17 min czytaniaMaciej Łętowski: Kaczyński myśli Leninem?

kaczynski2016-03-12.

Fakt, mamy problem nie tyle z PiS-em, co z J. Kaczyńskim. Najważniejsze instytucje państwa realizują bowiem wolę człowieka, który poza mandatem poselskim nie pełni żadnej publicznej roli.

W czasach, kiedy ambicją polityków jest utrzymanie się na stołku ministra, obsadzenie znajomymi kilku spółek skarbu państwa, czy też poniżenie osobistych wrogów w „Wiadomościach” TVP, aspiracje Kaczyńskiego budzą uznanie. Jemu marzy się bowiem przejście do historii w roli kogoś, kto zmienił ustrój polityczny. Uderzając w Trybunał Konstytucyjny, Kaczyński dokonał pierwszego kroku w tym kierunku. Kości zostały rzucone, mosty spalone, odwrotu nie będzie.  Teraz będzie albo triumfalne wkroczenie do Rzymu, albo klęska, śmieszność i niepamięć. Kaczyński klęski się nie boi, wielokrotnie poznał bowiem ich gorycz. Boi się śmieszności. Ale jeszcze bardziej boi się najsurowszego werdyktu Historii – niepamięci. Jedynie małej wzmianki w darmowej Wikipedii : „J. Kaczyński – polityk z przełomu XX i XXI wieku, nieudany jednoroczny premier Polski”.

*** Stając w obliczu polityka, który bije się nie o urzędy, ale o wielkość, komentatorzy i analitycy szukają klucza do zrozumienia jego postępowania. I, jak to zwykle w Polsce bywa, u źródła nieszczęść znajdują Żyda. Od pewnego czasu czytam bowiem, że Kaczyński „myśli Ehrlichem”. „Znając wypowiedzi J. Kaczyńskiego, można się tylko uśmiechnąć, odkrywając ich oczywistą zbieżność z poglądami prof. S. Ehrlicha”, napisał dr K. Mazur na portalu jagielloński24 w eseju „J. Kaczyński – ostatni rewolucjonista III RP”. I dalej: „Geneza uderzenia w TK i porządek prawny III RP sięga lat 70-tych, korzeni akademickich J. Kaczyńskiego. Kaczyński nazywa bowiem Ehrlicha jednym ze swych mistrzów, na równi z J. Piłsudskim”.

Znaleźliśmy zatem winnego. Intelektualną odpowiedzialność za uderzenie w fundament państwa prawa ponosi profesor, który miał pecha, że na jego seminarium doktoranckie, na privatissimo, jak je nazwał, uczęszczał młody student J. Kaczyński. Owszem, zdarza się, że nauczyciele kierują na manowce swych wychowanków. Ale częściej to wychowankowie zdradzają nauki mistrza. Zwłaszcza, kiedy zajmują się nie teorią państwa, ale rządzeniem państwem.

Gdyby to zdumiewające „odkrycie” przyszło do głowy jedynie młodemu politologowi z UJ i zostało ogłoszone w Internecie, nie zabierałbym głosu. Ale tym odkryciem zamieszał w głowie wielu poważnym publicystom, którzy bezkrytycznie powtórzyli za nim, że Kaczyński „myśli Ehrlichem” (m. in. J. Żakowski w numerze 8 „Polityki”, czy E. Siedlecka w „GW” z 24 II). Bardzo proszę moich kolegów po piórze, by zreflektowali się póki pora. Bo dziś Stanisław Ehrlich ponosi intelektualną odpowiedzialność „jedynie” za sparaliżowanie TK. Strach pomyśleć za co będzie jeszcze ponosił odpowiedzialność, kiedy jego uczeń spełni wszystkie swoje zapowiedzi.

Kaczyński nazywa Ehrlicha jednym ze swoich mistrzów, na równi z Piłsudskim…, pisze Mazur. Ja w imieniu marszałka wypowiadać się nie będę. Może Kaczyński ma coś z niego, może nie ma. Ale mam tytuł, by wypowiedzieć się w obronie dobrego imienia nieżyjącego już profesora. Owszem, dziś najbardziej znanym w kraju seminarzystą Ehrlicha jest J. Kaczyński. Ale w privatissimo na przełomie lat 60-tych i 70-tych brali udział także i inni studenci. Późniejsi profesorowie P. Winczorek i W. Sadurski, doktorzy M. Ostrowski i M. Łętowski, magistrowie S. Popowski i B. Wołoszański.

Nasze kariery nie rozwinęły się tak spektakularnie, jak kariera dr. J. Kaczyńskiego, ale żaden z nas nie podniósł ręki na Trybunał, ani na żadną inną rzecz, która demokracji jest. A zatem korzeni polityki prezesa PiS proszę szukać nie w poglądach zasymilowanego polskiego Żyda z Przemyśla. Którego dziadek był właścicielem „Domu Bankowego Jakub Ehrlich” przy Placu na Bramie i uczestnikiem pierwszego zjazdu syjonistów w Bazylei. Który był synem szanowanego adwokata, z prawem do występowania przed trybunałami w Wiedniu. Do którego matka, wiedenka, mówiła tylko po niemiecku, a ojciec tylko po polsku (polecam lekturę poruszającego wspomnienia S. Ehrlicha „Żydowie polscy. Dylemat ortodoksji i asymilacji” („Tygodnik Powszechny” z 26 I 1997 r.).

*** Prawdą jest jednak także i to, że ów Żyd z Przemyśla i doktor UJ nie tylko pracował do 1939 r. w Prokuratorii Generalnej, ale po ucieczce do Sowietów przed Holocaustem wrócił do kraju jako… zastępca dowódcy brygady do spraw politycznych LWP. I w 1954 r. opublikował fundamentalną pracę „Ustrój Związku Radzieckiego”. Można by zatem pójść fałszywym tropem i uznać, że J. Kaczyński, oraz wymieniona wyżej nasza szóstka, byliśmy „resortowymi” seminarzystami.

Tym bardziej, że – gdyby uwierzyć dr. Mazurowi – Ehrlich, o zgrozo!, sączył w głowy Kaczyńskiemu i pozostałym „resortowym” seminarzystom, nie tylko doktrynę Marksa, Lenina i Stalina, ale także faszystowską teorię o prymacie siły nad prawem, woli (jednostki, klasy) nad prawem. Krakowski politolog pisze, że według Ehrlicha źródłem prawa jest wola polityczna, czyli wola PZPR, że „wola polityczna jest nadrzędna wobec prawa”. Zatem na naszym seminarium między pamiętnym Marcem a równie pamiętnym Grudniem polski Żyd z Przemyśla stworzył hybrydę doktryn Karola Marksa i Karola Schmitta, niemieckiego teoretyka państwa i prawa oraz prezesa Związku Prawników Narodowo-Socjalistycznych. Ów ulubieniec Goeringa głosił bowiem prymat siły nad prawem, prawa stanowionego nad prawem Bożym. Czyżby Schmitt uwiódł Ehrlicha? A za jego pośrednictwem J. Kaczyńskiego?

„Ehrlich krytykował legalizm, czyli pogląd, że prawo jest źródłem legitymizacji władzy”, pisze prezes Klubu Jagiellońskiego. To fałszywa prezentacja poglądów profesora. Gazeta nie jest dobrym miejscem do akademickiej debaty. Zainteresowanych odeślę zatem do pierwszego wydania „Wstępu do nauki o państwie i prawie” z 1970 r. Tu tylko wyjaśnię, że według Ehrlicha w każdej zorganizowanej grupie społecznej występuje ośrodek kierowniczy. W państwie – ośrodek decyzji politycznej. Są różne sposoby legitymizacji tego ośrodka: legalistyczny (pierworodny syn króla zostaje królem), rewolucyjny, demokratyczny. W państwie socjalistycznym legitymacją partii komunistycznej do sprawowania władzy była ideologia, czyli przekonanie o historycznej roli klasy robotniczej, której ta partia była reprezentantką. Ta część rozważań Ehrlicha o państwie miała charakter socjologiczny, opisowy, a nie wartościujący (aksjologiczny).

Uważny czytelnik „Wstępu…” przekona się, że Ehrlich, jak każdy szanujący się marksista (austro-marksista, jak profesor zawsze się zastrzegał), był przekonany, że relacja między władzą a prawem ma charakter dialektyczny. Z jednej strony prawo jest wytworem stosunków społecznych, woli klasy panującej, ale z drugiej owo prawo już raz ustanowione wiąże i ogranicza ośrodek władzy politycznej. Ehrlich był marksistowskim socjologiem prawa, postrzegał prawo jako zmienny w czasie produkt społeczny. Kazał nam konfrontować konstytucję z praktyką konstytucyjną, zaadaptował na grunt siermiężnej nauki prawa PRL dorobek myśli amerykańskiej, czym budził wrogość w świecie zdominowanym przez marksistowskich dogmatyków prawa.

Można polemizować z wizją państwa i prawa Ehrlicha, ale nie stawiając mu zarzut, że jest piewcą „woli Partii”, czyli lewicowym odpowiednikiem faszystowskich piewców „woli Wodza”. Owszem, jego ograniczeniem była marksistowska doktryna, z jej walką klas, kierowniczą rolą partii, „pasami transmisyjnymi”. Jednak, czytając „Grupy nacisku” z 1962 r., „Władzę i interesy” z 1967 r. czy „Oblicza pluralizmu” z 1980 r., łatwo dostrzec, że Ehrlicha ten marksowski gorset coraz bardziej uwierał, że stawał się trybutem płaconym na rzecz ówczesnej politycznej poprawności, dzięki któremu mogły się te rewizjonistyczne prace w ogóle ukazać. Trzeba pamiętać, że zdecydowana większość prac Ehrlicha natrafiła na silne przeciwności. Decyzje o ich druku były przewlekane, zapadały na najwyższych szczeblach partyjnych, często dopiero po przesileniach w aparacie władzy.

*** Oddajmy wreszcie głos samemu profesorowi, który między marcem 1968 r. a grudniem 1970 r. pisał oto tak: „Za sprawiedliwe należy uznać takie postępowanie, które jest jednocześnie zgodne z normami prawnymi i powszechnie przyjętymi normami moralnymi. (…) Praworządność polega na ścisłym stosowaniu prawa przez wszystkie organy państwowe. Prawo powinno być równe dla wszystkich i gwarantować podstawowe prawa człowieka. Naruszenie prawa i nielegalna działalność organów państwowych mogą być groźniejsze od sprzecznej z prawem działalności obywateli. (…) Zaniedbanie powołania w jakimś państwie instytucji gwarantujących praworządną działalność organów państwowych otworzyłoby drogę do ich samowoli. Nihilizm prawny próbuje ustalić prymat bieżącej racji politycznej nad racją polityczną długofalową, wyrażoną w normach prawnych.  (…) Kontrola legalności aktów administracyjnych jest jedną z tych gwarancji, bez których trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie praworządnego państwa”.

Zdania te brzmią banalnie. Ale trzeba pamiętać o kontekście historycznym, w jakim były pisane. W latach 60-tych za te zdania płaciło się karierą, niekiedy wolnością. Ehrlich za swój doktrynalny rewizjonizm i uleganie wpływom burżuazyjnej nauki (plus za niewłaściwe pochodzenie) zapłacił utratą katedry i „Państwa i Prawa”, naukowego periodyku, którego był twórcą.

Kaczyński jest dumny z faktu, że jest wychowankiem Ehrlicha. Często posługuje się wprowadzonym przez profesora do polskiej nauki pojęciem „ośrodka decyzji politycznej”. Ale nigdy sam nie zadeklarował, że istnieje jakaś głębsza, zasadnicza zbieżność jego obecnych poglądów politycznych z nauczaniem profesora. Jest na tyle uczciwy, że sam sobie nie przypisuje „myślenie Ehrlichem”. Że nie usprawiedliwia swojej walki z III RP i z TK uczestnictwem w privatissimo.

***

– Będziemy badać przejawy pluralizmu w niepluralistycznym świecie, powiedział już na pierwszym z nami spotkaniu Ehrlich. I tematy dobrał odpowiednio do naszych osobistych zainteresowań. Ponieważ P. Winczorek schował się w SD, by uniknąć członkostwa w PZPR, to napisał pracę o SD. Ponieważ ja miałem kontakty ze środowiskami katolickimi, to napisałem pracę o ruchu i kole poselskim „Znak”. Natomiast J. Kaczyński zajął się Sekcją Szkół Wyższych ZNP.

Ehrlich zaproponował nam nie tylko współpracę naukową, ale i rozmowę o sprawach kraju i świata, rozmowę prowadzoną nie w języku ideologii, ale przy zachowaniu akademickich standardów. Okazją do takiej rozmowy był strajk okupacyjny na UW. – Szanuję waszą decyzję, seminarium nie będzie, ale możemy porozmawiać, zaproponował. I rozmawialiśmy o wewnętrznych rozgrywkach w aparacie władzy, której ofiarami padli studenci i Żydzi. Rozmowa z profesorem nie przeszkodziła nam wziąć udział w strajku. Uczestniczył w nim Kaczyński oraz M. Safian, który został z czasem profesorem prawa, a w wolnej Polsce przewodniczącym TK. W 1968 r. obok siebie na podłodze Wydziału Prawa UW spali ten, kto budował prestiż Trybunału Konstytucyjnego i ten, który ten prestiż dziś rujnuje.

*** I jeszcze jeden dowód, że Kaczyński nie dał się intelektualnie „uwieść” Ehrlichowi. Podczas seminariów zadawaliśmy sobie pytanie, kiedy komunizm upadnie, kiedy zakończy się panowanie Sowietów nad Polską, czy stanie się to jeszcze za naszego życia? A dalej, jakie będą źródła klęski sowieckiego imperium: wewnętrzne czy zewnętrzne? Dyskusja miała charakter akademicki więc w obecności Ehrlicha mogły być używane jedynie poddające się weryfikacji argumenty. Na przełomie lat 60-tych i 70-tych większość z nas nie znajdowała, niestety, mocnych dowodów na rzecz tezy, że dożyjemy wolnej Polski. Z wyjątkiem Jarka, który twierdził, że Sowiety upadną jeszcze za naszego życia. Ehrlich domagał się od Kaczyńskiego dowodu. Jarek dowodu nie miał. Więc w pewnym momencie, wściekły z powodu swej intelektualnej bezsilności, rzucił: – Bo ja tego chcę! Oto przykład woli politycznej w czystej postaci. I dowód, że Kaczyński nie jest jednak intelektualnym dziedzicem Ehrlicha. Mimo, że paradoksalnie to on miał wówczas rację. Tyle, że miał rację historyczną, a nie akademicką.

I drobny fakt, ale jakże dobrze świadczący o kierunku intelektualnych poszukiwań naszego austro-marksisty. Gdy Kościół zaczął wdrażać posoborowy dialog z niewierzącymi, Ehrlich nawiązał korespondencyjny kontakt z watykańskim sekretariatem ds. niewierzących. Był z tego dumny, powtarzał, że i dla niego, agnostyka (znów w jego stylu: – żadnego, panie Macieju, ateisty, osobistego wroga Pana Boga) jest przewidziane miejsce w doktrynie i praktyce Kościoła katolickiego.

*** Według dr. Mazura w 1989 r. rozegrał się spór z teoretycznych rozważań Ehrlicha co jest ważniejsze: wyrażona przez naród w wyborach chęć odrzucenia dawnego ustroju czy wierność dorobkowi prawnemu PRL? Wola polityczna czy legalizm? „Elity wybrały legalizm, Ehrlich przegrał”. Czy rzeczywiście przegrał? Mam wrażenie, że żyliśmy w innym roku 1989. Przecież fundamentem każdego ustroju politycznego jest własność. Fundamentem PRL była własność państwowa, własność prywatna w przemyśle i bankach nie miała konstytucyjnej ochrony. Przejściowo tolerowano ją jedynie na wsi i w rzemiośle. W grudniu 1989 r. nowy ośrodek decyzji politycznej, czyli rząd T. Mazowieckiego wykreślił z konstytucji art. 11, wedle którego fundamentem ustroju PRL są „uspołecznione środki produkcji”. W to miejsce nowy artykuł 7 stanowił, że RP chroni własność i ogranicza możliwość wywłaszczenia do nadzwyczajnych sytuacji i za „słusznym odszkodowaniem”. Elity wybrały legalizm? Wolne żarty.

Czy elity wybrały legalizm, kiedy monopol PZPR (art. 3 konstytucji) zastąpiły swobodą tworzenia partii politycznych (art. 4 grudniowej noweli)? Czy elity wybrały legalizm, kiedy także w grudniu 1989 r. sejm uchwalił dziesięć ustaw składających się na plan Balcerowicza? Ustaw, które usuwały centralne sterowanie gospodarką i przywracały wolny rynek?

W 1989 r. solidarnościowe elity polityczne, przejmując  władzę, czyli kontrolę nad ośrodkiem decyzji politycznej zmieniły ustrój polityczny. Ehrlich wygrał!

Mazur przypomina, że połowie lat 80-tych rozpoczął się proces jurydyzacji systemu komunistycznego (powstanie TK, RPO, sądów administracyjnych). I zamiast cieszyć się, że komuniści przynajmniej u kresu swych rządów zrobili coś dobrego, przekonuje, że te reformy spętały jedynie ręce rządom wolnej Polski.

Panie doktorze, ale zanim „spętały ręce” rządom PiS, to spętały ręce generałom, którzy na swych rękach mieli polską krew. Dla ludzi żyjących w PRL ta jurydyzacja państwa oznaczała znaczącą poprawę położenia. Bo żyć w państwie niedemokratycznym, ale praworządnym jest dużo bezpieczniej, niż w dyktaturze prawem nieograniczonej. Tu na świadka wzywam piekarza z Berlina…

*** Prezes Fundacji Jagiellońskiej pisze, że za wojną o TK kryje się nie tyle intencja ograniczenia roli instytucji, która mogłaby zahamować reformy, co zamysł uderzenia w symbol porządku prawnego III RP. Tu zgoda. Dla Kaczyńskiego TK jest Pałacem Zimowym, który trzeba zdobyć na drodze do suwerenności ludu… pisowskiego. Ale co dalej? Amerykański reporter, a zarazem komunista, J. Reed miał to niezwykłe szczęście, by być 7 listopada 1917 r. w Piotrogrodzie. W „Dziesięciu dniach, które wstrząsnęły światem” kończy rozdział poświęcony wydarzeniom tego dnia, jak przystało na dobrego reportera, pytaniami: „Lenin i robotnicy zdecydowali się na powstanie. Czy Rosja odpowie na okrzyk? Czy powstanie? A co świat na to?” No właśnie. Czy Polska odpowie na okrzyk Kaczyńskiego? Czy zagłosuje raz jeszcze na PiS? A co na to UE? Od odpowiedzi na te pytania zależy przyszłość ambitnego projektu obalenia III republiki.

W „Alfabecie braci Kaczyńskich” Jarosław wspomina, że w swej działalności kierował się zasadami wyrażonymi w „Państwie i rewolucji” Lenina. Skoro tak, to może Kaczyński myśli Leninem, a nie Ehrlichem? Sięgnąłem więc po książkę, która tak bardzo zapadła w pamięć szefowi PiS. Lenin borykał się z podobnym problemem, co Kaczyński. Jak przejąć władzę, jeśli jest się w mniejszości. Mało kto pamięta, że nazwa bolszewicy wzięła się nie z faktu, że zwolennicy Lenina byli w większości, tylko z faktu, że chcieli więcej. Wypisz wymaluj, jak Kaczyński po Okrągłym Stole. Lenin zatem doradza Kaczyńskiemu co następuje: „stary rząd nawet w okresie kryzysu nie upadnie, jeśli go się nie strąci”. A zatem do dzieła. Lenin strącił rząd A. Kiereńskiego. Natomiast Kaczyński wykorzystał rozlazłość  naszych „mieńszewików”, którzy przecież mogli i powinni okopać się w Pałacu Prezydenckim na drugą kadencję B. Komorowskiego… Mogli i powinni, ale okazali się zbyt leniwi.

 *** Jeśli chcemy wiedzieć, co będzie dalej, czytajmy… Ehrlicha. A wówczas się dowiemy, jak subtelne i decydujące są relacje między władzą a grupami interesów. Każda władza, ta z demokratycznych procedur wyłoniona także, musi się liczyć i układać z rozmaitymi lobbies, zwłaszcza najsilniejszymi. Kaczyński może zadrzeć z lobby górniczym, może zadrzeć z lobby bankowym, może zadrzeć z lobby handlowym, ale gdy pójdzie na wojnę ze wszystkimi grupami interesów w tym samym czasie, to przegra z kretesem. Już cesarski sztab generalny Rzeszy bał się jak ognia wojny na dwa fronty. Kaczyński tych frontów otworzył już tyle, że nawet mistrz symultany miałby solidny kłopot.

Tusk lekceważył „gęgaczy”, czyli literatów, akademików i M. Olejnik. Tyle, że Tusk lekceważył inteligencję po cichu. Liczył, nie bez podstaw, że „gęgacze” i tak zagłosują na PO z lęku przed „braniem lekarzy w kamasze”. Natomiast Kaczyński poszedł na otwartą wojnę z tym nielicznym, ale jakże wpływowym lobby. I jego ekipa już doczekała się epitetu „dyktatury ciemniaków”. Kisielewski wygrał!

Kaczyński poszedł na wojnę także z potęgami poza krajem, z Unią Europejską i jej sprawną biurokracją, z międzynarodowym kapitałem, z „Mutti Merkel”. Jaka piękna szykuje się katastrofa.

W 2007 r. Kaczyński musiał oddać władzę, gdyż był silny w retoryce, a zarazem słaby w pragmatyce rządzenia, przez dwa lata hałasu było co nie miara, zaś realnych zmian w kraju co kot napłakał. Skoncentrował się wówczas na czystej polityce, natomiast politykę gospodarczą, jako niegodną jego umysłu oddał w ręce innych. Dziś gospodarkę lekceważy także. I efekt będzie łatwy do przewidzenia, gdyż w naszych czasach każdy europejski przywódca dwie trzecie czasu poświęca gospodarce i finansom. Natomiast na przyjemności, czyli inwigilowanie przeciwników i dziennikarzy, na roszady personalne pozostają mu jedynie nieliczne wolne chwile.

Mazur pisze, że „Kaczyński jest spóźniony o 15 lat”. Więcej, jest spóźniony o lat 150. Taką politykę, jaką chce uprawiać obecnie lider PiS, uprawiał ostatnio Bismarck. Krótka zwycięska wojna z Francją plus powszechny system emerytalny. Ale nawet niemiecki kanclerz miał już tyle ograniczeń, że wyznaczył wiek emerytalny w taki sposób, aby mało kto do niego dożył.

By zakończyć koncyliacyjnie, zgodzę się z prognozą dr. Mazura, że „J. Kaczyński przecenia społeczne przyzwolenie dla całościowej zmiany porządku prawnego. Pozyskanie poparcia centrum wymaga czasu, którego Kaczyński nie ma, a zatem idzie na skróty, działa jak rewolucjonista, samotny rewolucjonista, ostatni rewolucjonista III RP”. Nie musiałby jednak doświadczyć tak smutnego losu, gdyby w swej praktyce politycznej rzeczywiście „myślał Ehrlichem”.

Maciej Łętowski

Autor był adiunktem na KUL i publicystą, a ostatnio wiceprezesem zarządu Presspubliki. Obecnie przygotowuje do druku dwa tomy „Zapisków dziennikarza”: „Ostatnia dekada PRL (lata 1982 – 1991)” oraz „Pierwsza dekada wolnej Polski (lata 1992 – 2001)”. Tekst ukazał się w “Gazecie Wyborvzej”. Publikacja u nas za zgodą Autora.

Print Friendly, PDF & Email

5 komentarzy

  1. A. Goryński 13.03.2016
  2. Magog 13.03.2016
  3. wdrw 14.03.2016
  4. slawek 14.03.2016