Andrzej C. Leszczyński: Wszystko na sprzedaż?12 min czytania

()

kapital2016-03-28.

Kilka słów w sprawie odległej od tego wszystkiego, co dominuje w bieżącej polityce. Problem jest dość ogólny, ale nie mogę uwolnić się od myśli, że z politycznymi paskudztwami jakoś się wiąże.  

  1. Sorry, Winnetou

Są wartości, do których dąży się dla nich samych, i takie, dzięki którym można osiągnąć inne jakieś wartości – widać ważniejsze. Zawsze więcej było tych drugich – użytecznych, nadających się do czegoś, przynoszących korzyść, będących po coś. Okulary kupuję nie dla nich, ale po to, by dzięki nim móc czytać, pieniądze zarabiam, by coś za nie kupić itd.

Odnoszę wrażenie, że pierwsza, nieliczna grupa wartości – tych, które są celem samym w sobie – maleje dziś w tempie dotąd niespotykanym; że prawie wszystko jest „po coś”. Zupełnie jak w tytule komedii Octave`a Mirbeau: Les affaires sont les affaires (interesy są interesami). Sorry Winnetou, ale biznes jest biznes – niejeden dworak Kaczyńskiego mógłby to powtórzyć.

Kilka przykładów. Wierzący w Boga wierzą przede wszystkim w to, że nagrodzi ich za godziwe życie. Znaczy to, zauważa Wacław Oszajca, że Bóg staje się Niebieskim Zakładem Ubezpieczeń.

Za uchybienie godności – wartości, o której mówiło się, że trudno ją zamienić na cokolwiek – żąda się w sądowych pozwach całkiem wymiernych kwot finansowych.

Filozofowi wystarczało zaspokajanie ciekawości – dziś stał się ideologiem chcącym zmieniać świat (co zawsze kończy się fatalnie).

Uniwersytet, który z istoty (universitas) winien zachowywać dystans do codziennego zgiełku – poddał się rzeczywistości, stał się zakładnikiem rynkowych i ideologicznych zamówień.

Nicola Chiaromonte pisze w swych Notatkach, że dziś, gdy społeczeństwo stało się tak przerażająco racjonalne i utylitarne, cała sfera tego, co niewytłumaczalne i bezinteresowne przeniosła się do obszaru sztuki. Niestety, jest gorzej niż sądzi włoski myśliciel. Dominuje sztuka krytyczna, dawniej zwana zaangażowaną, która również nie skrywa swych utylitarnych ambicji. Nie uznawał w sztuce boga użyteczności Jerzy Grzegorzewski mówiąc, że gdyby jego spektakle odnosiły się wprost do rzeczywistości, byłoby mu zwyczajnie wstyd. Wybitny matematyk Godfrey Hardy wyraził myśl podobną: jestem dumny, że żadne z moich twierdzeń nie znalazło i nie znajdzie zastosowania. To jednak wyjątki.

Interesowność coraz częściej sięga sfery prywatnej. Związki dwojga ludzi przeobrażają się w kontrakty oparte na ekonomicznych kalkulacjach, transakcyjnych regułach, stają się czymś w rodzaju umów o dzieło. Rodzice rachują jak kupcy wydając córkę za mąż bądź żeniąc syna.

Kiedy po kilkunastu latach spotkałem dawnego kolegę ze studiów, już przy pierwszej butelce wina zaczął mnie podpytywać o możliwości dotarcia do konkretnych osób, które mogłyby sponsorować jakieś jego projekty.

A propos związków międzyludzkich. Elias Canetti pisał, że wśród wszystkich ludzkich uczuć nie ma piękniejszego i bardziej beznadziejnego od pragnienia, by nas kochano dla nas samych. Być może jest to oczekiwanie beznadziejne, niemniej jednak zakorzeniło się trwale w kulturze. Wyrażane jest w przeróżnych formach, na przykład w bajce o królewnie i walczących o jej rękę adoratorach. Któryś z nich zwycięża, młodzi wiodą życie szczęśliwe i beztroskie. Wszystko zmieniło się w dniu, w którym królewna utraciła pierwotną ufność. Zaczęła myśleć o motywach, które skłoniły jej męża do udziału w zmaganiach. Czy chodziło mu o mnie, zastanawia się, czy może bardziej o połowę królestwo, która też miała należeć do zwycięzcy. Ożenił się ze mną, czy wżenił się w naszą rodzinę królewską? Nie mogąc uwolnić się od podejrzeń, prosi znajomą wiedźmę o przemienienie jej w nędzarkę, wtedy wyjaśni się wszystko…

  1. Kasa

Świat staje się rynkiem, którym rządzi dążenie do zysku. Towarem może być wszystko – praca, człowiek, płeć, wiek, uroda czy emocja. Liczą się popyt, wartość i koszty własne. Jak czysta abstrakcja brzmi znany imperatyw Immanuela Kanta, by żadnego człowieka nie traktować tylko jako środka, lecz zarazem jako cel sam w sobie.

Żądza posiadania pojawia się już w antycznej Grecji i niszczyła moralność. Wiedział o tym Sofokles, każący Kreonowi wypowiadać słowa pozbawione złudzeń: „Bo nie ma gorszej dla ludzi potęgi/ Jak pieniądz; on to i miasto rozburza,/ On to wypiera z zagrody i domu,/ On prawe dusze krzywi i popycha/ Do szpetnych kroków i nieprawych czynów”.

Pieniądz – to niewinne narzędzie wymiany – zrodził chciwość, która stała się czynnikiem niszczącym tradycyjne cnoty obywatelskie – troskę o los innych, o dobro publiczne i odpowiedzialność za kraj. Stał się miarą, za pomocą której ujmowano i wartościowano kolejne obszary rzeczywistości. Swój ekwiwalent pieniężny znajdowało życie ludzkie. Jak pisze Georg Simmel (Filozofia pieniądza), w dawnej Anglii za zabicie człowieka płaciło się określoną kwotę unieważniającą tamten czyn. Słowo „szyling” wywodzi się ze staroangielskiego skillan (zabiłem; winien jestem pokuty): była to miara pieniężna za zabicie rycerza. Za życie grafa płaciło się już markę, za barona – funta. Była też cena za zabicie króla, praktycznie niemożliwa do uiszczenia.

Nie tylko życie stało się przedmiotem wyceny. W niektórych polskich parafiach obowiązuje cennik na udzielanie sakramentów – chrztu, ślubu, komunii, ostatniego namaszczenia. (Czyżby proboszczowie zapomnieli, czym zakończyło się średniowieczne kupowanie odpustów?). Prowadzone są badania dotyczące coraz bardziej powszechnego cennika uczuć: zaniku bliskich i bezinteresownych relacji na rzecz wymiany korzyści, inwestowania w przyszłość dzieci, obdarowywania ich pieniędzmi w związku z takimi uroczystościami, jak pierwsza komunia, urodziny itp. O rynkowym podejściu do elektoratu politycznego szkoda nawet wspominać (Ryszard Petru: „Do ludzi trzeba mówić językiem korzyści. Co mogą dostać, co zyskać”).

U Arystotelesa rynkowym towarem był niewolnik („żywe narzędzie”). U Karola Marksa – każdy człowiek wykonujący pracę najemną. Socjologowie opisują dzisiejszych „nowych niewolników” – ludzi nie otrzymujących wynagrodzenia za pracę, kontrolowanych za pomocą perswazji, przemocy (lub jej groźby). Można się dowiedzieć, że jest ich dwadzieścia siedem milionów. Ludzi zmuszanych do pracy za głodową pensje – 200 milionów. Na rynku pracy widać spadek wartości siły roboczej. Czytam, że pod koniec XIX wieku cena niewolnika w Alabamie wynosiła 1500$ (dziś to 30 000$). Obecnie do podobnych zadań kupuje się człowieka za 100$.

Pojawiają się nowe miejsca wymiany: agencje towarzyskie, agencje aktorskie, rynek dzieci do adopcji, rynek narządów do przeszczepu (protezy, wszczepy, narządy, komórki reprodukcyjne, tkanki), rynek piłkarzy. Do rynkowej rzeczywistości dostosowuje się język, mówiący o rękach do pracy („nie ma kim pracować”), liczbie szabel (to o posłach), zarządzaniu zasobami ludzkimi (nazwa przedmiotu na studiach ekonomicznych). Życie i pieniądze splatają się ze sobą w takich zjawiskach, jak okup za jeńca, kidnaping, nagroda za ujęcie przestępcy czy ubezpieczenie na wypadek choroby bądź śmierci. Także w wielu innych, trudnych do uchwycenia obszarach: gdy nie wiadomo o co chodzi, wiadomo że chodzi o kasę.

A przecież wiadomo też, że pieniądze nie dają szczęścia. To ludzie bogaci mówią o niskim dobrostanie psychicznym, szukają pomocy w alkoholu i narkotykach, popełniają samobójstwa.

  1. Łajno diabła

Chrześcijanin nie powinien mieć w tej sprawie wątpliwości. Stary Testament piętnuje pożądliwość rzeczy materialnych i kult złotego cielca. W Nowym Testamencie chciwość określona jest jako bałwochwalstwo. Wiele jest wypowiedzi Jezusa na temat perspektywy zbawienia bogaczy i ubogich, a także solidarności międzyludzkiej.  Celem chrześcijańskiego życia jest służba, realizowania zasady dobra wspólnego: to „pierwsze i ostatnie po Bogu prawo w społeczeństwie” (Leon XIII, Rerum Novarum).

Aleksander Brűckner podaje, ze słowo „służba” wywodzi się z litewszczyzny (słauga). Mówi o pomaganiu (słaugyti), zastępowaniu w robocie (pasłauginti). Służba oznacza wyrzeczenie się tego co korzystne dla siebie. „A jeśli komu droga otwarta do nieba/  Tym, co służą ojczyźnie”, pisał Jan Kochanowski (Pieśń XII). Omnia relinquit servare Rempublicam (Wszystko porzuca, by służyć Republice) – taki napis widniał na odznace amerykańskiego Towarzystwa Cyncynatów (jego członkiem był Tadeusz Kościuszko).

Służba, wspieranie potrzebujących, to znamiona dobroci. Najczęściej wymienianymi cechami dobrego człowieka są wrażliwość (zdolność do odbierania bodźców), empatyczność (umiejętność współodczuwania) i prospołeczność (zwrócenie się ku innym ludziom). Czyli odwrócenie się od siebie i rezygnacja z troski o własny dobrobyt.

W 1322 roku, podczas obrad kapituły generalnej w Perugii, franciszkanie zaadresowali do wszystkich chrześcijan posłanie mówiące, że zrzeczenie się wszelkiej własności jest aktem świętym i pokazuje drogę do doskonałości. Papież Franciszek – wzorem Ojców Kościoła z przełomu II i III wieku – nazywa pieniądze łajnem diabła. Przestrzega: „Kiedy ksiądz, biskup, podąża za pieniędzmi, lud go nie kocha i to jest znak. Ale on sam też źle kończy”. Apeluje do proboszczów, by nie brali od wiernych pieniędzy za sakramenty, za pogrzeby czy chrzciny. Z powodu niejasności finansowych odwołuje arcybiskupa Lublany Antona Stresa oraz arcybiskupa Mariboru Marjana Turnseka; za przepych – biskupa Frantza-Petera Tebartza van Elsta z Limburga. Mówi, że mentalność księcia kościoła, karierowiczostwo, to symptom choroby: „Dwór jest trądem papiestwa”.

Duszpasterz polskich biznesmanów, ks. Jacek Stryczek, akceptuje moralnie i teologicznie zarobki prezesa (kilkadziesiąt tysięcy złotych dziennie), kilkaset razy wyższe od płac jego pracowników. Mówi, że Jezus nie kazał się dzielić, nie ma w Ewangelii takich słów.

Jest ich wiele, wystarczy szukać sensu słów, a nie leksykalnych dosłowności.  

  1. Dobroć urynkowiona

Szlachetny odruch pomagania ludziom również został zawłaszczony przez mechanizmy rynkowe. Uznano za aksjomat, że pomoc – by była skuteczna – musi mieć charakter profesjonalny. To znaczy: zinstytucjonalizowany, oparty na zasadach biznesowych, podporządkowany regulacjom prawnym, administrowany zgodnie z regułami nauki o zarządzaniu. Powstają więc odpowiednio wyposażone placówki, a zatrudnieni w nich specjaliści drżą na myśl o pomocowym sukcesie, który oznaczałby ich zbędność i utratę synekur. Tworzą się warunki dla teatru dobroczynności – działalności na pokaz, budowania wizerunku (sponsorzy) itp.

Etatyzacja i komercjalizacja pomocy powoduje zanik takich pierwotnych cech, jak odruch serca, spontaniczność działań, bezinteresowne poczucie solidarności. Cechy te zastępowane są przez anonimowe procedury i techniczne umiejętności.

O tym, że znaczną część środków pomocowych pochłaniają cele pozamerytoryczne, mówią formalni ich adresaci. Zanotowałem kilka takich wypowiedzi i zrobiły na mnie przygnębiające wrażenie.

Szejk Osman Mohamed, burmistrz niespełna pięćdziesięciotysięcznego Jowhar w Somalii, opisuje pracowników zachodnich agencji humanitarnych, którzy marnotrawią większość funduszy na własne luksusy (rezydencje, samochody), nie na pomoc cierpiącym powodzianom.

Aszraf Ghani, były minister finansów Afganistanu, przyznaje, że 90% z miliarda dolarów wydanych przez ONZ na 400 projektów w Afganistanie zostało zmarnowanych przez korupcję oraz koszty obsługi.

Znana dziennikarka kanadyjska Naomi Klein pokazuje, jak można zarobić na nieszczęściu (tak brzmi tytuł jej artykułu w „Le Monde Diplomatique”). Oto Czerwony Krzyż określił nowego partnera strategicznego. W zakresie reagowania na klęski żywiołowe będzie współpracować z siecią handlową Wal-Mart tworząc wspólny produkt wielkiego humanitaryzmu i wielkiego sklepu (przedsiębiorcy kierujący się chęcią zysku są zawsze bardziej wydajni). „Miliardy dolarów pochodzących z kieszeni podatników wydano – w znacznej mierze bez wiedzy opinii publicznej – tworząc prywatna strukturę reagowania na klęski żywiołowe: supernowoczesną siedzibę Shaw Group w Baton Rouge, ogromny sprzęt bechtela do odgarniania ziemi, czy liczący 6 tys. akrów kampus Blackwater w Północnej Karolinie. […] przedsiębiorstwa będą miały zdolność użycia swojego nowoczesnego sprzętu w sytuacji klęski żywiołowej po dowolnie ustalonych cenach. […] ucieczka helikopterem z dachu zalanego przez powódź budynku – 5000 dolarów od trzaśnięcia drzwiami (7000 dla rodzin posiadających zwierzęta); woda w butelkach oraz posiłki gotowe do spożycia – 50 dolarów od osoby (cena wygórowana, ale rządzi podaż i popyt)”.

Richard Mbewe, polski ekonomista, Zambijczyk, w jednym z wywiadów mówił o przejmowaniu pomocowych pieniędzy przez miejscowych polityków  („Afrykańscy prezydenci nie mają skrupułów i normą jest tam prośba do szefa banku centralnego, by przelał milion dolarów na konto żony, bo właśnie leci do Europy na zakupy”). Irytują go spektakularne akcje artystów, takich jak Bono czy Angelina Jolie. „W ślad za nimi trafia do Afryki gigantyczna machina biurokratyczna, która musi zorganizować logistykę, rozdawanie pieniędzy, nadzorować to, napisać raport. W ten sposób ona sama pożera pieniądze, które zebrała”.

****

Nie myślę o zrezygnowaniu z wymiany dóbr. Chodzi mi tylko o umiar w urynkowieniu życia, o konieczność zatrzymania przeklętej tendencji do merkantylizacji wszystkiego co wiąże się z życiem. Myślę o zachowaniu jakiejś, niewielkiej choćby, sfery wolnej od przeliczania, kalkulowania, inwestowania, obliczania ryzyka. Sfery ludzkiej godności.

Chodzi mi o taką wolność, która jest umiejętnością posiadania czegoś bez względu na przydatność. Posiadanie rzeczy przydatnych oznacza bowiem, że w rzeczywistości to one posiadają tego, kto je ma.

A także o umiejętność dawania, któremu nie towarzyszy oczekiwanie rewanżu, odpłaty czy należności. O bycie niezdeterminowanym takimi oczekiwaniami.

Andrzej C. Leszczyński

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

4 komentarze

  1. j.Luk 28.03.2016
    • hazelhard 28.03.2016
  2. PJD 29.03.2016
    • A. Goryński 30.03.2016