Ściągnęłam ze strychu swoje zapiski z okresu po stanie wojennym, żeby sprawdzić jaki mieliśmy wtedy nastrój? Bo czasem mi się zdaje, że taki podział w narodzie, wisielczy humor jakim się dzielimy w rozmowach, wyczekiwanie na jakąś sensowną puentę irracjonalnej rzeczywistości – że już to kiedyś przeżywałam.
Wszystko było inaczej – Polska znajdowała się w orbicie władzy Kremla, nie było wolnych wyborów, wolności słowa czy wolności podróżowania, ale i w tamtych dziesięcioleciach PRL-u bywały przecież okresy mniejszego i większego zła. Chciałam zobaczyć w swoich zapiskach (coś w rodzaju pamiętnika pisałam zwykle kiedy było gorzej), jak znosiliśmy, na przykład, klimat stanu wojennego? Nastał po kilkunastu miesiącach tzw. karnawału „Solidarności”, który wprawdzie też trudno nazwać normalnym życiem, ale wtedy po dziesięcioleciach komuny pierwszy raz poczuliśmy jak pachnie wolność.
Jeżeli skojarzyło mi się wspomnienie z Polski po 13 grudnia z tym co mamy dzisiaj, to nie dlatego, że wolność nam odebrano, bo wolność mamy, ale dlatego, że podobnie jak wtedy znów jesteśmy tak bardzo podzieleni.
Setki ludzi wtedy internowano, żeby im nie przeszkadzali w zaprowadzaniu porządku. Ich rodziny, przyjaciele i lepszy sort narodu pomagał więzionym, drukował nielegalnie „bibułę”, albo zwyczajnie był przeciw. Ale przecież niemała część rodaków z ulgą przyjęła fakt, że ktoś zapanował nad tym chaosem i robi wreszcie porządek. Większość, jak zwykle, zachowała obojętność.
Teraz nic takiego strasznego się nie stało – na ulicach nie ma czołgów, można inaczej mówić i pisać – za to nie wsadzają. Kraj działa na dobrych obrotach – ćwierć wieku pracowało na to, żeby właśnie tak działał. A jednak powietrze pachnie trochę podobnie jak wtedy… Połowa z nas inaczej rozumie takie pojęcia jak praworządność, przyzwoitość czy prawda i te różnice w pojmowaniu pojęć i faktów znowu podzieliły znajomych, sąsiadów, rodziny.
Tak już w Polsce bywało. Dlatego poszłam na strych i wyciągnęłam zapiski z 1982 roku.
26 luty 1982
Coraz bardziej oddala się od nas te półtora roku karnawału wolności. I coraz bardziej wydaje się, że to był tylko sen…. Żyjemy w zawieszeniu, dosłownie, nie w przenośni – od trzech miesięcy, czyli od ogłoszenia stanu wojennego nie pracujemy, ani Andrzej*, ani ja, i zresztą mało kto z naszych znajomych dziennikarzy teraz pracuje. Większość gazet zamknięta i dalej nie wychodzi, w tych „odwieszonych” nie ma już ludzi „odsianych”, tych co nie przeszli weryfikacji. Z radia i telewizji wyrzucono niemal wszystkich, została tylko garstka zaufanych. Wygłaszają te gadzinowe informacje odziani w mundury wojskowe, żenada.Moja „Kobieta i Życie” ciągle nie wychodzi, Andrzej sam odszedł z „Polityki” po ćwierć wieku pracy. Na pierwsze „wojenne” zebranie ich zespołu przyszedł Rakowski, teraz partyjny dygnitarz, ale przez wiele lat znaczył dla nich więcej niż redaktor naczelny pisma. Był niewątpliwym twórcą tego sukcesu i prawdziwym przywódcą zespołu. Na tym zebraniu oprócz rozmowy o sytuacji w kraju mieli też zdecydować co dalej robić z gazetą. Rakowski „załatwił” z wydziałem prasy, że „jego” zespół nie będzie podlegał powszechnie obowiązującej weryfikacji kadr dziennikarskich – nikt nie zostanie usunięty, mogą pracować dalej. Andrzej zabrał głos i powiedział, że nie skorzysta z tego przywileju i odchodzi z redakcji. Uważam – mówił, że długo broniliśmy na łamach pisma tego systemu, także wbrew sobie i swoim poglądom, ale teraz miarka się przebrała. Powiedział, że jego zdaniem pismo powinno skończyć bieg, zachować swoje dobre imię i wrócić ewentualnie na scenę kiedy sytuacja w kraju się unormuje.
Nie wiem czy ktoś go poparł, ale chyba 12 dziennikarzy w sumie też odeszło z redakcji. Rakowski obraził się potem na Andrzeja, potraktował jego wystąpienie jak osobistą zdradę. Nie rozumie, że to nie jemu, pięknemu Mieciowi, podwładny robi na złość, że to co się w Polsce stało dalece przekracza granice koleżeńskiej lojalności.
W „Kobiecie i Życiu”, która w przeciwieństwie do „Polityki” nie została jeszcze „odwieszona” po 13 grudnia, na razie nie mówi się o zwolnieniach. Ja, póki co, nazajutrz po tamtej fatalnej niedzieli oddałam legitymację partyjną i dołączyłam do niej liścik: – Wstąpiłam do partii na studiach, jesienią 1956 roku na fali październikowej odnowy, kiedy wydawało się, że socjalizm będzie miał wreszcie ludzką twarz. Występuje w przekonaniu, że socjalizm, który firmuje ta partia, może się trzymać tylko na czołgach.
Przez tygodnie, które minęły od 13 grudnia, mogłam się upewnić, że tego systemu nie da się tak zreformować, żeby go ludzie zaakceptowali.
Właśnie skończyło się plenum partii, pierwsze po wojnie jaruzelskiej. Generał wygłosił referat, w miarę ugodowy, jakby chciał społeczeństwo uspokoić, że nic złego mu nie grozi, ale wypowiedzi tych partyjniaków na sali – straszne. Karnawał „Solidarności” nieźle ich nastraszył, grunt im się usuwał pod nogami i wreszcie teraz mogli dać upust frustracji. Domagali się bez ogródek tego, z czego większość społeczeństwa chciała się właśnie wyrwać – jedności pod sztandarem partii, podporządkowania partyjnym dyrektywom, zwalczania tych co brużdżą. Nie zraża ich fakt, że w sąsiednim ZSRR jest permanentny kryzys – i zresztą z kim oni chcą teraz zawracać Wisłę kijem? Z garstką starych aparatczyków? W głowie się nie mieści jak można po raz nie wiadomo który zamydlać rzeczywistość i mówić, że to się sprawdziło!? – Do twórców kultury – mówił tam któryś – nie będziemy się wtrącać pod warunkiem, że będzie socjalistyczna. Albo: – W propagandzie trzeba pisać i mówić prawdę, ale to musi być prawda socjalistyczna. I tak dalej. Na pamięć znamy te mądrości. I kto jeszcze w nie uwierzy?
Wczoraj w telewizji jeden sekretarz partii bełkotał o tym, jaka powinna być teraz partia i wreszcie wykrztusił: partia powinna być normalna.
Tak mi się chciało przed grudniem jeszcze popracować. A teraz? Może uda się w tej „Kobiecie” schować gdzieś na marginesach, np. w poradnictwie. Na pewno nie będę już dalej kierownikiem działu społecznego. Człowiek ma teraz w sobie tyle bezsilnej rozpaczy i wściekłości, poczucia beznadziei, bo przecież nie doczekamy się już za swojego życia normalnego kraju. I co my zostawiamy dzieciom? Dla nich brak perspektyw jest jeszcze gorszy. Joasia zapytała niedawno – i do czego my mamy dążyć? Tomek cały składa się z nienawiści, gryzłby i kopał. Jego koledzy na Historii UW tak samo.
W kraju nędza. Nawet zeszytu na to pisanie nie mogłam dostać i piszę w resztkach ze starego brulionu. Zagranica przysyła paczki jak dla głodujących. Nie dość, że trudno coś dostać, to ceny gwałtownie poszły w górę. A my bez pracy. Po nocach ciągle mnie nawiedza taki sen, że dzieci przychodzą głodne, a w lodówce pusto.
Przeczytałam teraz „Dziennik ambasadora” W. Dodda. Zaczął pisać w 1933 roku, kiedy Franklin Roosevelt zrobił go ambasadorem w Niemczech już hitlerowskich. I śmieszno i straszno. Przeczytałam też, dopiero teraz, „Mój wiek” – rozmowy Miłosza z Aleksandrem Wattem. Watt mówi, że sekta komunistów ma tak wielu zwolenników dzięki idei braterstwa – być cząstką zbratanej zbiorowości w tym zatomizowanym świecie, to dla wielu ludzi jest kuszące. Ale przymus obowiązujący w sektach jest zawsze taki sam – jeżeli nie chcesz być mi bratem to ci roztrzaskam szczękę. Fakt likwidacji komunistów polskich przed wojną tłumaczy tym, że kiedy w Niemczech Hitler doszedł do władzy Stalinowi potrzebni byli już inni poddani – zimni pragmatycy, a nie rozmiękczeni romantyczni ideowcy z zasadami, którzy prowadzili w „Ziemiańskiej” intelektualne dysputy, a zbrodnie Stalina ich brzydziły. Mówi też na czym polega największa „zbrodnia” partyjnych zdaniem Stalina – zmawianie się w taki sposób, że między nimi brakowało ducha partii. Taki sam strach występował już u Szczedrina: „na miłość boską, nie milczmy razem!” A bieda – zdaniem Watta – jest częścią składową tego systemu – ludzie zatroskani o byt codzienny nie mają czasu ani energii, żeby zająć się czym innym. Zresztą każdy coś podkrada żeby żyć, sumienie ma zabrudzone, więc nie może podskakiwać.
Te półtora roku wolności jakie mieliśmy, to był najciekawszy okres w naszym życiu zawodowym. Dyskusje, spotkania, przemiany postaw u znajomych, także zrywanie starych i nawiązywanie nowych przyjaźni…Teraz też gadamy, gadamy i na ogół zgadzamy się na ponuro.
5 marzec 1982
Wczoraj przeżyłam chwilę prawdziwej paniki związanej z naszą przyszłością. Cały czas się niby o tym mówi i myśli, ale kiedy Andrzej próbował się znów bezskutecznie dodzwonić do wydziału prasy, żeby spytać gdzie będzie mógł pracować, uświadomiłam sobie, że oni specjalnie nas upokarzają, żebyśmy skruszeli, żeby nas złamać, podporządkować sobie. A jak oszczędności się skończą…Ciągle powtarzają, że w propagandzie nie mogą pracować ludzie, którzy nie akceptują partyjnej linii politycznej. To znaczy, że jeszcze raz mamy udawać? Bawić się w kotka i myszkę? Andrzej odszedł z „Polityki”, żeby nie musiał wypowiadać się na tematy zasadnicze, ale czy w tym zawodzie można w ogóle uciec od zasadniczych spraw?
Byliśmy wczoraj w kościele św. Marcina na Starówce, gdzie przekazuje się paczki dla internowanych. Zanieśliśmy papierosy (kartkowe) dla znajomych, bo wiemy że im brakuje, a my nie palimy. Odebraliśmy też paczkę, którą przesłali dla nas Wisia i Janek, przyjaciele z Grenoble. Pojechali tam na stypendium naukowe na rok, razem z dziećmi, ale czy wrócą na jesieni? W paczce były różne puszki, czekolada, pasta do zębów. Przed tym dostaliśmy też jakieś paczki od Niemców, zupełnie ich sobie nie przypominamy.
Dzwonią do mnie dziewczyny z mojego działu z „Kobiety”. Anka Żukowska już powiedziała naczelnej, że nie będzie się dalej zajmowała tematyką społeczną. A szefowa, że wobec tego nie widzi dla niej miejsca. Dział społeczny, którym kierowałam, zajmował się sprawami natury ogólnej, niekoniecznie babskiej, o czym teraz będzie można pisać?
Byliśmy na basenie, trzeba się jakoś ruszać. W powietrzu czuć już wiosnę, ptaki śpiewają. Natura robi swoje.
9 marzec 1982
Pierwszy raz w życiu jestem kobietą niepracującą, bo „Kobieta i Życie” ciągle zawieszona. Nie wiem, co ze mną będzie. Ale nie mogę się nadziwić, że można mieć cały dzień zapełniony właściwie niczym – krzątanie, sprzątanie, gotowanie, no i spotkania. Póki telefony nie działały ciągle ktoś wpadał na herbatę bez zapowiadania i gadało się godzinami. Ale dalej odwiedzamy się ciągle, większość naszych znajomych jest przecież bez pracy.Pojechałam z Baśką Pietkiewicz do innej Baśki od nas z „Kobiety”, przyszły jeszcze dwie koleżanki z działu. Rozmowa, jak zwykle, o tej przerażającej propagandzie, i o tym co będziemy teraz robić. W tym tygodniu miała już być u nas na pewno weryfikacja kadr, ale nic nie słychać.
Andrzej jest rozrywany przez dziennikarzy zachodnich, prawie nie ma dnia, żeby któryś nie wprosił się tu na rozmowę. Nie ma oporów przed mówieniem co myśli, no i jego dobry angielski. A jest tych dziennikarzy teraz w Polsce zatrzęsienie i przekazują sobie wzajemnie adresy, telefony. Niemal wszystkie wieczory mamy towarzysko zajęte, albo przyjmujemy, albo jesteśmy zapraszani. Ciężkie życie bezrobotnych, a raczej – komfortowe internowanie.
Dziś wieczorem idziemy do Kanajasu – japoński dyplomata. Co miesiąc 9 urządza u siebie w domu przyjęcie dla znajomych Polaków.
Wczoraj byliśmy na Uniwerku w klubie, który prowadzi znajomy Andrzeja z dawnych lat. Namawiał, żebyśmy rzucili w diabły ten nasz zawód i też wzięli jakiś lokal w ajencję. Na razie podziękowaliśmy, ale kto wie co się jeszcze zdarzy…
Wieczorem kolacja u Osiatyńskich. Rozmowa, jak zwykle o sytuacji i Witek mówi, że w najbliższej przyszłości nic się u nas nie zmieni, a w ogóle komunizm zwycięży na świecie. Czytał jakieś opracowania, które dowodzą o tym bardzo przekonująco.
10 marzec 1982
Dziś jest w „Życiu Warszawy” ogłoszenie: „Szukam uczciwej pracy – Jacek Maziarski” i numer telefonu. Jacek wiele lat pracował z Andrzejem w „Polityce”, jego obecna żona pracuje (pracowała?) w moim dziale w „Kobiecie”. Ciekawe kto i z czym odezwie się na taką ofertę. W każdym razie świetny pomysł.Wczoraj u Japończyków Hanka Krall powiedziała, że chce przejść do „Kobiety i Życia”, Michał Radgowski też wybiera się tam pisać felietony. Szukają takich łamów gdzie można, jak sobie wyobrażają, pisać o dupie Maryny. Pytali mnie co o tym myślę, a ja nie mam pojęcia czy sama będę jeszcze miała tam etat. Nie wiadomo też jak się zachowa szefowa, Barbara Sidorczuk, była przecież członkiem KC i swego czasu ulubienicą Gierka.
Jurek Szperkowicz opowiadał wczoraj fajny dowcip – w czasie ostatniej wizyty polskiej delegacji w Moskwie Jaruzelski poprosił o prywatną audiencję u Lenina. Idzie do mauzoleum i pyta: – Włodzimierzu Iljiczu co zrobić, żeby stłumić kontrrewolucję w Polsce? A Lenin na to – rozdać robotnikom broń.
W ogóle jest teraz wielki urodzaj na dowcipy: Puk, puk do drzwi. – Kto tam? – Elektrownia. – Ale czy na pewno? – ZOMO nigdy nie kłamie. Albo: – Puk, puk tu internista. – Nie zamawialiśmy lekarza. – To też ja nie leczę tylko internuję.
Albo o Urbanie: – Jak Jaruzelski się odlewa? – Wyjmuje Urbana. Spotyka się chirurg polski z amerykańskim, Amerykanin mówi – miałem taki sukces, że przyszyłem facetowi rękę i został wirtuozem. A Polak na to – to jest nic, ja dostałem tylko dupę i uszy i zrobiłem z tego rzecznika rządu.
Andrzej znów na jakimś lunchu z cudzoziemcami.
12 marzec 1982
Wczoraj byliśmy z Maziarskimi na fajnej polskiej komedii – „Vabank”. Wojtek mówił, że nareszcie oderwał się na trochę od telefonu, który dzwoni bez przerwy w związku z tym ogłoszeniem, że szuka uczciwej pracy. Dostaje oferty i bardzo dużo wyrazów życzliwości. Zachodnie stacje telewizyjne robiły z nim wywiad.Zrobiłam remanent w ciuchach i wielki wór zawieźliśmy do kościoła św. Marcina.
13 marzec 1982
Dziś rano zadzwoniła do mnie Sidorczukowa z informacją, że nie zostałam odwołana z urlopu. Tak się teraz mówi o ludziach, których nie zweryfikowano do dalszej pracy w dziennikarstwie. Prosiła żebym przyszła w poniedziałek do redakcji, to porozmawiamy.Agnieszka Wróblewska
Dalszy ciąg nastąpi.
* Mój mąż, Andrzej Krzysztof Wróblewski


Najnowsze wiadomości
http://ruslan.pecado.pl/upload2/readfile.php?file=ruslan/radiotrojka2.jpg
Ależ maszyna wspomnień, wyczekuję następnego odcinka. Dziękuję.
.
Redaktor Andrzej Krzysztof Wróblewski pokazał klasę przed 13. i po. Został nam w pamięci jako wzór dziennikarza. A słysząc redaktora Tomasza zastanawiam się, co by o jego zawodowej postawie powiedział Ojciec. Suponuję, że by nie pochwalił.
.
„Tomek cały składa się z nienawiści, gryzłby i kopał.” I tak mu zostało w wolnym kraju?
Oj, tak, tak, warto było notować to wówczas, fantastyczna lektura na dziś. Więcej warta niż nadęte naukawe artykuły.
Dziękuję za dopuszczenie do tych prywatnych chwil.