Andrzej C. Leszczyński: Przełomy13 min czytania

()

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

1. Zawsze na lepsze

Ten, kto dokonuje zmiany, tłumaczy to koniecznością naprawy dotychczasowego stanu rzeczy. Prof. Janusz Tazbir zauważył, że o minionych epokach mówi się z reguły źle. Chciałby nawet to opisać – jak w baroku oceniano odrodzenie, w oświeceniu barok, co później pisano o oświeceniu itd.

Najgorzej mówi się o epokach domykanych poprzez akty rewolucyjne. Istotą mitu rewolucji, pisze Jerzy Topolski, jest „[…] przeświadczenie o istnieniu w historii zdarzeń, faktów, procesów itd., mających moc dzielenia procesu historycznego na odcinki, w których wyraźnie wskazuje się na różnice między »przed« i »po«”. Wtedy było tak, teraz jest inaczej, odwrotnie, czyli dobrze. Widać to najwyraźniej w klasycznych opracowaniach marksistowskich, gdzie królowały łopatologiczne, czytelne ideologicznie podziały na to, co słuszne i niesłuszne, prawdziwe i fałszywe, postępowe i reakcyjne.

Narodzinom porewolucyjnej rzeczywistości towarzyszą namaszczone określenia w rodzaju „nowy początek” czy dzisiejsza „dobra zmiana”. Pojawia się nowa numeracja bytów ustrojowych (u nas kolejne RP). Wszystko po to, by podkreślić szczególny charakter dokonującego się przełomu. Dla uwyraźnienia cezury między „przed” i „po” trzeba znaleźć dające się określić konkrety, które stanowiłyby wyrazistą egzemplifikację przezwyciężonego szczęśliwie okresu. Potrzebny jest wróg legitymizujący zmianę. Mary Douglas w pracy pt. Czystość i zmaza stwierdza, że dla określenia własnej tożsamości należy skonstruować taki świat zewnętrzny, od którego – jako od wstrętnego, wywołującego złe emocje – można się radykalnie odróżnić.

Margarethe von Trotta, reżyserka filmu pt. Hannah Arendt, mówi o swej bohaterce, że jest królową nowego początku w obliczu otchłani. Tak, wychodząc z otchłani trzeba zaczynać od początku. Jednak tylko chorobliwa pycha połączona z mącącym rozum uprzedzeniem może skłonić do myślenia o dzisiejszej Polsce jak o takiej otchłani, która każe zaczynać od zera, budować na nowo.

2. Czas przeszły dokonany

Najlepiej, gdyby nie było żadnego „przed”, gdyby przeszłość stanowiła tylko pozór istnienia. Można by wtedy rewolucyjną zmianę uznać za akt prawdziwie boski, coś w rodzaju creatio ex nihilo. Ponieważ jednak trudno zanegować wcześniejszą rzeczywistość, należy ją chociaż zohydzić i domknąć jako już niebyłą.

PRL-u nie negowano realności „przed”, za to konsekwentnie ją deprecjonowano. Budowano negatywny mit Polski międzywojennej, którą opisywano przy pomocy takich jednostronnych, powtarzanych nachalnie kalek językowych, jak analfabetyzm, bezrobocie, głód, Brześć, Bereza Kartuska, szosa zaleszczycka itp. Określenie: „za sanacji” mówiło samo za siebie. I oto – nihil novi sub sole! – sam za siebie ma mówić dziś zwrot: „za komuny”. Może dziwić i zasmucać powtarzalność tego perswazyjnego chwytu, tym bardziej, że do mało kogo trafiał i trafia. I wtedy i dzisiaj było – jest – różnie, sądzi rozsądnie większość ludzi. Sam tak sądzę, choćby w odniesieniu do bliskiej mi dziedziny filozofii.

Nie tęsknię do PRL-u, kiedyś nawet prowadziłem z nim swoje podziemne wojenki. Jednak, poza ewidentnymi szaleństwami w latach 1951 – 1955 (ataki na szkołę lwowsko-warszawską, tomizm czy fenomenologię, pozbawienie prawa nauczania najwybitniejszych myślicieli, zamykanie periodyków itp.), nie mogę nie dostrzec powstania tak znaczących w skali światowej pism, jak „Studia Logica”, „Ruch Filozoficzny”, „Studia Estetyczne”, „Etyka”  czy „Archiwum Historii Filozofii i Myśli Społecznej”. Podobnie – znakomitej Biblioteka Klasyków Filozofii.

David Ost (Klęska Solidarności) wspomina o dodatkowym sensie zabiegów mających kształtować negatywną wobec PRL-u świadomość. Sens ten, zdaniem amerykańskiego politologa, sprowadza się do łagodzenia nastrojów i tłumienia społecznej frustracji. Wielu środowiskom i grupom zawodowym, dla których transformacja ustrojowa z 1989 roku okazała się źródłem klęsk życiowych (bezrobocie, wykluczenie, dziedziczenie biedy, rozwarstwienie ekonomiczne, edukacyjne i kulturowe itp.), można w ten sposób łatwo przypiąć łatkę peerelowskiej mentalności, co z góry ma je pozbawić wiarygodności i kapitału symbolicznego.

Stefan Kisielewski powtarzał przy różnych okazjach, że odrodzenie się państwa polskiego, niechby w jego peerelowskiej postaci, po tym wszystkim, co wydarzyło się w ciągu wojny, trzeba uznać za prawdziwy cud. O uproszczeniach w opisie i ocenie okresu sprzed 1989 roku mówił Michał Głowiński otwierając konferencję „Opowiedzieć PRL” (Instytut Badań Literackich PAN, 21-23 luty 2011 r.).

Gdy rewolucja przyspieszyła, okazało się, że niektóre z tamtych uproszczeń także są niewystarczające. III RP zbyt wiele miała w sobie trujących miazmatów odziedziczonych po PRL-u, by można było uznać ją za właściwy kształt bytu politycznego. Rewolucyjna czujność zaczęła się domagać kolejnych rozróżnień – dotychczasową, pozbawioną przymiotników politykę zastąpiono więc „nową polityką historyczną”. Zadbano oczywiście o język, nie unikając lapsusów podobnych do tych, jakie widoczne były w tzw. poprzednim okresie. W nazwie „Polska Rzeczpospolita Ludowa” kryła się tautologia: „Rzeczpospolita”, to rzecz pospólna, czyli właśnie ludowa.

Takie samo pustosłowie kryje w sobie dzisiejsze „Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego”, bo wertykalna z istoty kultura jest niczym innym, jak dziedzictwem. Można się domyślać powodów tamtego powtórzenia. Ponieważ PRL w rzeczywistości nie była „ludowa”, w nazwie podkreślono dwa razy, że była. Dlaczego odróżnia się dziś kulturę od dziedzictwa? Zapewne z tych samych względów, z jakich usankcjonowano konstytucyjnie działalność Instytutu Pamięci Narodowej, który wypomina wciąż braki niegdysiejszego dziewictwa.

3. Nowa historia

IPN, powołany w grudniu 1998 roku, dopiero siedem lat później mógł pokazać swą ideową przydatność. Rozpoczęła się „walka o pamięć” – źródło spójności narodowej, a zarazem instrument przebudowy państwa i świadomości jego obywateli. Walka o pamięć opierała się na mitologizacji przeszłości heroicznej i martyrologicznej. Źródłem tożsamości miała stać się definiowana na nowo tradycja narodu związanego z Kościołem.

Miejsce historyczno-krytycznego badania dziejów (nauki) zastąpiła dydaktyka społeczna (ideologia), czyli kształtowanie pamięci zbiorowej. Prof. Stefan Kwiatkowski twierdzi, że w związku z działalnością IPN „powstała nowa historia urzędowa, tworzona na bazie zbiorowej pamięci »zwycięzców«”. Liczne głosy przestrzegające przed utożsamianiem pamięci (selektywnych wspomnień, wyobrażeń i przedstawień przeszłości) i historii (krytycznej rekonstrukcji i interpretacji minionych wydarzeń) zostały zignorowane.

Wtedy właśnie część badaczy uznała za oksymoron określenie „historyk z IPN”. Zwrócono też uwagę na fakt, że owymi historykami z IPN są najczęściej działacze PRL-owskiej opozycji, co znaczy, że „zwycięzcy” sądzą intelektualnie i moralnie „zwyciężonych”, są więc sędziami we własnej sprawie. Jak zauważył Paweł Machcewicz (Spory o historię 2000-2011), „»Polityka historyczna« stała się narzędziem wykluczania przeciwników poza wspólnotę narodową, orzekania, kto jest dobrym patriotą, a kto nie zasługuje na to miano, wreszcie budowania nowej wizji historii podporządkowanej współczesnym potrzebom i podziałom. [to] godzi w samą istotę powołania badacza”.

Józef Tischner w Etyce solidarności pisze o wyborze ojczyzny, co oznacza także wybór własnej historii. „Wybór własnej historii oznacza, że pewne wydarzenia odsuwamy na plan dalszy, inne stawiamy sobie w sposób szczególny przed oczy jako jakiś wzór”. Trudno czytać powyższe zdania bez niepokoju. Wracają pytania dotyczące nauki historycznej: czy ma pozostać nauką i rozjaśniać przeszłość – czy kreować ją na potrzeby ideologii bądź, jak chce Tischner, aksjologii wychowawczej („udziału w godności tych, których dzieło kontynuuje”)?

Trzeba by wrócić do takich kategorii, jak rzetelność metodologiczna, kompetencje warsztatowe, obiektywizm poznawczy i dążenie do prawdy bez względu na to, czy będzie miła, czy wręcz przeciwnie. Ideologia z założenia chce budować krzepiący, czarno-biały obraz dziejów. Nauka historyczna, przeciwnie, pokazuje skomplikowanie badanej rzeczywistości, w której nic nie jest jednowymiarowe, jednoznaczne, „całkiem jakieś”, chwalebne albo haniebne.

Kolejne przyspieszenie tempa przemian spowodowało, że cezura między „przed” i „po”, między „było” i „jest”, zupełnie straciła na ważności. Zwycięska rewolucja zaczęła zjadać własne dzieci walczące ze sobą o legitymację prawowitych sukcesorów zmiany. Od jakiegoś czasu obserwujemy to w polskiej polityce. W miarę budowania nowej rzeczywistości społecznej zaostrza się – zupełnie tak, jak chciał tego Józef Stalin – „walka klasowa”.

Ranga tamtych wertykalnych podziałów blednie wraz z rosnącą rywalizacją niedawnych sprzymierzeńców. Nie ma już „przed” („było”), liczy się horyzontalne „teraz” („jest”). W jego obrębie szuka się nowych wyróżników tożsamościowych: my – oni; swoi – obcy; u nas – u nich; nasi – wasi itp. Jeśli sięga się do przeszłości, to jedynie z powodów taktycznych, by zdeprecjonować obecnych przeciwników.

4. Kadry

Dobra zmiana wymaga odpowiednich wykonawców – sprawdzonych, oczyszczonych z cech oportunistycznych. Wskazywał na to Józef Stalin, mówiąc że kadry decydują o wszystkim. „Źródłem wspaniałych zwycięstw partii Lenina i Stalina – pisał w „Nowych Drogach” (1949) Franciszek Jóźwik – jest właśnie umiejętność wysuwania nowych kierowniczych kadr […]. Kadry partyjne – uczy Stalin – to dowództwo partyjne, to dowództwo kierowniczych organów państwa i dlatego należy dobierać je ze szczególną starannością”.

Dzisiaj także dowódcami kierowniczych organów państwa zostaną osoby dobrane ze szczególną starannością. Mówi o tym Beata Kempa: „Kadra kierownicza to musi być grupa ludzi, która ręka w rękę pójdzie z ministrem czy wojewodą naprawiać państwo”. Nie może być mowy o wątpliwościach, „miękkość w robocie rewolucyjnej przynosi klęskę”, jak pisał poeta tamtego okresu.

Wkraczają na scenę zastępy pretendentów do nowych zadań i ról, sfrustrowanych przeciągającym się oczekiwaniem na znak inspicjenta, spodziewających się należnych apanaży za lata poniewierki. Niezawodni, wyzbyci wewnętrznego rozchwiania sympatycy i działacze partyjni z gmin, powiatów i województw. Kandydaci na posłów i radnych z właściwych list, którym nie powiodło się w wyborach. Dziennikarze potrafiący trzymać słuszny ton wypowiedzi. To dla nich, nowej nomenklatury, tworzone są struktury, stanowiska, może nawet województwa. Z myślą o nich gorączkowo wymienia się obsadę mediów, ministerstw, urzędów, banków, agencji rolnych, spółek państwowych i rad nadzorczych. Dla nich, niechby i miernych, ale wiernych. Może nawet lepiej, że miernych. Im bardziej mierni, tym wierniejsi. Tacy najlepiej wiedzą, że nie znajdą drugiej podobnej okazji.

Asystentka wojewódzkiego szefa partii, gdańskiego posła Janusz Śniadka, pisze maila do wybranych osób z terenu prosząc o typowanie kandydatów na dyrektorów powiatowych biur ARiMR. Jedyną wytyczną, mówi któryś z adresatów, jest „być zaufanym Janusza Śniadka i przeciwnikiem Jaworskiego”, innego tutejszego aktywisty partyjnego. (Widać, że rewolucja szuka pokarmu na coraz niższych szczeblach władzy).

Energii tych ludzi nie mogą dusić biurokratyczno-prawne procedury. Korpus służby cywilnej został więc pozbawiony reguł gwarantujących względną choćby niezależność od władzy (konkursy, badanie kompetencji). Utracił tym samym swój obywatelski (cīvis) charakter stając się korpusem służby partyjnej. Autorzy nowelizacji uzasadniają ją oczywiście chęcią poprawy działalności urzędników, skończenia z „konkursową fikcją” itp. Mówią o konieczności uwolnieniu się z gorsetu norm, przepisów, innych jakichś ograniczeń. To przemawia do wyobraźni. Najczęściej spotykanym uzasadnieniem własnych uchybień jest odwołanie się do uchybień poprzedniej władzy: oni też tak robili. „Przecież to Platforma stosowała zasadę nomenklatury, z góry na dół, do sprzątaczki włącznie” – stwierdził w „Dzienniku Bałtyckim” Janusz Śniadek. Jest to uzasadnienie wyjątkowo głupie, bo przecież miała być dobra zmiana a nie kontynuacja.

5. Prawo

Hannah Arendt tłumacząc decyzję o przyjęciu obywatelstwa USA powiedziała, że zrobiła tak „[…] ponieważ republika ta była naprawdę państwem rządzonym przez prawo, a nie przez ludzi”. W rozmowie z Carlo Schmidem przywołuje rewolucje francuską i amerykańską, w których nie mówiono: my chcemy rządzić. Mówiono co innego: nie chcemy już, aby istniała władza. Arendt widzi w prawie jedyne narzędzie broniące przed arbitralnością tyranii. Odwołuje się do republiki definiowanej jako the government of laws instead of men (rządy prawa zamiast ludzi). „Najwyższą instancją i właściwym autorytetem jest prawo i nie istnieje już podział ludu na rządzonych i rządzących. To jest w istocie sens systemu reprezentatywnego”.

Ten system jest w Polsce właśnie dewastowany, co jest sytuacją groteskową zważywszy na nazwę dewastatora. Dla wprowadzanych praktyk politycznych właściwsza byłaby formuła: the government of men instead laws (rządy ludzi zamiast przepisów). Rządy tych ludzi to oczywiście tylko pozór. W rzeczywistości chodzi o władzę urzędu, którą opisywał Max Weber. Jest to jego zdaniem władza najskuteczniejsza i najtańsza, ograniczająca się do oficjalnych uprawnień, z zaznaczonym podziałem ról, regułami awansu, hierarchiczną strukturą i symetrią między odgórną kontrolą i dyscypliną na dole. Atmosfera może ciut duszna, ale jest porządek.

Prof. Jadwiga Staniszkis – myślę, że z ciężkim sercem – PiS-owskie praktyki jak najsłuszniej nazywa wschodnią kulturą prawną, a nawet bolszewizmem. Tyle tylko, że widoczne są nie od dziś. Ślepa była?

PS

Dopiero teraz przeczytałem, przytoczoną w SO, wypowiedź Jarosława Kurskiego, który mówił m.in. o rezygnacji z funkcji rzecznika prasowego Lecha Wałęsy. Wspomniał, że niedługo później otrzymał propozycje pracy w „Gazecie Wyborczej”, co opatrzył refleksją: opłaca się być przyzwoitym. Jeśli nawiązywał w ten sposób do znanego bon motu Władysława Bartoszewskiego, to zrobił to całkowicie błędnie.

Prof. Bartoszewski mówił, że warto być przyzwoitym, choć może się to nie opłacać. Po Oświęcimiu, peerelowskich więzieniach i gwizdach „patriotycznych” ćwierćgłówków na Powązkach wiedział co mówi. Bycie przyzwoitym ma dawać wyłącznie przyzwoitość, a nie inne jakieś korzyści (np. etat w redakcji). Nie o zyski Bartoszewskiemu chodziło, ale o wartości. Podobnie jak Sokratesowi. Gdy jeden z uczniów zapytał go, co będzie miał za przestrzeganie cnoty, usłyszał: właśnie cnotę, czyż to mało?

Andrzej C. Leszczyński

Andrzej C. Leszczyński (ur. 1947, na zdjęciu) – wykładowca akademicki, autor wielu tekstów z zakresu antropologii teatru, etyki i filozofii człowieka.
Twórca i redaktor „Gdańskiego Rocznika Teatralnego”.
Prowadzi warsztaty teatralne (drama, trening komunikacji i ekspresji) w kraju i za granicą.
Autor trzech książek oraz ponad 200 rozpraw, szkiców i tekstów popularnych drukowanych m.in. w „Znaku”, „Więzi”, „Twórczości”, „Odrze”, „Studiach Filozoficznych”, „Toposie”, „Migotaniach”.
Odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi (2002), Medalem Komisji Edukacji Narodowej (2008), Krzyżem Solidarności Walczącej (2010).

Wydał m.in.
Ojciec człowieka. Szkice afiniczne (Słowo/obraz terytoria, 2012)
Owoc tamtego grzechu (Myślnik, 2013)
”Najgłębsze, spokojne morskie dno”. Próby antropologiczne (Wyd. Naukowe Katedra, 2014)

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

One Response

  1. A. Goryński 03.02.2016