ECHA WYDARZEŃ: Piłkarze ręczni przegrali z Norwegami i swoją drogę w mistrzostwach Europy z prostej uczynili krętą.
Zapłakały krakowskie trybuny, łezkę może uroniła Pani Premier, choć chyba nie jest to osoba skora do wzruszeń… Złośliwi mówią, że to dostojna obecność mogła skrępować zespół podnosząc stawkę wygranej, ale to bzdura. Po prostu drużyna norweska była w tym meczu lepsza. Powtarzam: w tym meczu! Dwóch silnych klasą drużyn, z których jedna miała akurat swój lepszy dzień, a druga – gorszy.
Przypomnę turniejową prawdę o rywalizacji drużynowej – jeden słabszy występ jest prawie normą. Siłę norweską widziałem w szybkości kontrataków oraz twardości w obronie, nasz słabszy punkt w natarciach licznych, lecz bardziej koronkowych, chwilami jakoś zwolnionych i przekombinowanych.
Tu wygłoszę… herezję: bardzo spodobała mi się drużyna, która mecz przegrała. Bo była taka prawdziwa sportową złością – na boisku, ale także w samoocenach. Słyszałem, jak pan Jurecki mówił do dziennikarzy (będą wielokropki, ale podczas spotkania ich nie było): „Napiszcie, że jesteśmy cioty i piz…. Wszyscy jak jeden, bo tak właśnie zagraliśmy! Przegraliśmy ten mecz jak dzieci! …”.Krytycznie ocenił występ p. Szmal, bramkarz znakomity. Nic z narzekania, że sędziowie, że pech, że wypadek przy pracy, że to i tamto…
Surowo o sobie. Czy to też nie jeden z dowodów mistrzostwa sportowego? Choć jasne, zawsze przyjemniej nawet brzydko wygrać niż musieć oceniać porażkę… Cóż, jak przypominał Pan Kazimierz: „Piłka jest okrągła”… Nie tylko futbolówka.
W Zakopanem – znów szał skakania. Znów pod Krokwią. „Impreza prezydencka”, bo zaszczycona – nie nowość – obecnością Pierwszej Persony. I lepsze niż w poprzednich konkursach sezonu skakanie rodaków. Z Kamilem Stochem znów w ważnej roli. Choć wciąż jeszcze nie najważniejszej…
Jesteśmy stęsknieni za czymś podobnym jak już bywało, więc rozumiem (może nawet dzielę) skłonność do szukania w złotym promyku wieści, że słońce wróciło, a księżyc definitywnie zaszedł. Oby! Czas pokaże…
Uwagi na marginesie:
Pierwsza – to wieść, że pan Kamil skakał z bolącą nogą. Coś w niej uszkodził grając w koszykówkę. Podobno – nie problem, poboli i przejdzie. Ale tu przypomniał mi się dr Stefan Paszczyk, dawny minister sportu, gdy przed wyjazdem na Igrzyska Olimpijskie przepytywał trenerów o program dni przedstartowych. I kiedy usłyszał, że jakimś dniu zapaśnicy mają się relaksować koszykówką, natychmiast zareagował sugestią zmiany. Bo koszykarskie starcia „wręcz” dla silnych, pełnych ochoty a średnio w tym pięknym sporcie wprawionych to groźba kontuzji. Więc… Właśnie – więc…
Drugą uwagę wiążę z konkursem i TVP. Nie oglądałem, ale wierzę innym, że TVP przerwała program, by pokazać prezydencko-narciarski uścisk dłoni. Grzecznościowy, nie np. z racji błyskotliwego zwycięstwa. Wprawdzie podobno jest taka reguła, że telewizje unikają zakłócania audycji informacyjnych – ale wiem, iż regułę czasem świat narusza. Gdy siatkarze Wagnera zdobywali w Montrealu złoto olimpijskie, tamtejszy dziennik telewizyjny został podobno przesunięty (termin w ramówce, to świętość), bo nikt by nie wybaczył przerwania przekazu… Więc – można, ale musi się to jednak tłumaczyć sensacyjnością, ważnością, czymś rzeczywiście najważniejszym w danej minucie…
Czytelnikom zostawiam do oceny, czy to było naturalne, czy sztuczne. Czy mieści się w normie „fizjologii” telewizji, czy sygnalizuje „patologię?. Rozumiem, obecny prezes w różnych kwestiach – jako kierowca, obrotowy w kampaniach, propagandysta – tak bywał odległy od akceptowalnych schematów, że i coś takiego uzna za nową normę. Ale – ja nie muszę.
A żeby wszystko było bez reszty jasne – rzeknę, że nie mam nic przeciw temu by najważniejsze osoby obecnością na ważnych imprezach sportowych, z największą widownią też demonstrowały, że są „razem”. Proszę tylko o spełnienie warunku dżentelmeńskiego rewanżu – niech decydenci sprawią, że sport się będzie rozwijał na miarę oklaskiwanych i odwiedzanych zawodów oraz ściskanych przed kamerami dłoni. Od pierwszej klasy szkoły podstawowej poczynając, od Uczniowskiego Klubu Sportowego i tak dalej…
W finałowej części będzie o sporcie w wykonaniu…90-latka (zob. zdjęcie).
„Janusz Orłowski vel Praszczur skończył niedawno 90 lat. Być może nie ma w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że aktywnie uprawia paralotniarstwo. Latanie to jego pasja jeszcze z czasów młodości. Wówczas latał szybowcami. Później na wiele lat rozstał się z lotnictwem, żeby przed 70 zapisać się na kurs paralotniowy i znowu zacząć podniebną przygodę. Jak sam mówi: latanie jest jego pasją i gdy jest w powietrzu wszystko przestaje mieć znaczenie, jest po prostu szczęśliwy. Wyjątkowego 90-latka – paralotniarza Aeroklub Polski odznaczył Złotym Medalem AP.
Kto nie wierzy – niech zerknie: http://www.aeroklub – polski.pl/aktualnosci/praszczur – to – brzmi – dumnie – 90 – letni – paralotniarz – odznaczony – zlotym – medalem – ap/
Andrzej Lewandowski


