Krzysztof Mroziewicz: Kabaret

2016-01-11.

[dropcap]P[/dropcap]o filmie „Kabaret” (osiem Oscarów) wystawiać  na scenie „Kabaret” to zadanie karkołomne, wręcz chyba niewykonalne. Jeśli już, to reżyserować  albo lepiej albo [/dropcap]inaczej.  W Teatrze Dramatycznym m.st. Warszawy – wszelkie proporcje zachowawszy –  zrobiono „Kabaret”  tak samo, ale aktualniej.

Film odtwarza panoramę Niemiec lat 30 z Berlinem multi-kulti, miastem przyjaznym bohemie z całego świata. Kabaret wykwitł i zwyrodniał właśnie tam.  Paryż był dla bohemy za drogi, a w Berlinie miała się ona (podobnie jak dziś) świetnie. Kwitło nocne, ubogie życie. Wielcy muzycy zaczynali karierę  w stolicy Niemiec. Czym dla pisarzy i malarzy był Paryż lat dwudziestych, tym dla muzyków stawał się Berlin. Dotarł tam  jazz. Burdel wyrastał na burdelu, a bez burdelu i Żyda nie ma faszyzmu.

Teatr Dramatyczny prezentuje mgłę pomysłów Brechta i Weilla z „Rozkwitu i upadku miasta Mahagonny”, „Opery za trzy grosze” i przede wszystkim z „Kariery Artura Ui”. Twórcy widowiska oglądali zapewne filmy z najlepszych i najgłośniejszych inscenizacji, zwłaszcza spektaklu Tadeusza Łomnickiego w Teatrze Współczesnym (druga połowa lat 50.) ze sprawiającym udrękę marszem z „Walkirii”. Nie ma w „Kabarecie” bezpośrednich cytatów ani zapożyczeń, jest natomiast stragan z ananasami  podobny do stoisk  z warzywami w Chicago. To jedyne bezpośrednie odniesienie.

Kabaret paryski roku swych narodzin, 1881, był rozrywką  canaille, hołoty, mieszkańców Montmartru, dzielnicy przestępców i sutenerów, w której dziesięć lat wcześniej komunardzi toczyli krwawe boje.

Kabaret hołoty mieścił w sobie także rozrywkę anarchistów, odmóżdżonych idoli  Kukiza. Paryska wersja oryginalna spektaklu  prezentowała  się jako kolekcja piosenek, które odgrywały czy raczej „odśpiewywały” rolę reportażu i felietonu – najatrakcyjniejszych części gazet będących wtedy   poprzedniczkami  radia i telewizji. Miejsca między piosenkami wypełniały skecze. Kabaret berliński z lat 20-30 był już tylko plątaniną spoconych ciał w podejrzanych spelunkach. Widzowie pomieszani z wykonawcami drgali  w rytm  jazzu (w Nowym Orleanie jaser znaczyło pierdolić a jednocześnie jazz jako termin przypominać miał jasmin, czyli tanie perfumy dziewczyn z baru).  Do takiego kabaretu („Katakombe”) chodził młody dyplomata polski Konstanty Ildefons Gałczyński. Podziwiał Inge Bartsch.

Do roku 1935 Berlin był przytuliskiem ekspresjonistów i agentów Kominternu, seksuologów i tancerzy -nudystów, defraudantów i królów czarnego rynku, narkomanów, transwestytów,  sutenerów, kokot, homoseksualistów, proroków wegetarianizmu, magii i apokalipsy. Miasto zamieniło się w przystań gromady uchodźców ze wschodniej Europy: Rosjan, którzy uciekli przed rewolucją, konspiratorów bałkańskich, Żydów, którzy uniknęli ukraińskich pogromów, Węgrów, wiedeńczyków, Polaków[1]. Po roku 1935 wchłonęły ich wszystkich obozy koncentracyjne.

Film „Kabaret” jest kolekcją nie tyle pieśni co songów rodem z Weilla, ale też opowiada smutną historię, podczas gdy kabaret miał przecież bawić. Jest to przykra historia pisarza, który mieszka u wdowy, co to wyszłaby za Żyda-sprzedawcę  owoców, gdyby nie rodzący się nazizm. Pisarz zakochany w dziwce bierze na siebie sprawstwo  niewiadomego pochodzenia ciąży i chce  zabrać dziewczynę do Londynu, gdy ona woli aborcję i pobyt w burdelu. Aborcja była terminem  zakazanym przez cenzurę faszystowską, lecz także demokratyczną, brytyjską. Nie mówiąc już o samej operacji.

Spektakl w Teatrze Dramatycznym pokazuje, jak w ciągu dwu godzin można zrobić faszyzm z niczego (nawet nie z  Nietzschego). Nie potrzeba do tego lidera, który gdzieś się ukrywa po kątach, nie potrzeba  ideologii. Wystarczą burdel i  przeciwnik pochodzący z nominacji. I ubóstwo rozłożone równomiernie. Wtedy pojawia się cham. To bardzo polski pejzaż. Prawzorem chama nie tylko w dramacie zajmował się  Sławomir Mrożek. Na początku lat 90. napisał  z Meksyku do „Polityki” esej o chamstwie. Chamstwo to brak wrażliwości na istnienie drugiego człowieka. „Kabaret” mówi nam na scenie o tym, co widzimy dziś  w Polsce. Na chamstwo próbuje poradzić coś niezdarnie inteligent (pisarz, dobrze że nie gej, jak to było z autorem przerobionego na „Kabaret” opowiadania Christophera Isherwooda), ale ludzie od chamstwa zazwyczaj uciekają, a ono wpełza tymczasem na opuszczone pole wszędzie, nawet do parlamentu. I chamstwo to popierają  biskupi.

Tu przydałoby się motto (z Garbriela Garcii Márqueza: Jeśli nie będziesz wtrącał się do polityki, polityka wtrąci się do ciebie). Inteligenci lekceważą wybory, tymczasem bieda oddaje głosy na hołotę.  Chcecie  kultury narodowej? Oto ją macie. Partia początkowo istniejąca jako nieregularna grupa, by nie powiedzieć „wiązka rózeg  liktorskich z siekierą”[2], czyli oddział  przypadkowo kojarzonych osób,  staje się pod koniec spektaklu jednością, której przewodzi byle kto, byle użył strachu. W słowniku języka włoskiego dedykowanym Mussoliniemu sistema di gobierno col terrore (system rządzenia za pomocą strachu) to terrorismo[3]. Innego terroryzmu, poza królobójstwem, jeszcze wtedy nie znano. Tak tworzy się w kabarecie  naród. Tego chcieliście?

Widowisko grane jest brawurowo. Wodzirej śpiewa i gra nie gorzej niż  Joel Grey w filmie. Jak trzeba zaśpiewać koło nuty imitując Greya – Krzysztof Szczepaniak to potrafi.  Dziewczyny są równie atrakcyjne jak perfekcyjne. Dobrze, że żadna nie mierzy się z Lisą Minnelli. (Ani z Marleną Dietrich z innego filmu o kabarecie, „Błękitny anioł” Josefa von Sternberga z 1929 r.). Spektakl dyskretnie  ujawnia  jakość wyrafinowanego  wykształcenia reżyserki, Eweliny Pietrowiak. Wspiera ją taktownie pani scenograf, Katarzyna Nesteruk, a dixielandowy sekstet zabrzmiał na premierze jak big-band.

Spektakl dowodzi konsekwencji programowej oraz finezji repertuarowej Tadeusza Słobodzianka, dyrektora Teatru Dramatycznego, twórcy,  który staje w rzędzie swoich wielkich poprzedników: Jana Kosińskiego, Ludwika René i Gustawa Holoubka.

Krzysztof Mroziewicz

PS

Warto przy okazji obejrzeć wystawę plakatów, fotografii  i recenzji z prac Konrada Swinarskiego realizowanych w tym teatrze, pamiętając, że tragicznie zmarły artysta zaczynał jako   asystent Bertolta Brechta w Berliner Ensamble.

 

[1] Lisa Appignanesi – Kabaret   PIW Warszawa 1990 s. 110.

[2] Symbol władzy starorzymskiej średniego aparatu.  Vocabolario…s. 497 (patrz niżej).

[3] Vocabolario della Lingua Italiana complilato de Nicola Zingarelli Milano 1929 s. 1594.

Print Friendly, PDF & Email

8 komentarzy

  1. j.Luk 2016-01-11
  2. wejszyc 2016-01-11
  3. Mr E 2016-01-12
    • wejszyc 2016-01-12
    • j.Luk 2016-01-13
  4. Magog 2016-01-13
  5. Therese Kosowski 2016-01-13
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com