Przejeżdżając codziennie w Miami Beach wzdłuż Collins Avenue i zbudowanych tam trzech „Trump Towers”, zasłaniających ostatni kawałek Oceanu, trudno nie myśleć o prowadzącym wyścig Republikanów do Białego Domu Donaldzie, który Amerykanom zasłania również zdrowy rozsadek.
Do słynnych odzywek kandydata, takich jak: oclić chińskie towary, zmusić Meksyk do budowy muru granicznego, wyciągnąć pieniądze od Arabii Saudyjskiej, zmniejszyć wydatki na NATO, zamiast baz wojskowych w Południowej Korei wyposażyć ją w broń atomową, doszła ta ostania: kobiety powinny być karane za przerywanie ciąży.
Niezależnie od tego, że za chwile jego sztab zrobił sprostowanie (Mr. Trump się pomylił, to nie pacjentki a lekarze powinni być karani), odzywka Donalda spowodowała, że 80% amerykańskich kobieta uznało go za nienadającego się na prezydenta.
Odzywka Trumpa nie spodobała się również jego republikańskim konkurentom, których hipokryzja na ten temat jest bardziej wyrafinowana: unikając kar, ich „party line” prowadzi do wycofania wszelkich subwencji rządowych dla przerywania ciąży (poza komisyjnym uznaniem go za uzasadnione), co doprowadziłoby do powstania nielegalnego rynku aborcyjnego.
A już wydawało się, że pewne fundamentalne sprawy mamy dobrze ułożone w głowie – powiedziała wyborcom Hillary Clinton, której szanse na prezydenturę poszły w górę: stosunek do aborcji jest w sferze moralnej, nie ideologicznej. Niedobrze to wróży fabrykowanej przez PiS przyjaźni polsko-amerykańskiej.
Marian Marzyński


