przerażał każdy ruch, który wykraczał poza ramy jednego zakładu pracy. Podczas kiedy obóz postsowiecki walił się w gruzy, oni tkwili w układach okrągłego stołu i w Polsce nic się nie zmieniło. Nie mogłem tego pojąć i nie mogłem zaakceptować. Wałęsa gotów był rozwalić cały ten odziedziczony po komunizmie porządek, a ja chciałem mu w tym pomagać z całego serca.

Tak więc Lech Wałęsa podzielił braci Kurskich, podobnie jak wtedy, w latach 90. podzielił też Polaków. Rodaków mniej cierpliwych i słabiej zorientowanych w realiach oraz możliwościach szybkiej zmiany na lepsze bardzo przekonywały poglądy ówczesnego Wałęsy, który obiecywał raz-dwa wszystko co stare rozwalić i wymachiwał siekierką na znak, że tędy droga do zerwania raz na zawsze z tym, co po komunie zostało.

Chwała ludziom słabo zorientowanym, bo dzięki słabej orientacji argumenty proste – rozwalić a będzie dobrze, zawsze znajdują poparcie u równie słabo zorientowanych, a takich nie brakuje. W ostatnich wyborach wszystko rozwalać chciał Kukiz i zachwycił tym prostym pomysłem niemało sobie podobnych.

Tamte lata były, rzecz jasna bardziej skomplikowane i, co za tym idzie, jeszcze bardziej podatne na prostą, żeby nie powiedzieć prostacką interpretację. Z jednej strony ludzie chcieli kapitalizmu, żeby było jak w Europie, ale z drugiej każda decyzja ekonomiczna wydawała się złodziejska. Wałęsa chciał dać każdemu 100 milionów – w ten sposób podzielić majątek narodowy, a wredny Balcerowicz chciał wpuścić obcych kapitalistów. Ludzie wierzyli, że zostało nam po PRL-u wielkie bogactwo i kto mówił inaczej, znaczy złodziej.

Nie byliśmy odosobnieni w takim myśleniu. Wszystkie społeczeństwa po komunie przez to przeszły. W NRD, gdzie ludzie byli dumni ze swojej gospodarczej potęgi, roiło się wtedy od artykułów o złodziejskiej prywatyzacji i wyprzedaży ich majątku za bezcen. Pierwotnie urząd, który nadzorował prywatyzację w NRD, miał zarobić 230 mld marek na sprzedaży majątku po komunie. Kiedy kończył działalność w latach 90. miał 600 mld marek… długu. Nikt się nie spodziewał, że wspaniała enerdowska gospodarka jest aż taką wydmuszką.

Wałęsę chcieli na prezydenta ludzie, którzy wierzyli że przy użyciu siekierki można się uwolnić z biedy, wystarczy pogonić aferzystów. Przypominają się propagandowe recepty z PRL-u, kiedy brak mięsa tłumaczono działaniem spekulantów. Wałęsa mówił, że nie rozumie czemu jest tak ciężko skoro miało być lepiej i ludzie się cieszyli, bo też nie rozumieli. Teraz Kukiz, razem ze swoimi wyborcami nie rozumiał dlaczego u nas nie jest jeszcze jak w Anglii.

Wałęsę chcieli wtedy na prezydenta ludzie, którzy nie załapali się w pierwszym rozdaniu. – Dość wcześnie zdecydowałem się na zbudowanie innego układu – wyznawał Jarosław Kaczyński w książce „Lewy czerwcowy”– takiego, w którym tamci nie będą wszystkim naraz – prawicą, lewicą, centrum.

Ten cel polityczny – nowy układ – zaślepił niektórych polityków tak bardzo, że woleli przymknąć oko na ułomności Kandydata. Nawet kiedy rozumieli, że Wałęsa podkopuje trudne reformy – milczeli. Na ból, który łączył się z kompletną zmianą ustroju wymyślili receptę – przyspieszenie. Zupełnie jakby Polacy cierpieli z nudów, a nie z szoku wywołanego właśnie tempem zmian. Znali Wałęsę i nawet jeśli wiedzieli, że nie powinien być prezydentem, robili mu kampanię. Był przecież jedynym gwarantem, że nastąpi nowe rozdanie kart: odsunie się wreszcie tych, co po czerwcu 89 zdobyli wpływy i autorytet.

Z tymi, co chcieli Wałęsę na prezydenta, szedł Jacek Kurski.

Nie chciało Wałęsy na prezydenta także wielu jego poprzednich entuzjastów, którzy obawiali się Wielkiego Symbolu na posadzie głowy państwa. Człowiek, który nie wie jak mało wie, a przeciwnie, jest przekonany że wie wszystko, może być zagrożeniem dla demokracji.

Z tymi, którzy nie chcieli Wałęsy na prezydenta poszedł Jarek Kurski.

Pęknięcie między braćmi na tle oceny Lecha Wałęsy zostawiło bliznę. Od tamtej pory już się do siebie nie zbliżyli. A przecież osoba Wodza od dawna ich już nie dzieli. Jacek stał się jego przeciwnikiem wkrótce po wyborach, bo razem z Kaczyńskimi uznał, że Wałęsa zdradził i zamiast rewolucyjnej walki z komuną schlebiał lewicy. Nie zrobił użytku z siekierki, nie wymienił elity.

– Nieszczęściem prawicy stało się, że wypromowała niewłaściwego człowieka  – mówił.

Czy blizna po pęknięciu między braćmi nie przypomina trochę tych blizn, jakie zostały w społeczeństwach po kolejnych wyborczych awanturach? Za każdym razem ci, którzy wierzą, że bezmiar różnic dzielących PRL od „normalnego” (czytaj bogatego) kraju da się przejść bez afer, biedy, strachu, bezrobocia, przyłączają się do tych, którzy to właśnie obiecują. I za każdym razem odchodzą rozczarowani. Niektórzy uczą się na doświadczeniach i przestają wierzyć w cuda, większość szuka sobie nowych cudotwórców.

Jarek Kurski trzyma z tymi, którzy nie skupiają się na szukaniu winnych. Jacek – przeciwnie, na tym się skupia i zapewne do dziś wierzy, że w Polsce byłoby dobrze gdyby rozliczono do końca czerwonych.

Przygodę z Lechem Wałęsą każdy z braci zakończył napisaniem książki. Jarek odczekuje kampanię wyborczą i wydaje „Wodza”. Tłumaczy swoje odejście – „Nie sposób zdobyć się wobec szefa na taką pokorę, która unieważnia własne myślenie. A tego właśnie współpraca z Wałęsą wymagała.”

Jacek obśmiał pomysł pisania „Wodza”. – To nikogo nie obchodzi – mówił bratu. Książka rozeszła się w 300 tysiącach egzemplarzy. Wódz wyszedł w niej w kolorze mieszanym – celne posunięcia przeplatają się z błędami, urok osobisty z bufonadą.

Rok później, także rozczarowany do Wałęsy Jacek publikuje wraz z kolegą szkolnym Piotrem Semką cykl wywiadów z opuszczonymi przez Wałęsę ludźmi Olszewskiego – Kaczyńskim, Macierewiczem, Parysem, Glapińskim. Książka nosi tytuł „Lewy czerwcowy” i ma udowodnić, że Polską rządzi mafia czerwonej nomenklatury pokumana z legendarnymi nazwiskami spod znaku Unii Demokratycznej i liberałami.

Książka też się dobrze sprzedawała, bo wreszcie sfrustrowany obywatel mógł poznać źródło swojej biedy. To źródło do dziś bije i dobrze się sprawdza, może liczyć na wiernych którzy z ochotą z niego piją. Źle ci w nowej Polsce? Bo miliardy dolarów wyciekają za granicę. Nie widzisz dla siebie szans? To wiedz komu to zawdzięczasz – zdrada w wojsku, w Sejmie, w Belwederze.

Tym co kiedyś ślepo uwierzyli Wałęsie – mówił mi wtedy Jarek – wygodnie dziś mówić, że ich zdradził, nie muszą się przyznawać do pomyłki. A to był ewidentny błąd rozpoznawczy, nie może być mowy o zdradzie, Wałęsa nic nikomu nie obiecywał.

Ta książka, to rodzaj osobistego pożegnania z mitem Lecha Wałęsy – piszą autorzy „Lewego czerwcowego”. Jego program zerwania z komunizmem i dokończenia polskiej rewolucji, dawał nadzieję na zbudowanie suwerenności i kapitalizmu na zdrowych zasadach. Te nadzieje zostały roztrwonione.

Wyobrażaliśmy sobie – mówił mi wtedy Jacek – normalną konkurencję między przedsiębiorcami, a zamiast tego przedsiębiorcą w Polsce może zostać tylko facet powiązany z poprzednim układem, bo tylko dla takich są kredyty w bankach opanowanych przez czerwonych.

Historia naszego ćwierćwiecza obnażyła tę bzdurę, ale wiary w mity nie osłabiła.

Ojciec Braci, Witold Kurski, pracownik naukowy wydziału budowy okrętów, chciał widzieć swoich synów na Politechnice. Jacek miał pięć lat kiedy opanował tabliczkę mnożenia i zdaniem Jarka, który liczyć nie umiał, z tego powodu młodszy brat rósł potem w atmosferze ojcowskiego uwielbienia. – Już w dzieciństwie uwierzył, że jest predysponowany do wielkości.

Ale Jacek nie poszedł na politechnikę, zawiódł ojca, podobnie jak Jarek. Obaj wcześnie zajęli się polityką, już w szkole, w gdańskim liceum, t.zw. „Topolówce”. Do tej szkoły chodziło zresztą wielu późniejszych działaczy podziemia. Zespół szkolnej gazetki przeszedł do pracy w dorosłym biuletynie gdańskiego regionu, który nadzorował Bogdan Borusewicz.

Borusewicz był ich guru – w tamtych latach Jacek miał jeszcze wspólnego guru z Jarkiem.

W okresie biuletynu Jarek wiąże się z Ruchem Młodej Polski, wielbi Aleksandra Halla.

A ja byłem raczej wesołym anarchistą – mówi o sobie Jacek.

Wolał działać niż mędrkować. Kiedy Jarek prowadził kółko samokształceniowe, Jacek rozrzucał ulotki na meczu, organizował podziemną radiostację.

Ale aż do wybuchu „wojny na górze” w 90. roku, różnice poglądów między braćmi Kurskimi nie grały roli.

– Z posady rzecznika przy Lechu Wałęsie odszedłem z powodów estetycznych – mówił mi Jarek w połowie lat 90. – Jacek mnie przestrzegał – zobaczysz, przyjaciele cię wyrolują, zostaniesz sam na lodzie. Tymczasem pierwszy telefon zadzwonił od Michnika z propozycją pracy w „Gazecie”. Opłaca się być przyzwoitym.

Świat wg Jacka jest czarno-biały. Uważał (uważa?) że celem jaki mamy jest oczyszczenie kraju z resztek komunizmu. Mówił, że w Polsce nie nastąpiła zmiana ustroju ponieważ nie usunięto ze stanowisk ludzi poprzedniego układu. Ludziom upapranym na czerwono należało odciąć dostęp do łatwych pieniędzy, społeczeństwo łatwiej zniosłoby wyrzeczenia, gdyby gorzej wiodło się komunistom.

Zalicza się do prawicy, ale dziwna to prawica. Według niej Polskę należało naprawiać nie tyle kierując się pomnażaniem kapitału, ile sprawiedliwością społeczną i dziejową. Najpierw wymienić kadrę na ludzi nieskalanych komunizmem, a potem rozdać obywatelom po cząsteczce majątku zawartego w fabrykach, kopalniach, hutach a także mieszkaniach.

Historia zweryfikowała „dziecięcą chorobę lewicowości” wwdług Jacka Kurskiego, różnice charakteru między braćmi zostały.

Tak głębokie podziały jak między Jackiem i Jarkiem zdarzają się często między pokoleniami, np. między ojcem i synem. Ale oni mieli ten sam życiorys – dziwił się wtedy Bogdan Borusewicz.

Agnieszka Wróblewska

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

3 komentarze

  1. narciarz2 11.01.2016
  2. slawek 12.01.2016
  3. otoosh 12.01.2016